Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Artykuł pochodzi z najnowszych Wysokich Obcasów. Zobacz cały numer w Piano

I skończyłam powieść. A byłam pewna, że nie skończę

Justyna Bargielska, lat 35, autorka czterech tomów wierszy i prozy ''Obsoletki''

Będziecie się śmiać. W tym roku, ale już pod sam koniec, zrozumiałam, że człowiek naprawdę może prowadzić samochód. Człowiek typu ja.

Doprowadziłam też do sytuacji, że mBank przestał mi wysyłać notesiki. Wiecie, o co chodzi? mBank ma innego niż reszta ludzi operatora pocztowego i żeby przysłać ponaglenie w sprawie spłacania karty kredytowej czy kredytu odnawialnego, musi do ponaglenia dołożyć ważący jakąś konkretną liczbę gramów notesik. Mógłby dokładać blaszkę, ale wysyła notesiki.

To jest dysonans poznawczy, bo ja wdzięcznym sercem przyjmuję każdy notesik, ale kiedy towarzyszy mu prośba o natychmiastowe spłacenie zaległości w kwocie 13 zł i tyluż groszy - denerwuję się. No dobra, ta kwota nie była do końca taka. Należała do większych. Uzbierałam tych notesików kilka, aż raz postanowiłam: nie, mam swoje! A mąż mi przynosi z pracy papier do ksera. I ogarnęłam to. Mam nieprawidłowy stosunek do pieniędzy, więc ogarnięcie tego było dla mnie wyzwaniem.

Nie schudłam. Od jakichś dziesięciu lat piszę sobie w każdym kalendarzu, że w przyszłym roku mam schudnąć do 64 kilogramów. Motywację mam zerową, bo ludzie na mnie patrzą i mówią: ''No, ale z czego ty chcesz chudnąć?''. Większość z nich patrzy na wysokości mojego biustu, to może zaburzać ich postrzeganie proporcji, a ja, jeśli mam jakiś plan, powinnam go po prostu któregoś Anno Domini zrealizować. W tym roku wreszcie zrozumiałam, że kości niektórych ludzi, na przykład moje, są zrobione z ołowiu. A także - że wchodzę w wiek, w którym trochę tłuszczu na twarzy jest lepsze niż całkowity jego brak. I że w fitnessie już czas, żeby zaczęło chodzić o to, by się bawić, a nie o survival.

Pływam, jak pływałam przez ostatnie 30 lat, odkrytą żabką. Młoda i pełna pasji pani Weronika chciała mnie nauczyć kraulem, ale policzyłam zyski i straty. Zysk - kraul jest nieporównywalnie bardziej sexy niż odkryta żabka. A także spala się więcej kalorii. Strata: nie powinnam zanurzać głowy, jeśli nie chcę spędzać weekendów na ostrym dyżurze laryngologicznym. Weekend wolę spędzić z mężem na 30-kilometrowej wędrówce po Puszczy Kampinoskiej.

Tej jesieni pierwszy raz nie miałam strasznego kryzysu, że pasowałoby skończyć studia. A wiecie, jak to się stało? Weszłam do swojego osiedlowego sklepu kupić jedzenie do pociągu - jechałam na spotkanie autorskie i musiałam mieć ze sobą kanapkę, bo to był pociąg PKP jadący przez całą Polskę, ale bardzo powoli, więc wiozący biednych ludzi, zatem warsu nieciągnący. Rozmawiałam chwilę z Sylwią, która prowadzi ten sklep i powoli staje się dla mnie rodzajem wyroczni w tych wszystkich sprawach życia codziennego, których nie ogarniam. Ona mówiła, żebym przyszła z butelką po wodę z ogórków, bo wierzę w wodę z ogórków, że zabija robaki, wierzę też w robaki, że mam ich w sobie nieprzeliczone mrowie, i w inne takie - i nagle powiedziałam do Sylwii: ''Patrz, a mogłam skończyć studia i siedzieć teraz w biurze!''. Więc ten kryzys już też dostąpił zażegnania.

I skończyłam powieść. A byłam pewna, że jej nie skończę.

Jak widać, rok 2012 nauczył mnie, żeby nie mówić ani: ''Na pewno tego nie zrobię'', ani: ''Zrobię to na pewno''. Jak mówił doktor House, którego już nikt nie pamięta: ''Nigdy to tylko ydgin pisane wspak''. A rok 2012 pokazał mi również, czym jest ''zawsze''.

Każdy rok jest o połowę krótszy

Anna Jurewicz-Jastrząb, lat 65, emerytowana nauczycielka muzyki i nauczania początkowego

Gdyby pani zapytała mnie o zeszły rok, to się działo! Robiłam kurs prawa jazdy na ciężarówkę, nie skończyłam, bo wysiadł mi kręgosłup, ale fantastycznie było, gdy tak jechałam przez miasto. Przejeżdżałam obok mojej szkoły, trąbiłam, a instruktor: ''Co pani wyprawia?!''. A ja: ''Panie instruktorze, ale ja koło mojej szkoły muszę!''.

Skąd ten kurs na ciężarówkę? Nie chciałam siedzieć w domu, w skrzynce na listy znalazłam informację, że jedna z firm urządza kursy komputerowe dla ludzi po pięćdziesiątce. Poszłam i zapytałam, czy mają coś jeszcze. Księgowość. O, to nie dla mnie. I kurs prawa jazdy kategorii C. No, to chyba lepsze od księgowości, nie? I się zapisałam. Nawet miałam przez chwilę nadzieję, że z takim prawem jazdy ktoś mnie jeszcze zatrudni. Szkoda, że nie wyszło.

A ten rok był wyjątkowo... przeciętny. Nie wiem, jak to opowiedzieć, bo z jednej strony to życie teraz tak jakoś bardzo szybko płynie, że ledwo była Wielkanoc, a już Boże Narodzenie. Co roku mój następny rok jest jakby o połowę krótszy, tak mija - tylko pach, pach, pach... Ale z drugiej strony jakoś tak się dłuży. Kiedy człowiek jest na emeryturze, mieszka sam, dzieci dorosłe...

Co w tym roku zrobiłam? DKF w moim domu. Przychodzą koleżanki co środa i od 19.00 oglądamy. Syn organizuje filmy. Potem sobie rozmawiamy. Wczoraj poszłyśmy całą grupą do kina na ''Mój rower'', koleżanki najpierw nie bardzo chciały, bo mówiły, że przereklamowany, ale potem śmiałyśmy się do łez i płakałyśmy.

Ale proszę poczekać, pójdę popatrzeć do kuchni, co z tymi pieczonymi jabłkami... (Z kuchni) Za chwilę będziemy jeść!

Szukam, co jeszcze było w tym moim życiu interesującego w tym roku... Oczywiście obóz z moimi zuchami. Prowadzę drużynę od wielu lat. Zaczęło się od tego, że kiedyś, gdy wróciłam po urlopie macierzyńskim do szkoły, okazało się, że nie ma już dla mnie miejsca. W innej szkole znalazło się pół etatu w świetlicy. I założyłam tam drużynę zuchową. Teraz co czwartek mam zbiórkę, a w wakacje organizuję obóz. Zabieram 20 dzieci do Puszczy Noteckiej. W tym roku byliśmy już 11. raz. Co roku mówię, że to już ostatni, bo organizacja trudna, bo już się nie chce, ale te dzieciaki są takie wspaniałe i gdy już tam jesteśmy, to myślę, że następny raz jednak będzie.

Mówi pani, że to sukces, że tyle rzeczy robię? Może tak... Harcerstwo zawsze było moją pasją, a człowiek powinien mieć jakąś choćby maleńką pasyjkę. Śpiewam jeszcze w chórze muzyki cerkiewnej. I chodzę dwa razy w tygodniu na aerobik w wodzie. Jestem taką animatorką, bo namawiam do ruchu sąsiadki. Stworzyłyśmy nową grupę, panią też zapraszam, niech pani przyjdzie! A w sobotę chodzimy z kijkami, 12 km wokół jeziora.

Co jeszcze w tym roku... Mój syn się oświadczył! To nie mój sukces, ale moja radość. Fajną ma dziewczynę, dobrze zrobił. W zeszłym roku zamieszkali razem. Wróciłam z obozu, akurat wynosił tapczan: ''Mamo, znaleźliśmy mieszkanie!''. Przecież nie mogłam powiedzieć, że się nie cieszę. Ale jak się wyprowadził, to się zrobił... taki bezsens, pustka. Do kogo się odezwać? Do kota? Przyznam się, że wpadłam w depresję. Ale potem lato minęło, już się zaczęły zbiórki, próby chóru, trzeba było wyjść z domu.

Ta depresja to sprawa zeszłoroczna, w tym roku już sobie z tym poradziłam. Jedna rzecz, która mnie martwi - nie wiem, jak wesprzeć moją córkę. Dziewczyna jest świetna, nieprawdopodobna, ale całe życie zbuntowana i przez to ciągle ma pod górkę. Szuka teraz pracy, chciałabym umieć jej pomóc.

Jedzmy już te jabłka, bo wystygną.

Pani Emilio, więcej kolorów!

Emilia Dziubak, lat 30,ilustratorka i autorka książek dla dzieci

Przyniosłam książki, zobacz. Tak, wszystkie ilustrowałam w tym roku, w sumie będzie ich pięć. Na jedną właśnie czekam. Już miała premierę, ale jeszcze do mnie nie dotarła. Okładka będzie taka: niemal czarna, w odcieniu gorzkiej czekolady, jak przy klasycznych obrazach martwych natur, na tym tle kieliszek z musującą oranżadą, na brzegu kieliszka siedzi dziewczynka i moczy stopy. Ta książka to ''Kłopoty rodu Pożyczalskich''. Wydawnictwo przyjęło mój projekt ilustracji bez żadnego ''ale'' - choć ta czarna okładka wydawała mi się dość ryzykowna.

Jakie to uczucie, gdy widzi się w księgarni swoje książki?

Oj, bardzo ekscytujące. W tym roku już trochę przywykłam i reaguję normalnie. Ale gdy w zeszłym roku ukazała się moja pierwsza książka [''Gratka dla małego niejadka'' - znalazła się w setce najpiękniejszych książek świata w konkursie CJ Picture Book Awards], to były takie emocje, że uruchomiły się u mnie wszystkie możliwe mechanizmy obronne, przez długi czas nie umiałam się nią po prostu cieszyć. I gdy jeszcze dostawałam maile od czytelników, którym się podobało, albo przeczytałam w sieci, że ktoś kupił książkę i gotował z dziećmi zupę z marchwi według mojego przepisu, to już byłam w siódmym niebie. Równocześnie cały czas się bałam, że ktoś wytknie mi jakieś błędy albo że dzieci się przestraszą moich rysunków, albo że ktoś zarzuci mi infantylizm. Ale nic takiego się nie zdarzyło. Jedyne uwagi, które dostałam i dostaję czasem do dzisiaj, dotyczą tego, że moje ilustracje są za mało kolorowe. W Polsce jest tak przyjęte, że książki dla dzieci muszą być jaskrawe. ''Pani Emilio, wszystko w porządku, tylko więcej kolorów!'' A to nie jest do końca kwestia wyboru, ale też mojego temperamentu. Tak widzę świat.

W tym roku odezwał się też do mnie chłopak, który tworzy filmy animowane. Zapytał, czy nie chciałabym pracować przy krótkometrażowym filmie. W pierwszej chwili myślałam, że chce, bym narysowała plakat albo coś w tym stylu. Ale gdy usłyszałam, że chodzi mu o pracę nad konkretnym tytułem, to długo dochodziłam do siebie. Bo to było moje największe marzenie. Zdaję sobie sprawę, ile pracy wymaga film animowany, ale jak pomyślę, że któraś z postaci, którą stworzę, poruszy się, to to wszystko mi wynagrodzi, mogę siedzieć po nocach!

Co poza pracą? Wstyd się przyznać, ale głównie pracowałam. Wakacji miałam może tydzień. Mój mąż też dużo pracuje i trudno nam znaleźć czas, żeby się oderwać.

Mam taki problem, że moja praca to jednocześnie moje hobby, więc postanowiłam sobie, że w tym roku znajdę sobie jakieś hobby zupełnie odrębne, ale kiedy zaczęłam się zastanawiać, co mnie interesuje poza rysowaniem, to doszłam do strasznego wniosku - że nic. (śmiech)

Przyjmij to wyzwanie, Jagoda!

Jagoda Jarzyna, lat 62, Miss Trzeciej Młodości 2012

Dziewczyny z zespołu Zakręcone Babki, z którymi tańczę od lutego, przyniosły ankietę: ''Jagoda, typujemy cię na miss!''. Nigdy w życiu mi się coś takiego nie marzyło, ale koleżanki postawiły mnie właściwe pod murem: ''To będzie tylko zabawa, ktoś musi pójść, przyjmij to wyzwanie, Jagoda!''. I namówiły mnie.

Poszłam bardzo stremowana, trzeba było wyjść na scenę, zaprezentować siebie, swoje pasje. I na koniec okazało się, że zostałam wybrana na Miss Trzeciej Młodości i Miss Radości Życia. Nie spodziewałam się, bo było tam bardzo dużo osób niesamowicie ciekawych, seniorów z pasją. Słowo ''senior'' to się czasami źle kojarzy, ale okazuje się, że w nas jest tyle energii, wigoru, życia... Byłam oszołomiona tym wyborem, ale teraz już się stało i muszę tę koronę godnie nosić.

Mam 62 lata. Najdziwniejsze jest to, że ja się czuję tak młodo, że aż czasem się zastanawiam dlaczego. Czasami młody człowiek jest życiem tak przytłoczony, że czuje się staro, a ja właśnie teraz mam w sobie tyle radości życia i mam możliwości, jakich chyba nigdy nie miałam. Gdy już się nie pracuje - z zawodu jestem kelnerką, całe życie pracowałam w tym zawodzie - dzieci odchowane i nic się już nie musi, można robić to, co sprawia przyjemność.

Zawsze marzyłam, żeby tańczyć. Gdy dzieci wyprowadziły się do swojego domu, zrobiło się pusto i chciałam ten czas jakoś zająć. Zobaczyłam w telewizji migawkę występu zespołu Zakręcone Babki. Myślę sobie: ojej, muszę je odnaleźć! Poszłam na ich występ w osiedlowym klubie. Gdy zobaczyłam, jak one fantastycznie tańczą, pomyślałam: to jest to!

Mamy w programie taniec cygański, kankana, taniec orientalny i teraz zaczynamy się uczyć tańca hiszpańskiego. Taniec orientalny? To taniec brzucha, grzecznie to tak nazywamy, żeby nie było niewłaściwych skojarzeń. Ale stroje mamy odpowiednie, szyjemy je same, pięknie się eksponujemy i zakrywamy. Trzy razy w tygodniu mamy próby, jesteśmy zapraszane na występy, jest cudownie. A jeszcze kilka lat temu miałam bardzo ciężką kontuzję kręgosłupa i nie mogę uwierzyć, że się tak odbiłam!

Mam dwójkę dzieci i trójkę wnucząt - trzech chłopaków, z którymi uwielbiam grać w piłkę nożną. W tym roku na Dzień Babci dostałam od wnuków taki długopis... (Wyjmuje z etui do okularów różowy długopis z nadrukiem: ''Cudowna Babcia'').

Opiekuję się jeszcze moją 93-letnią mamą, jest po lekkim udarze. Wszystko mam tak poukładane, że mogę się nią opiekować i wychodzić na swoje zajęcia.

Gdy widzę seniorów, którzy siedzą w domu i narzekają, popędziłabym, niech idą i cieszą się życiem, póki mogą! Ucieka nam każdy dzień bezpowrotnie. ''Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy...'' - jak pisała Szymborska.

Porażki? Zaskoczyła mnie pani tym pytaniem. Czy coś nie wyszło w tym roku? Nie kojarzę.

Kupiłam kolumnę do chromatografii żelowej

Monika Koperska, lat 27,doktorantka na Wydziale Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego, laureatka międzynarodowego konkursu talentów dla młodych naukowców FameLab 2012

Buduję właśnie kapsułę czasu. Wspólnie z dwoma chemikami z mojej Pracowni Badań nad Trwałością i Degradacją Papieru konstruujemy kapsułę, która zostanie zakopana jeszcze w 2012 roku i ma zostać otwarta za sto lat.

Użyliśmy zeolitu, czyli bardzo porowatego glinokrzemianu - nie tylko stabilizuje on wilgotność, ale dodatkowo pochłania gazowe produkty degradacji przedmiotów.

Do środka włożymy m.in. zdjęcia zrobione podczas tegorocznych obchodów 20-lecia naszego Towarzystwa Doktorantów. Kapsułę zakopiemy pod ''ławeczką doktoranta'' w nowym kampusie UJ. Liczymy na to, że odkopią ją nasi następcy. Oni ocenią, w jakim stopniu zapis i papier przetrwały, na ile udało nam się spowolnić upływ czasu.

Jaki był dla mnie 2012 rok? Przyniósł mi wiele niespodzianek.

Na początku wybrano mnie na prezeskę Towarzystwa Doktorantów. Nie spodziewałam się, że będę pełnić taką funkcję. A potem druga zaskakująca rzecz: FameLab - najpierw wygrana w Polsce, później etap w Wielkiej Brytanii i nagroda.

Nie planowałam udziału w tym konkursie. Koleżanka opowiedziała mi, że coś takiego istnieje. Gdy tylko o tym usłyszałam, pomyślałam, że to bardzo fajna inicjatywa i skoro przychodzi do mnie, to trzeba w to włożyć swoje ręce.

To było wyzwanie: mam tylko trzy minuty, przed sobą publiczność, która nie jest związana ze środowiskiem nauki, i ja mam im opowiedzieć o chemii konserwatorskiej, którą się zajmuję (mój doktorat jest poświęcony zatrzymaniu procesów samoistnego niszczenia jedwabiu na przykładzie XVI- i XVII-wiecznych chorągwi wawelskich). Muszę wyłączyć trudny język naukowy, którym posługujemy się na uniwersytecie, i znaleźć język wspólny. No i trzeba pokonać tremę, ale na to pomaga szybkie rozciągnięcie mięśni przed wejściem na scenę.

Co kupiłam sobie za pieniądze z nagrody? Nie, nie zafundowałam sobie nowych szpilek. W szpilkach nie da się pracować w laboratorium. Kupiłam nowe szczelne pojemniki, w których prowadzę postarzanie jedwabiu temperaturą, i kolumnę do zestawu chromatografii żelowej - przedmioty potrzebne do dokończenia doktoratu. Planuję również w nowym roku podróż do ośrodka na Université des Science et Technologie w Lille, gdzie poszerzę zakres swoich badań o nową technikę.

Staram się teraz wypełniać kalendarz nie tylko pracą badawczą, ale też rozmaitymi inicjatywami popularyzującymi naukę. Wygrana w FameLab dała mi te nowe możliwości i bardzo się z tego cieszę!

Na przykład w zeszłym tygodniu prowadziłam warsztaty dla młodzieży z cyklu ''Nauki ścisłe są dla dziewczyn'' w Centrum Nauki ''Kopernik''. Wcześniej prowadziłam wykłady ''Czy papier może być kwaśny'' i ''Dlaczego mydło myje'' na Uniwersytecie Dzieci. Dużo mam teraz takich okazji, podczas których mogę zbierać nowych zapaleńców nauki i rozbudzać ich ciekawość.

Wydaje mi się, że w końcu ktoś w Polsce zdał sobie sprawę, iż z nauką należy wychodzić do ludzi. W tym roku widać, że różne instytucje rządowe zaczęły łożyć na ten cel. To pozwala takim młodym ludziom jak ja uwierzyć, że popularyzacja nauki jest konieczna i że jesteśmy potrzebni.

Co w chwilach wolnych od nauki robiłam w tym roku? No właśnie tych wolnych chwil nie było za dużo... Wolny czas, gdybym go miała? Pewnie poświęciłabym na nowy projekt badawczy, napisałabym kolejny artykuł.

Czy mam jakieś prywatne rytuały noworoczne?

Robię tak: spoglądam na miniony rok i próbuję wyłuskać jedną rzecz. Staram się, żeby było to coś, co spowoduje, że tego 31 grudnia uśmiechnę się sama do siebie. A przy tym przed sylwestrem to nigdy do końca jeszcze nie wiem, z powodu której rzeczy ostatecznie się uśmiechnę.

Mam 27 lat. Ale po moich ostatnich doświadczeniach z Uniwersytetem Dzieci stwierdzam, że wolałabym mieć dziewięć albo dziesięć. Bo kiedy ma się tyle lat, wtedy naprawdę się myśli, że wszystko można na świecie jeszcze zrobić. I ma się taką głowę pełną pytań, ciekawość nie jest jeszcze w żaden sposób ograniczona.

Raz kozie śmierć

Agata Widzowska-Pasiak, lat 47, pracuje w bibliotece, pisze książki dla dzieci

Fantastyczną rzeczą, którą w tym roku zrobiłam, był galop konno po plaży. Pierwszy raz w życiu odważyłam się zagalopować. Darłam się, trzymałam mocno grzywy, to była walka na śmierć i życie.

Moja 15-letnia córka zaraziła mnie pasją do koni. Jestem kiepskim jeźdźcem, ale gdy mogę wyjechać w teren, wtedy dziczeję, zapominam, że to niebezpieczne. Co roku jeździmy na wakacje nad morze do moich rodziców, za płotem są konie, można wykupić jazdę. Raz kozie śmierć, pomyślałam tego lata, pojechałam na plażę i puściłam się w ten galop.

Co jeszcze... Nie wiem, czy czegoś wielkiego akurat w tym roku dokonałam. Ale w porównaniu z tym, co było jeszcze kilka lat temu, jest super.

Co było? Lata bezrobocia i łez. Dziesięć lat byłam z dwojgiem dzieci w domu, kiedy młodsza córka poszła do przedszkola, zaczęłam szukać pracy. I okazało się, że nie ma dla mnie miejsca. Przez trzy lata wysyłałam CV, było ich z 80, nie dostałam żadnej odpowiedzi. A co usłyszałam najgorszego? ''Proszę pani, kobieta po czterdziestce jest dla pracodawcy żywym trupem''. Coś takiego powiedział mi pośrednik w agencji pracy.

W międzyczasie pisałam teksty na konkursy literackie, dostawałam nagrody i wyróżnienia. Wiedziałam, że mam potencjał i że jeśli znajdę pracę, będę twórcza. W końcu ktoś dał mi szansę.

Pracuję w bibliotece publicznej. Mam tu wszystko, co kocham: literaturę, teatr i psychologię, bo zajmuję się biblioterapią. Te wszystkie stereotypy o nudnych bibliotekarkach są niesprawiedliwe, śmieję się z tego, pisząc odcinkowy Kabaret Strasznych Panów w portalu bibliotekarskim Pulowerek.pl.

Piszę książki dla dzieci, w zeszłym roku ukazała się moja powieść ''Koń na receptę''. Zmieniło się wszystko, nie tylko w ciągu tego roku, ale ten rok to dalszy ciąg dobrych zmian.

Wróciłam do pisania wierszy dla dorosłych. Bo kiedyś pisałam, a potem to zarzuciłam.

Już się nie boję, że ktoś mnie skrytykuje. Raz kozie śmierć - to jest moje motto życiowe. Jak się czegoś boję, to specjalnie w to wchodzę. To się stało niedawno, bo całe życie byłam nieśmiała.

I namalowałam w tym roku swój pierwszy obraz olejny. Zawsze chciałam spróbować, w tym roku cudowna możliwość się nadarzyła, zaprzyjaźniłam się z malarzem, który miał w bibliotece wernisaż, i teraz co środa uczę się malować. Ta przyjaźń to mój prywatny sukces, bo przyjaciół od serca mam z czasów młodości i nie sądziłam, że jeszcze się tak otworzę na ludzi.

Mam 47 lat. Już nie mam - tak sobie myślę - za dużo czasu na spełnianie swoich marzeń. Jeśli chciałam malować, napisać książkę, jeździć konno - to chcę to zrobić teraz, bo nie wiem, co będzie jutro.

Do sukcesów dopisałabym jeszcze to: podjęłam decyzję, że pójdę na operację, dość poważną. Sześć lat temu okazało się, że powinnam, ale odsuwałam to. Mam już skierowanie, operacja w nowym roku. Raz kozie śmierć. (śmiech)

I jeszcze: moim sukcesem jest to, że nie ma mnie na Facebooku, a żyję!

A moje porażki? Największa: mam problemy z dogadaniem się ze swoimi nastoletnimi dziećmi. Moje marzenie, życzenie na przyszły rok: żeby mieć w sobie większe pokłady cierpliwości.

Dowiedziałam się, co chcę robić w życiu

Sandra Kopeć, lat 21, studentka, wolontariuszka

Gdy zadzwonili do mnie z urzędu, pomyślałam: ''Wow! Kurczę, fajnie...''. Bo coś po prostu robisz, a tutaj nagle ktoś mówi ci: ''Wyróżniamy cię, bo jesteś fantastyczną osobą''. Od razu do rodziców zadzwoniłam z tą wieścią, czułam, że są ze mnie dumni. To wyróżnienie - w konkursie ''Poznański wolontariusz roku'' - to jest mój tegoroczny sukces. Ale największym sukcesem jest to, że się dowiedziałam, co chcę robić w życiu. Jakbym odnalazła siebie.

Studiuję na socjologii, kierunek praca socjalna, trzeci rok. Na drugim miałam kryzys, bo zdałam sobie sprawę, że ja się chyba nie nadaję na pracownika socjalnego. Zaczęłam szukać czegoś innego. Trafiłam do fundacji, która pomaga chorym dzieciom. ''Sandra, dobrze ci to wychodzi'' - usłyszałam tam. ''Sandra, przyjdziesz, załatwisz?'' OK! Nie ma sprawy. Poczułam się potrzebna. Już nie tak... mało ważna.

Tego lata byliśmy na obozie nad morzem, pchałam wózek inwalidzki po piasku, bałam się, że wywrócę dziewczynę, a ona mówi: ''Sandra, poradziłaś sobie''. To było najlepsze.

Równocześnie rozpoczęłam wolontariat w schronisku dla zwierząt. Opiekuję się chorymi kotami, sprzątam klatki, karmię małe mlekiem, głaszczę. I chodzę na spacer z psami. Jest taki długi boks - gdy one widzą, że idę, wszystkie się cieszą, a ja myślę: nie mogę z wami wszystkimi wyjść... Jest nas kilku wolontariuszy na setkę psów i kotów.

Niedawno zaangażowałam się jeszcze w fundację zajmującą się dogoterapią. Jutro właśnie mamy zajęcia z chłopczykiem z autyzmem. I jeszcze zostałam asystentką rodzin zastępczych, mam pod opieką chłopca, któremu pomagam w lekcjach.

Daję ze wszystkim radę i wszystko robię za darmo. Dla mnie fajne jest to, że mogę się sprawdzić. Wiem już, że wiążę z tym swoją przyszłość. Chciałabym zostać terapeutką osób niepełnosprawnych, najchętniej połączyć to z dogoterapią.

Budujące jest dla mnie to, że moim rodzicom podoba się to, co robię. Założyłam w tym roku bloga o zwierzętach. Mama potrafi zadzwonić: ''Wyślij mi adres, chcę dać koleżance, żeby poczytała''.

I jeszcze jeden sukces odniosłam.

Był taki pies w schronisku, dziesięcioletni staruszek, miał problemy ze zdrowiem. Wiedziałam, że jeśli zostanie w schronisku, to będzie koniec. Kto weźmie takiego psa? Przez półtora miesiąca dzwoniłam do rodziców: ''Musicie go wziąć. Nie będziecie żałować''. Zaufali mi, chociaż psa na oczy nie widzieli. Tata przyjechał po niego do Poznania specjalnie z Kalisza. Pies miał zapalenie pęcherza, zwyrodnienie stawów, niedowagę, musieli go leczyć, kosztowało to sporo pieniędzy. Ale teraz, gdy przyjeżdżam do domu i widzę, jak tata z nim siedzi, głaszcze go, a on tym pyskiem tak go trąca, to myślę, że to fantastyczna sprawa. Wabi się Simba, wygląda dziś jak Król Lew. Gdyby mi się udało tak każdego namówić na takiego psa, to byłby mój sukces.

Porażki? Gdy ktoś weźmie psa ze schroniska, a potem go oddaje. Albo gdy zajmuję się chorym kotem, przychodzę i okazuje się, że musi zostać uśpiony...

Życie osobiste? Na razie chłopak jest mi niepotrzebny. Mało który facet - oprócz mojego taty - rozumie, o co mi chodzi z tymi kotami, psami. ''Naiwna jesteś'' - też to czasem słyszę. Ale gdy zmęczona wracam do domu, myślę, że zrobiłam coś fajnego. Teraz życie po prostu ma sens.

Artykuł pochodzi z najnowszych Wysokich Obcasów. Zobacz cały numer w Piano

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.