Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Czytasz ten tekst bezpłatnie dzięki Partnerowi materiału Bankowi BNP Paribas

W piątek nie możemy porozmawiać, bo Agnieszka Tołłoczko przez cały dzień jest w terenie – objeżdża pola, sprawdza stan upraw. A jeździć może długo – to aż tysiąc hektarów na pagórkowatym warmińskim pojezierzu. Za to w sobotę jest gotowa do rozmowy tuż po godz. 8 – już po śniadaniu, po kawie, zdążyła nastawić obiad i usiadła na tarasie.

– Na wsi cudownie wstaje się o świcie. O godz. 4 czy 5 jedyne, co słychać, to rośliny, wiatr i zwierzęta. Ludzie śpią. Po 6 dochodzi daleki stukot narzędzi kowalskich, piła w lesie czy silnik ciągnika, który rusza w pole – opowiada.

Tych dźwięków i tego spokoju nauczyła się już jako dorosła kobieta. Na wsi mieszkał jej ojciec, który najpierw był dyrektorem dużego PGR-u w Szkotowie pod Nidzicą, później jego dzierżawcą, a w końcu – właścicielem.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Agnieszki życie było miejskie. Urodziła się w Olsztynie, w mieście ukończyła szkołę, została zootechnikiem, założyła rodzinę. Miała poukładany świat, ale pojawiły się też problemy.

– Szkoda wspominać. Wtedy najlepszym rozwiązaniem wydała się ucieczka. I uciekłam z dziećmi na wieś, do ojca. Odkryłam, jak bardzo to życie różni się od miejskiego. I jakie może być wspaniałe.

Koktajl z mlecza i pokrzywy

Wiosną tego roku powstał raport „Sytuacja kobiet na wsi”, opracowany na zlecenie banku BNP Paribas. Z badań wynika, że zdecydowana większość kobiet jest zadowolona z tego, że mieszka na wsi.

Czują się tu bezpiecznie, podkreślają przywiązanie do swojej wsi. Zaledwie kilka procent marzy o wyprowadzce do miasta. Nawet w najmłodszej grupie, tej poniżej 30. roku życia, na wsi chce pozostać 94 proc. badanych. I to wcale nie dlatego, że na wsi żyje się łatwiej. W badaniach większość podkreśla, że życie w mieście jest prostsze, kobietom żyje się łatwiej i mają lepszy dostęp do oferty kulturalnej.

– Ja to wszystko sprawdziłam na własnej skórze – przyznaje Agnieszka. – W mieście miałam wszystko na tacy: w pobliżu kino, przychodnia i szkoła. Do sąsiada z bloku biegło się po szklankę mąki albo jajko, gdy zabrakło. Tu do najbliższego sąsiada mam kilkaset metrów, a sklepu we wsi nie ma wcale. W mieście jest szybciej, często łatwiej. Ale czy lepiej? Ja bym się stąd nigdy nie wyprowadziła. To moje miejsce.

Agnieszka przyznaje, że pierwsze lata na wsi to był relaks i błogość. Ojciec był szefem, to na nim spoczywała odpowiedzialność za prowadzenie potężnego gospodarstwa. Córka pomagała – zajmowała się administracją i zaopatrzeniem. Uczyła się gospodarstwa. I zakochiwała we wsi.

– Zaczęłam uprawiać ogród warzywny i poznałam, co to smak własnego szczypioru, marchewki czy kopru. Posadziłam drzewa owocowe. Konie podchodziły pod okna, żeby dostać jakiś smakołyk, gołębie przylatywały, żeby pożywić się zebranym z pola ziarnem, po podwórku biegały koty. Pod domem rośnie stara, przedwojenna jabłoń, która daje najsmaczniejsze, czerwone jabłka. Tu każde wyjście z domu to spacer. Podróż wśród drzew, traw i zbóż. Mnóstwo czasu spędzaliśmy z dziećmi na dworze. Zbieraliśmy mlecz na syrop i pokrzywę, z której robiłam dzieciom zdrowy „koktajl Shreka”. Chodziliśmy na grzyby, jeździliśmy na rowerach i pływaliśmy kajakami po jeziorze. Miałam czas na czytanie książek, pisanie wierszy, rozwijanie pasji fotograficznej. Zdarzało mi się wcześnie rano, kiedy wszyscy spali, wymykać do lasu z aparatem, żeby robić zdjęcia.

Drugi etap, czyli ziemniak

Teraz zdarza jej się raczej wyjeżdżać o świcie na pole, by sprawdzić, czy przymrozek nie zniszczył roślin, czy grad nie wybił rzepaku, tak jak w 2004 roku, kiedy po jednej nocy aż 200 hektarów upraw zostało zniszczonych. Teraz bywa, że zastanawia się nad ranem, jakie dyspozycje wyda pracownikom. Bo trzy lata temu skończył się pierwszy, beztroski etap wiejskiego życia Agnieszki

– Tata poważnie złamał nogę, miał blisko 80 lat i podjął decyzję, że nie będzie już prowadził gospodarstwa. Nie ma synów, tylko trzy córki. I to mnie, najmłodszej, przekazał gospodarstwo – opowiada Agnieszka. – Przez lata widziałam, jak ojciec ciężko pracuje, a uprawy nie przynosiły dużego zysku. To trudne ziemie, piąta i szósta klasa, nieurodzajne. Teren jest pagórkowaty i kamienisty. Podglebie piaszczyste, więc choćby człowiek nie wiem jak się starał, zdarza się, że rośliny schną jak na pustyni. A zmiany klimatu sprawiają, że susze coraz częściej uprzykrzają pracę polskim rolnikom. Myślałam, co zmienić, żeby jak najlepiej wykorzystać to, co mam.

Pomogły rady doświadczonych rolników z okolicy. Podpowiedzieli, że jej pola to ziemie, na których przed laty świetnie rosły ziemniaki.

– Zaryzykowałam. Na 70 hektarach posadziłam ziemniaki. Już w pierwszym roku zebrałam po 50 ton z hektara. Na takiej glebie to rewelacyjny wynik! Już się nie mogłam zatrzymać.

Agnieszka Tołłoczko: Mam pracę  w polu, ale zaczyna padać deszcz, więc plany trzeba zmienić. Przeczekać. Odłożyć coś na później. Popatrzeć w nieboAgnieszka Tołłoczko: Mam pracę w polu, ale zaczyna padać deszcz, więc plany trzeba zmienić. Przeczekać. Odłożyć coś na później. Popatrzeć w niebo Fot. Arkadiusz Stankiewicz / Agencja Gazeta

Coraz więcej kobiet przebojowych

I tak z Agnieszki zachwyconej wsią stała się Agnieszką rolniczką i przedsiębiorczynią.

Wzięła kredyt, żeby kupić potrzebny sprzęt: wózek widłowy, sadzarkę do ziemniaków, nowoczesny ciągnik i kombajn. Zbiory trzeba było przechowywać w dobrych warunkach, więc zainwestowała w halę magazynową, urządzenia do sortowania i odpowiednie skrzynki. Coraz więcej płaciła za energię, stąd pomysł na zamontowanie urządzeń fotowoltaicznych.

– Jestem stałą klientką banku, bo biorę kolejne kredyty, a ziemniak pomaga mi je spłacać – opowiada. – Przekonałam się, że z bankowcami można się dogadać, bo mój sukces jest przecież w ich interesie. Lubią rolników, bo jesteśmy niezłymi klientami. Jest towar, jest ziemia, jest szybki obrót pieniądza. Bo na jedzenie zapotrzebowanie jest zawsze. Kiedy z powodu epidemii koronawirusa kontrahenci w kryzysie odmawiali płatności, banki szły nam na rękę i udało się prolongować kredyt.

Raport „Sytuacja kobiet na wsi” pokazuje, że kobiety mają o sobie dobre zdanie – zdecydowana większość czuje się lubiana przez otoczenie, ponad 70 proc. ocenia się jako dobrze zorganizowaną, zaradną, niezależną. Na pytanie: „Czy uważa się pani za kobietę nowoczesną?”, 32 proc. mieszkanek wsi odpowiedziało „zdecydowanie tak”, a 40 proc. – „raczej tak”. Ponad dwie trzecie badanych kobiet uważa się za znakomitą gospodynię domową. Ale już przy pytaniu o znajomość produkcji rolnej kobiety były raczej ostrożne: tylko 5 proc. zapewniło, że zna się na tym doskonale, 20 proc. – że nie lub raczej nie, a ponad 40 proc. badanych nie ma co do swoich kompetencji pewności.

– Obserwuję, jak kobiety ze wsi się zmieniają, stają coraz bardziej pewne siebie i zadowolone z własnego życia – mówi Agnieszka. – Coraz mniej jest takich, które zajmują się wyłącznie wychowaniem dzieci i pracą w domu. Chcą się spełniać zawodowo, robią prawo jazdy, angażują się w sprawy gospodarstwa i nie chcą już być taką broszką do dekoracji męża. Coraz więcej nas jest odważnych i przebojowych. Ale samodzielne rolniczki na dużych gospodarstwach to wciąż jeszcze raczej wyjątek. Znam jedną, która z powodzeniem prowadzi i rozwija fermę drobiu. Ale znam inną, która po śmierci męża nie podołała prowadzić dużej, ale obciążonej kredytami hodowli krów i gospodarstwo straciła.

Szef w polu, mama w domu

Agnieszka ma szafę pełną ładnych sukienek i eleganckich butów. Wkłada je na bale rolnika i na spotkania towarzyskie, które nie zdarzają się często.

Najczęściej ubiera się w spodnie i buty na płaskim obcasie. Ma być wygodnie, ale schludnie. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie musiała prosto z pola ruszyć do banku czy na spotkanie z kontrahentem. Ma dwa kombajny i dziesięć ciągników, choć zdecydowanie woli prowadzić szybkie samochody. – Na początku ludzie się dziwili, że kobieta samodzielnie prowadzi potężne gospodarstwo. Nie oszukujmy się, rolnictwo to zajęcie dla mężczyzn. I to wcale nie dlatego, że kobieta gorzej wygląda w ciągniku. I nie dlatego, że to jest fizyczna praca. W swoim gospodarstwie jestem głównie menedżerką i logistyczką, z nowoczesnymi maszynami i świetną załogą. Chodzi mi raczej o wielką odpowiedzialność za duże przedsiębiorstwo, jakie prowadzę. To jest największe obciążenie. Czy kobieta sobie z nim nie poradzi? Pewnie, że sobie poradzi. Tylko że nikt jej nie zwolni z tych typowo kobiecych ról. Wciąż jest matką, prowadzi dom, bywa żoną. Ja mam czworo dzieci – dwoje już dorosłych, dwoje nastolatków.

Agnieszka rolniczka: – Wstaję po godz. 6, jem śniadanie, piję kawę. Idę do pracowników wydać dyspozycje, co siać, jak uprawiać, jaką maszynę mają remontować. Jeżdżę na pole, żeby sprawdzić, jak rośnie żyto i ziemniaki. Prowadzę rozmowy z kontrahentami, robię zamówienia, pilnuję płatności, składam wnioski o unijne dofinansowania, kontaktuję się z bankiem w sprawie kredytów. W tym roku staram się o dofinansowanie deszczowni, czyli nowoczesnego systemu nawadniania pól, który pozwoliłby mi uniezależnić się od kapryśnej pogody. Przy moich glebach podatnych na suszę to naprawdę potrzebna inwestycja.

Agnieszka matka: – Gotuję obiad, odwożę młodsze dzieci do szkoły, a to 20 km w jedną stronę, robię zakupy, sprzątam, piorę. Odbieram dzieci ze szkoły. Starszemu synowi przygotowałam w garażu studio, gdzie ćwiczy ze swoją kapelą. Kiedy tylko się da, ruszamy na spacery, wycieczki rowerowe. Zimą wyrywamy się na tydzień na narty. Przed świętami robimy ozdoby. Mam wrażenie, że na wsi ludzie mają więcej czasu dla rodziny. I więcej okazji, żeby wsłuchać się w siebie.

Agnieszka ma czworo dzieci, dwoje już dorosłych i dwoje nastolatków.  - Tutaj, na wsi, mamy więcej czasu dla siebie niż w mieścieAgnieszka ma czworo dzieci, dwoje już dorosłych i dwoje nastolatków. - Tutaj, na wsi, mamy więcej czasu dla siebie niż w mieście Fot. Arkadiusz Stankiewicz / Agencja Gazeta

Przyjaźń z czasem i z naturą

Agnieszkę wieś nauczyła pokory. Wie, że choć sporo zależy od niej, to jeszcze więcej – od natury. – Najpierw tniemy rzepak, bo on dochodzi najwcześniej. Jeżdżę w pole i sprawdzam, czy już dojrzał.

Na razie połowa łuszczyn jest dojrzała, połowa wciąż zielona. Słońce w takiej sytuacji pomaga, dosusza. Ale tego lata pogoda jest dla rzepaku okropna – dzień słońca, dzień wilgoci. Trudno wybrać właściwy moment na żniwa.

Niezbędnik rolniczki to aplikacje z prognozą pogody. Od nich zaczyna dzień i na nich kończy. A i tak często może tylko rozłożyć ręce. – W tym roku mieliśmy wiosną wielką suszę. Zboża ozime bardzo to odczuły. Normalnie z jednego ziarna kiełkuje kilka roślin i każda wydaje nowy kłos. Gdy jest susza, pozostaje jedno, najsilniejsze źdźbło. To zupełnie jak z bocianami: kiedy rok jest urodzajny i mokry, rodzice zostawiają w gnieździe wszystkie młode, które się wykluły. Jeśli jest sucho i biednie, wyrzucają te pisklęta, których mogą nie wykarmić. Tak działa natura. Codziennie się uczę, że nie warto się złościć na to, na co nie mam wpływu.

Agnieszka nie liczy, ile razy w porze przymrozków zdarzało jej się wyruszać o świcie na pola i sprawdzać, czy rośliny nie przemarzły. – Któregoś razu jadę o 5 rano na pole rzepaku. Była pełnia kwitnienia. Patrzę, a rzepak pochylony od przymrozku. Płakać się chciało. Na szczęście się obudził, chociaż nie każdy kwiat przetrwał. Sporo zależy od tego, jak wykonam swoją pracę. Ale pola nie zadaszę. Nie mam wpływu na pogodę, ale mam wpływ na to, jak sobie z tym poradzę. Zrobiłam oprysk na ziemniaki, przyszedł deszcz i wszystko zmył. Wielka strata finansowa. Ale jedyne wyjście rolniczki to zaprzyjaźnić się z naturą.

Agnieszce udało się też zaprzyjaźnić z czasem, który na wsi płynie zupełnie inaczej niż w mieście. Nie wyznacza go grafik w biurze, rozkład jazdy autobusów czy godziny otwarcia sklepów. – Na wsi czas jest bardziej elastyczny – mówi. – Mam pracę w polu, ale zaczyna padać deszcz, więc plany trzeba zmienić. Przeczekać. Odłożyć coś na później. Popatrzeć w niebo. Czas jest bardziej rozciągnięty. Tylko godziny niedzielnej mszy pozostają niezmienne. Na mszę chodzę regularnie i często się modlę. Dziękuję, proszę, szukam otuchy i ją znajduję.

Nieraz w gumiakach pędzę w pole

Kobietom ze wsi Agnieszka sporo by chciała powiedzieć: żeby się nie bały podejmować ryzyka, korzystać z rad, działać samodzielnie. – Kiedyś rolnik kojarzył się z zaściankowym chłopem bez szkoły i ogłady. Teraz coraz więcej ludzi zauważa, że bez rolników nie ma wsi, a bez wsi nie ma miasta. I my, kobiety, tak dużo dobrego możemy na tej wsi zrobić, bo świat na szczęście się zmienia. Mój pradziadek był właścicielem fabryki słodyczy. Nie miał syna, tylko cztery córki, ale w tamtych czasach nie mógł przekazać fabryki żadnej z nich, więc musiał przyuczyć zięcia. Kobiety były wykluczone. A teraz możemy wszystko.

Agnieszce zdarza się w gumiakach i płaszczu przeciwdeszczowym pędzić w pole. Innym razem musi krzyknąć, tupnąć, a bywa, że użyć ciężkich słów. – Nikt już nie zerka zdziwiony, że to ja rządzę w gospodarstwie. Nikt nie pyta, czy jest ze mną mężczyzna. Jestem na właściwym miejscu. Ojciec mnie nauczył, że najważniejsze, by starczyło na pobory dla ludzi i paliwo do maszyn. Mnie nigdy nie zabrakło. Kiedyś bałam się, że krzywdzę dzieci, bo tu, na wsi, mają mniej rozrywek, mniej możliwości. A one mi mówią, że są na wsi szczęśliwe. Od synów i córek już nieraz usłyszałam, że są dumni, bo trafiła im się dzielna matka. Mój ojciec chyba też jest dumny, chociaż on nie mówi tego głośno.

Ten tekst jest dostępny bezpłatnie dzięki Partnerowi materiału Bankowi BNP Paribas

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.