Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wrzucasz do kosza, a potem jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystko znika. Nie wierzę w czary, ale mimo to traktowałam domowy śmietnik jako miejsce, gdzie wydarza się magia. Otwierasz szafkę, wrzucasz resztki, zamykasz drzwiczki i nie ma. Po kilku dniach torbę wyrzucasz do kontenera, otrzepujesz ręce. Ktoś to odbierze, problem zniknie. Można iść w świat i produkować kolejne tony plastików, folii i papierów. Bez zastanowienia. Wystarczy jednak na jeden dzień pozbyć się pojemnika na śmieci, żeby przestać wierzyć w bajki. Wychodzenie z iluzji nie jest przyjemną sprawą, ale kiedy zderzy się choćby z kilkoma danymi dotyczącymi kondycji naszej planety, to jest raźniej. Jedna osoba nic nie zmieni, ale miliony mogą coś wskórać.

Pierwszym krokiem do świadomego produkowania śmieci jest przejrzenie swoich odpadków. Zanim więc na kilka dni pozbędę się kosza, wysypuję jego zawartość na środek kuchni i przyglądam się śmieciom.

W worku jest trochę jedzenia, dużo jednorazowych plastikowych torebek, papierosy, zużyte podpaski, paragony z przyklejoną gumą do żucia, jakiś szklany słoik, którego nie chciało mi się umyć, kilka butelek po napojach, dużo torebek po herbacie, opakowania po lekach, butelka po szamponie, kulki z aluminiowej folii i ulotki.

Wkładam rękawiczki i zabieram się do segregowania. Gazety, butelki, plastiki wpadają do pojemnika z recyklingiem, słoik myję i chowam do szafki. Reszta zostaje i uruchamia wyobraźnię.

Lauren Singer, Amerykanką, która przez trzy lata wyprodukowała słoik śmieci, nie będę, ale wierzę, że przy minimalnej zmianie nawyków śmieci mogę wyprodukować o połowę mniej. Po raz drugi przyglądam się więc tym, które zostały. Jedzeniowe resztki świetnie nadadzą się na kompost. Okazuje się, że w Warszawie jest kilka miejsc, gdzie można przynieść swoje bioodpady, znajduję je za pomocą opublikowanej ostatnio przez inicjatywę społeczną Oddam Odpady mapy kompostowników. Na ich stronie dowiaduję się też o akcji „Otwarte kompostowniki”, która pomaga założyć je na osiedlach. Na pobliskim podwórku już jeden działa. Na klapie drewnianej skrzyni, w której zbierane są resztki, wymalowano zasady kompostowania. Mogę wrzucać tu obierki, skorupki po jajkach, pestki, resztki kwiatów i fusy po herbacie. Niewiele więcej znalazło się na mojej „organicznej kupce”. Jeśli więc będę dojadać obiady (pozostałości po ugotowanym jedzeniu nie nadają się na kompost), jeść sery do końca (nabiał w tym kompostowniku nie ląduje), to mam szanse kompostować wszystkie swoje jedzeniowe resztki.

Domowy kompostownik zakładam w lodówce. Kupuję spory pojemnik z pokrywką i odkładam tam wszystkie biologiczne odpady. Po tygodniu pojemnik jest pełny, więc w ramach wieczornego spaceru podrzucam go do sąsiadów. Głupio się przyznać, ale to łatwiejsze, niż się spodziewałam.

Jeden kłopot z głowy. Nadal zostają produkty higieniczne i papierosy. O ile te drugie trzeba rzucić albo przynajmniej zacząć robić skręty, bo i paczka wtedy nadaje się do recyklingu, i papierosy mogą być zrobione z biodegradowalnych bletek, o tyle z artykułami higienicznymi jest trudniej. Na licznych portalach dotyczących „zero waste” czytam porady, żeby zacząć myć się ręką, ewentualnie sodą oczyszczoną albo kosmetykiem zrobionym przez siebie. Brzmi świetnie, ale nie jestem gotowa na życiową rewolucję w tym zakresie. Krytycznie przeglądam swoją łazienkę. Żel pod prysznic mogę zamienić na kostkę mydła, balsam kupować w szklanych słoikach, a pastę do mycia zębów zastąpić olejem kokosowym. Na liście „zakazanych artykułów” znajdują się też wszystkie produkty z pompką, która jest metalowo-plastikową konstrukcją trudną do przetworzenia. Żegnam się więc z kremem do opalania i pod oczy.

 

W Polsce nie ma sklepu z kosmetykami bez opakowań, ale znajduję kilka lokalnych manufaktur, które mogą zrobić krem czy balsam do przyniesionego przeze mnie pojemnika. Jest to rozwiązanie. Wszystkich śmieci z łazienki się nie pozbędę, ale zakładając, że zamiast podpasek zacznę używać kubeczka menstruacyjnego, a waciki zamienię na takie wielokrotnego użytku, jest szansa na sporą redukcję. Trzeba tylko jeszcze znaleźć papier toaletowy niepakowany w folię i przerzucić się na wielorazowe chusteczki do nosa, a do koszyka wkładać opakowania, które mają szansę na drugie życie.

Te, w które są pakowane kolorowe kosmetyki, raczej takiej nie mają.

Czy naprawdę muszę się malować? Czy używam tych wszystkich pudełeczek? Mogę pudry, róże i cienie rozłożyć na czynniki pierwsze, wydłubać lusterko, usunąć sprężynkę i w częściach oddać do przetworzenia. Do refleksji.

Refleksji muszę też poddać liczbę plastikowych torebek, które znajduję w śmietniku. Od lat chodzę na zakupy z torbą płócienną, ale i tak mój kosz wyścieła plastik. Niestety, w Polsce panuje kultura pakowania wszystkiego do woreczków. Szczególnie na bazarku. Dla sprzedawców to bardzo wygodne rozwiązanie, ale z ekologicznego punktu widzenia – katastrofa. Wybieram ze swoich śmieci kilka nieporwanych toreb i postanawiam zabierać je ze sobą zawsze na zakupy. Skoro już trzeba pakować w torebeczki, to może w te same.

Łatwo nie jest. Sprzedawcy patrzą na mnie jak na dziwoląga, ale niektórych udaje się przekonać. O ile oczywiście nie są tak szybcy, że zdążą zapakować, zanim cokolwiek pisnę. Najtrudniej przekonać panią z piekarni. Na chleb przeznaczam jedną ze swoich płóciennych toreb. Najpierw namawiam ekspedientkę, żeby po prostu chwyciła chleb ręką i wrzuciła mi do torby, ale się nie zgadza. Kwestie higieniczne. Na mój płócienny woreczek patrzy krzywo, ale udaje mi się ją przekonać. Muszę działać szybko, bo po plastik sięga się automatycznie. Do cukierni wchodzę z własnym opakowaniem, kupuję kaszę na wagę do słoika i przyprawy do pojemniczków. Jedynie nabiał przysparza kłopotów, bo albo jest pakowany w folię i styropianowe tacki, których ze względów środowiskowych i ekologicznych należy unikać jak ognia, albo jest fabrycznie zapakowany w plastik. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Można za to starać się kupować produkty wyłącznie wyprodukowane w Polsce, ograniczając koszt środowiskowy, i zapakowane w materiały nadające się do przetworzenia. Pomocą w poszukiwaniu „prawdziwych Polaków” wśród firm służy mi aplikacja Pola. Co prawda pokazuje ona, gdzie firma ma kapitał, a nie gdzie wyprodukowano dany przedmiot, ale ta informacja wydaje mi się równie ważna. Ubolewam, że naklejka na skrzynkę pocztową „Proszę nie wrzucać ulotek” działa średnio, ale liczę na to, że chociaż kilka razy udało mi się uniknąć gazetki z promocjami zapakowanej szczelnie w plastik.

Najtrudniej ogranicza się śmieci poza domem.

W knajpie z marszu do kawy i soku dostaję słomkę, serwetkę i zapakowane w folię ciasteczko. O ile słodycz mogę oddać, o tyle dwie pozostałe rzeczy, nawet jeśli z nich zrezygnuję, i tak wylądują w koszu. Tak jakby słomka, która na sekundę zanurkowała w mojej wodzie, była czymś skażona i nie można by jej umyć.

Walka ze śmieciami to walka na czas. Im szybciej się zareaguje, tym większa szansa, że nie dostaniemy pakietu śmieciowego. Dobrym rozwiązaniem jest przerzucenie się na napój w butelce i odmówienie użycia szklanki. Nie dostaje się wtedy ani plastikowych dodatków, ani cytrynek i pomarańczy, które zapewne nie lądują w knajpianym kompostowniku. Kawę można zamówić do własnego kubka. Jedna z sieciówek już oferuje zniżki klientom, którzy przyjdą po napój z własnym naczyniem. W dobie termicznych kubków wydaje się to dobrym rozwiązaniem ekologicznym.

Ograniczenie ilości śmieci to jedno, ale co robić z tymi, które już wygenerujemy? Po radę kieruję się do Julii i Kaśki z inicjatywy społecznej Oddam Odpady, bo im dłużej żyję bez zbiorczego śmietnika, tym więcej w mojej głowie rodzi się pytań.

– Najważniejsze, żeby wyrzucając zużyte przedmioty, oddzielać je materiałowo. Zrywać etykiety, odkręcać nakrętki, wtedy mamy szansę na uzyskanie w procesie recyklingu tworzyw wysokiej jakości – tłumaczy Kasia. 

Myć odpadów nie trzeba, bo zużycie wody jest mniejsze, kiedy odpadki czyszczone są już w przetwórni. Szkło jest najbardziej ekologicznym tworzywem, ale w przeciwieństwie do kartonów zajmuje dużo więcej miejsca w transporcie.

Wybory ekologicznego życia nie są, niestety, czarno-białe – dodaje.

I tłumaczy, że na przykład papier, który jawi się nam wszystkim jako materiał ekologiczny, wcale taki nie jest. Bo przy jego produkcji zużywa się dużo wody i chemii, a w procesie przetwarzania traci jakość. Dziewczyny radzą, by zamiast leczyć wyrzuty sumienia przez segregowanie rzeczy, kupować ich mniej.

– Duże sieciówki już próbują brać udział w ekologicznych nawykach, robią akcje typu „oddaj swój stary biustonosz, a dostaniesz bon na zakupy”, ale naszym zdaniem to ma również za zadanie nakręcać bezsensowny konsumpcjonizm – podsumowuje Julia.

Ja dopiero zaczynam śmieciową przygodę, więc najpierw oczyszczę sumienie. Spokoju nie daje mi tylko jedna rzecz. Po co oddzielać i walczyć, skoro potem i tak wszystko ląduje w jednej śmieciarce?

Dziewczyny, słysząc to pytanie, wybuchają śmiechem.

– To chyba jeden z najbardziej utrwalonych mitów. Nikt tej śmieciarki nie widział, ale wszystkich skutecznie odstraszyła od segregowania. Faktycznie, zdarza się, że samochód jest jeden, ale wtedy ma w środku przegródki na różne frakcje. W kryzysowych momentach, kiedy np. zepsuje się auto, może podjechać jedna śmieciarka, żeby zabrać oba rodzaje odpadów. W takim przypadku odpady trafiają do sortowni i będą, chociaż mniej efektywnie niż po segregacji w domu, ale zawsze w pewnym stopniu posegregowane – tłumaczą dziewczyny. Nie ma więc co się bać. Trzeba segregować i żyć zgodnie z zasadą: „Ogranicz, użyj ponownie i przetwórz”. Da się.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.