Nie jestem matką. Nie pracuję na etacie. Nie mieszkam z nikim. Nie dojeżdżam z daleka. Nie mam psa i nie biegam. I nie mam czasu. Ciągle towarzyszy mi uczucie "niedoczasu". Mam wrażenie, jakby świat walił mi się na głowę, a jedyne, co potrafię z tym zrobić, to schować ją pod kołdrę. I czekać, aż "mogę" zamieni się w "muszę". A i wtedy nie zawsze ruszam do działania, bo przed "muszę" też można się schować. Chociażby za deską do prasowania czy zlewozmywakiem. Czasochłonna to zabawa, która zwykle kończy się kapitulacją. Z czasem nie wygram. Tak przynajmniej mi się wydawało, dopóki nie trafiłam na bloga Oli Budzyńskiej, która jako Pani Swojego Czasu pokazuje, że warto podjąć walkę.

Pozostało 89% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.