Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wejdź, czytaj, pytaj! wyborcza.pl/pytaniabeztajemnic

...to, jak sobie z tym wszystkim radzę

Katarzyna Wasilewska, 37 lat, mama Stasia (9 lat), Wojtka (5 lat) i Zosi (3 lata). Z wykształcenia biolożka i psycholożka w trakcie robienia doktoratu; pisarka, autorka kilku książek i sztuk teatralnych (m.in. ''Matki Polki terrorystki'' granej w warszawskim

Teatrze Polonia)

Do szału doprowadzają mnie dwa pytania. Pierwsze: ''Sama jesteś?'', które zwykle pada z ust kogoś z rodziny, kto właśnie do mnie dzwoni i w ten sposób chce zacząć rozmowę. Teoretycznie to jest pytanie zamknięte i powinnam odpowiedzieć ''tak'' lub ''nie''. W praktyce po drugiej stronie jest oczekiwanie, że zacznę się żalić. To pytanie ma być dla mnie furtką do narzekania, że jest mi źle, męża nie ma i nie będzie do wieczora, bo ciężko pracuje, a ja w domu sama z tymi dziećmi!

A mnie tak naprawdę wcale nie jest źle. Jakoś sobie radzę i kompletnie nie mam ciągot do tego, żeby się nagle strasznie żalić. Bo jak czuję się źle, takie narzekanie jeszcze pogarsza mi samopoczucie. A jak czuję się dobrze, to tym bardziej nie mam na nie ochoty.

Wiem, że to pytanie ma pełnić funkcję spajającą, bo jak ludzie tak sobie razem ponarzekają, to czują się wspólnotą. Wiem, że zadając je, rodzina daje znać, że się o mnie troszczy. Rozumiem intencje. Ale zrozumienie zrozumieniem, intencje intencjami, a jak słyszę to pytanie, to mi gula skacze.

Drugie pytanie, które mnie doprowadza do szału, jest trochę podobne. To znaczy podobny jest cel jego zadawania. To jest pytanie: ''Jezu! Jak ty sobie z tym wszystkim radzisz?!''. Zadaje je dowolna osoba, która właśnie się dowiaduje, że mam trójkę dzieci. Zostaję wrzucona w szufladkę ''matka Polka'' i pada to pełne niby-podziwu pytanie. A ja zgodnie ze stereotypem powinnam odpowiedzieć, że ledwo, i zacząć się żalić.

Wkurza mnie to pytanie, bo to jest robienie nie wiadomo czego z tego, że ma się dzieci, czyli czegoś naturalnego. Ono jest dowodem na to, że funkcjonuje stereotyp rodzicielstwa jako czegoś trudnego, bolesnego i wymagającego niezwykłego wysiłku. A zadawanie tego pytania jeszcze ten schemat utrwala, bo nie pozwala spojrzeć na sprawę inaczej: że rodzicielstwo jest w miarę normalnym stanem, że może być fajne, przyjemne i ogólnie dla ludzi. W Szwecji dają radę mieć te dzieci i jednocześnie normalnie żyć. A u nas to jest społecznie podejrzane, jeśli jesteś matką trójki dzieci i twierdzisz, że jest ci dobrze. I to, że robię doktorat, piszę książki i sztuki, prowadzę zajęcia dla studentów albo chodzę na treningi judo, budzi zdziwienie, bo nie pasuję do schematu cierpiącej matki Polki.

Coś jeszcze. Gdy kogoś poznaję i pada pytanie: ''Jezu! Jak ty sobie z tym wszystkim radzisz?!'', a jak na nie odpowiadam, to dalej rozmowa toczy się już tylko o dzieciach. Ile lat mają, jak mają na imię, gdzie chodzą do szkoły. I tak sobie rozmawiamy, ale niczego się o sobie nie dowiadujemy, bo gdy mówię, że mam trójkę dzieci, ludzie dalej się mną nie interesują. Już przecież wiedzą, czym się zajmuję. I to w jakimś stopniu jest prawdą, bo ja rzeczywiście dużo czasu spędzam z dziećmi. Ale robię też inne rzeczy. I pytań o to brakuje mi najbardziej. Takich typu: ''Co fajnego ostatnio robiłaś?'', ''Co się dzieje u ciebie?''. One zachęcają do opowiedzenia o sobie. Może brzmią nieco sztucznie, ''amerykańsko'', ale moim zdaniem nam by się trochę tej amerykańskości przydało. Dlatego sama prowokacyjnie zadaję czasem pytanie: ''Co tam u ciebie dobrego?''.

...to, czy randka zakończyła się śniadaniem

Joanna, 25 lat, singielka, pracuje w stowarzyszeniu geologicznym i kończy studia

Po pierwsze, denerwują mnie pytania o moje życie osobiste.

Dwa lata temu zakończyłam swój jedyny jak dotąd poważny związek, a potem miesiącami musiałam odpowiadać na pytania: ''Czy coś jeszcze do niego czujesz?'', ''Czy ciągle go kochasz?'', ''Czy chcesz do niego wrócić?'', ''Czy za nim tęsknisz?''. Najgorsze było jednak pytanie: ''Czy nie żałujesz?'', bo zawarte w nim było oczekiwanie, że będę cierpieć i odgrywać rolę tej biednej, pokrzywdzonej. To było o tyle dziwne, że to ja zostawiłam jego, a rozstanie było moją przemyślaną decyzją. Owszem, bywało ciężko, ale nie spędzałam czasu na płakaniu w poduszkę i nie czułam się biedna, lecz gdy o tym mówiłam, od razu padało pytanie: ''Czy z tobą wszystko w porządku?''. Bo przecież powinnam cierpieć! Powinnam źle znosić to, że jestem sama. Powinnam błagać byłego o powrót.

Nie lubię też pytań o to, czy kogoś mam albo czemu jestem sama. Wielu moich znajomych ma ułożoną sytuację - stałego partnera albo nawet ślub i dzieci. Dziwią się więc: ''Jak ty możesz być zupełnie sama?''. Co mam im odpowiedzieć? Że ja mogę i, co więcej, nie widzę w tym żadnego problemu? Nie jestem osobą stricte związkową. Moim zdaniem, żeby być w związku, trzeba się trochę nagimnastykować.

Dlatego kiedy tysięczny raz słyszę takie pytania, odpowiadam: ''Wiecie co, piwo mi się skończyło. Idę po następne''. Tak zbywam pytających i to najlepsza odpowiedź.

Nie lubię też, gdy znajomi, którzy są w stałych związkach, pytaniami próbują ode mnie jako singielki wyciągnąć szczegóły na temat moich intymnych spraw. Niektórzy już na dzień dobry pytają: ''Co tam u ciebie ciekawego? Masz jakiegoś kochanka?''. A gdy mówię, że byłam na randce, dociekają: ''Opowiadaj ze szczegółami! Jak się skończyła? Śniadaniem?''. Rozumiem, że ich życie osiadło na mieliźnie, więc chcą pikantnych szczegółów, by się czymś pożywić, ale to moja sprawa, jak się skończyła randka!

Denerwują mnie też pytania o plany na przyszłość. Może dlatego, że nie mam planów na przyszłość? Dla mnie dobrze jest tak, jak jest. Żyję z dnia na dzień i tak naprawdę nie zastanawiam się, co będzie za dziesięć lat. Wkurza mnie więc, gdy ludzie pytają o jakieś ubezpieczenia albo fundusze emerytalne. Myślę sobie wtedy: ''Boże, mam 25 lat i mam się zastanawiać nad takimi rzeczami?!''. Ale brak planu samą mnie trochę frustruje, więc pytanie o niego jest tym bardziej wkurzające, bo to takie dźganie mojej pięty achillesowej.

A pytanie, którego mi w rozmowach brakuje, to: ''Czy naprawdę chcesz tego słuchać?''. Czego? Tego, co ludzie mają do powiedzenia. Czasami naprawdę nie mam ochoty być obarczana problemami innych albo słuchać o ich damsko--męskich dylematach. Mam swoje problemy i nie mam ochoty być wciągana w rozstania znajomych albo zmuszana do udzielania im rad i odpowiadania na pytania w stylu: ''Co ja mam zrobić?''. Nie wiem, co masz zrobić. To ty jesteś z nią albo z nim i to ty musisz wiedzieć.

Natomiast ja po prostu nie chcę tego słuchać. Ale o to nikt nie pyta.

...to, czy ja się muszę zajmować wibratorami

Marta Niedźwiecka, 36 lat, prywatnie żona, matka i feministka; zawodowo seks coach, współwłaścicielka internetowego sex-shopu dla kobiet, współzałożycielka kolektywu Pussy Project zajmującego się edukacją seksualną kobiet

Najbardziej denerwujące pytania, które są mi zadawane, wiążą się zawsze z tym, czym zajmuję się zawodowo. Często zawierają one elementy oceniające, bo to niezbędna część pytania, którego celem jest kopnięcie cię w nerki. Przykłady? ''Jaka normalna kobieta zajmuje się edukacją seksualną?'' albo ''Czy to, że sprzedajesz wibratory, oznacza, że jesteś niezaspokojona?'' To drugie w moim osobistym rankingu osiągnęło absolutne Himalaje, ale takich denerwujących pytań - nazwijmy to: z intencją - słyszę całe mnóstwo. Służą pokazaniu braku akceptacji dla feminizmu oraz tego, że kobiety zajmują się swoim życiem, szczególnie seksualnym. Bo przecież edukacja seksualna i sprzedawanie wibratorów to nie jest zajęcie dla normalnej kobiety. A jeszcze mówienie o tym głośno jest niewłaściwe w dwójnasób.

Te najbardziej oceniające i naj-słabsze pytania zadają zazwyczaj faceci, którzy są skonfrontowani z naszą działalnością i sobie z tym nie radzą. Słyszą, jak mówimy o takich sprawach jak żeńska masturbacja, czują się wywołani do odpowiedzi i automatycznie atakują pytaniami typu: ''Co z tobą, babo, jest nie tak, że mówisz innym kobietom takie rzeczy i odciągasz je od garów oraz od innych przynależnych im zadań?''.

Druga grupa megairytujących pytań pada z ust kobiet. To pytania typu: ''Czy wolno mi kupić sobie wibrator?'', zadawane partnerowi. Na poziomie psychologicznym to fajnie, że ona o niego dba i szanuje jego uczucia, ale dopóki będzie używała tego wibratora sama dla swoich potrzeb, to jemu nic do tego. Od tego pytania cała feministka we mnie dostaje drgawek i ma ochotę krzyczeć: ''Kobieto! To twoje życie i twój seks! Nie pytaj, czy ci wolno, bo w ten sposób składasz odpowiedzialność za całe swoje życie seksualne na facetów! I znowu nic od ciebie nie zależy''.

W rodzinie jest lepiej, bo mój mąż jest bardzo wspierający. Natomiast rodzice tkwią przypięci do pytania, czy ja się muszę TYM zajmować. To pytanie pada zresztą z ust różnych osób, ale w rozmowie z rodzicami ma taki dramatyczny wymiar: ''Dziecko, skończyłaś tyle fajnych kierunków studiów. Dlaczego marnujesz się jako sprzedawczyni wibratorów?''. Jak odpowiadam? Z rodzicami staram się nie rozmawiać na ten temat, bo ich może to urażać, a żadnych zmian nie przyniesie. Ich sprzeciw, ich prawo. Innym odpowiadam, że mogłabym sprzedawać marchewkę, ale sprzedawanie wibratorów daje mi więcej szczęścia.

Lubię natomiast pytania zadawane dlatego, że ktoś chce się czegoś dowiedzieć. Takie chciałabym słyszeć częściej. Na przykład: ''Jak wybrać sobie dobry wibrator?''. Lubię je, bo dla wielu kobiet to początek refleksji o seksie. Albo: ''Co dalej?''. Gdy je słyszę, to wiem, że kobieta ma już trochę świadomości ciała i budzi się w niej chęć pogłębienia tej wiedzy.

Od facetów chciałabym częściej słyszeć: ''Jak mam uszczęśliwić swoją kobietę?'', ''Jak poprawić mój związek?''. Bo niewiele jest związków, które nie cierpią na żaden deficyt. Więc zamiast wyśmiewać, można by tę energię skierować na refleksję i pracę nad tym, żeby coś poprawić. To pytanie pada, niestety, zbyt rzadko. Polscy mężczyźni są przekonani, że są świetni w łóżku, bo przecież za każdym razem mają orgazm.

I na pewno na koniec kwartału rozliczeniowego chciałabym od wspólniczki słyszeć: ''Na jaką inwestycję wydamy te nadwyżki budżetowe?''.

A prywatnie? Częściej chciałabym słyszeć: ''Kiedy nurkujemy?''. Bo nurkowanie to jest jedyny mój prawdziwy odpoczynek. I jedyny taki czas, kiedy w ogóle nie pracuję.

...to, jak mogę nie chodzić na religię

Agnieszka Syrzycka, 17 lat, chodzi do drugiej klasy liceum

Denerwują mnie pytania dotyczące lekcji religii. Zadają je niektóre koleżanki, bo ja na religię nie uczęszczam. Wychowałam się w mało religijnym domu, ale rodzice dali mi wolną rękę, mogłam sama zadecydować, czy chcę na religię chodzić, czy nie. Ale ponieważ nie czuję przynależności do Kościoła, postanowiłam, że nie będę tego robić. Mam jednak w klasie kilka bardzo wierzących osób i one nie potrafią tego zaakceptować. Nie mogą zrozumieć, że ktoś może myśleć inaczej. Wielokrotnie pytają, czemu nie chodzę na lekcje religii, i to bywa irytujące. Zwykle staram się wysłuchać ich argumentów i nie wdawać w dyskusję, bo to prowadziłoby tylko do awantur. Żałuję, że nie mogą pojąć tego, że mają swoje zdanie, a ja mam swoje.

Podobnie jest z moją przyjaciółką. Urodziła się w Polce, ale jej rodzice są Wietnamczykami i wychowują ją zgodnie z tamtejszymi obyczajami. Ta koleżanka nie ma nic przeciwko temu, że rodzice będą na przykład akceptować jej kandydata męża, który koniecznie także musi być Azjatą. Nasi znajomi nie mogą zrozumieć tego, że ona się na to godzi, że ludzie są różni i jej to nie przeszkadza. Tak została wychowana, jest do tego przyzwyczajona i dla niej nie ma w tym nic dziwnego.

Denerwują mnie też pytania, które zawsze wracają przy okazji jakichś spotkań rodzinnych, na przykład świąt. Wszyscy dorośli zadają wtedy takie same pytania: ''Co będziesz studiować?'', ''Gdzie będziesz pracować?'', ''Jaki jest twój idealny kandydat na męża?''. Potrafią być w tym bardzo natarczywi, ale z drugiej strony mam wrażenie, że tak naprawdę nie chcą się o mnie niczego dowiedzieć. Nie zapytają na przykład: ''Jakie przedmioty lubisz w szkole?'' albo ''Co cię interesuje?''. A gdyby się tego dowiedzieli, może nawet mogliby mi coś podpowiedzieć albo doradzić, jaki kierunek studiów wybrać.

Nie lubię też pytania: ''Jak było w szkole?'', które codziennie słyszę od mamy, gdy wracam do domu, i codziennie jest ono zadawane dokładnie w tej samej formie.

- Jak było w szkole?

- Dobrze - odpowiadam.

- Oceny jakieś wpadły?

- Nie.

- Dobrze, to chodź zjeść obiad.

Chciałabym, żeby zamiast zadawać zawsze to samo pytanie, mama zainteresowała się jakimiś szczegółami. Zapytała na przykład, co mi się tego dnia najbardziej w szkole podobało albo chociaż inaczej sformułowała pytanie. Chciałabym być pociągnięta za język, bo ja się potrafię bardzo rozgadać, tylko potrzebuję czasu, żeby się rozkręcić.

I nie lubię też zbyt bezpośrednich pytań. Na przykład gdy koleżanki, z którymi nie mam bliskich relacji, pytają o sprawy intymne - czy mam chłopaka, co się dzieje między mną a moim kolegą.

Zanim takie bezpośrednie pytania padną, chciałabym najpierw usłyszeć: ''Czy mogę cię zapytać o sprawy intymne albo religię?''. Właśnie takich pytań najczęściej mi brakuje.

...to, czy mogę kogoś podwieźć

Elżbieta, 73 lata, pracuje jako psycholog, prowadzi też lekcje psychologii w technikum i szkole policealnej. Mieszka z córką i wnukiem

Nie lubię pytań, które zmuszają mnie do odmawiania. Bo odmawiać nie umiem, więc jeśli nie mam ochoty na coś się zgodzić, to kręcę. Tak jest np. z podwożeniem samochodem. Często ktoś mnie pyta, czy może ze mną jechać. A ja wolę jeździć sama i jeśli już zabieram, to wybrane osoby! Więc gdy słyszę takie pytanie - migam się. Mówię np.: ''Jeszcze nie jadę''. Czasem nie mam wyjścia, bo jestem już w drodze do drzwi, więc przyznaję się, że wychodzę. Powinnam odpowiedzieć: ''Nie mam ochoty z tobą jechać''. Ale tego przecież nie zrobię.

Kobiety nie lubią pytań o wiek. Ja do niedawna nie miałam takich obiekcji, ale w tej chwili już mi się to zdarza. Szczególnie w pracy, bo trochę mi głupio, że jeszcze pracuję, a normalny człowiek w tym wieku już jest na emeryturze. Ale takie obiekcje mam raczej tylko w stosunku do młodzieży. Boję się, że gdy się dowiedzą, ile mam lat, pomyślą, że ja kompletnie ich już nie kumam, więc co ja tutaj robię?

I nie lubię jeszcze pytania: ''O której wstałaś?''. Na przykład gdy rozmawiamy, jak minął weekend, i ktoś o to zapyta. Wbrew temu, co mówi córka, nie wstaję o 14, tylko, powiedzmy, około 11. Ale i tak mam wrażenie, że ludzie tak późno nie wstają, dlatego to pytanie mnie krępuje.

Z kolei bardzo się cieszę, gdy pytają mnie o coś, czym lubię się zajmować. Na przykład jak coś zrobić w komputerze. To mnie szalenie bawi, że oni są dwa razy młodsi, a takiej głupoty nie potrafią zrobić. Albo jak się zepsuje drukarka, dzwonią do mnie z pytaniem, co trzeba zrobić, żeby tę drukarkę naprawić.

W domu denerwują mnie pytania, czy zrobiłam to czy tamto. A ja nie zamierzałam tego robić, więc dziwię się, skąd takie pomysły! Na przykład córka pyta mnie, czy zrobiłam kolację wnukowi, a ja w ogóle nie miałam takich planów! Głodny jest, to niech sobie weźmie! Jest dorosły. Ale generalnie córka mało takich denerwujących pytań zadaje. Natomiast ja dręczę ją pytaniami typu: ''Jak myślisz, co jest po śmierci?''. I ona dostaje szału, bo nie ma ochoty rozmawiać na takie transcendentalne tematy.

Jakie pytania chciałabym słyszeć częściej? Na przykład żeby córka zapytała: ''A może ja dzisiaj zrobię obiad?''. Ale nie mam złudzeń - to się raczej rzadko zdarza. Albo żeby zaproponowała: ''To może ja zrobię zakupy w internecie?''. Bo my robimy zakupy przez internet, ale ona jakoś dziwnie nie chce się tym zajmować.

Wielu osobom pytania o poglądy mogą się wydawać drażliwe. A ja wręcz przeciwnie - uwielbiam je! Lubię na przykład pytanie: ''Na kogo głosowałaś?''. Nigdy tego nie ukrywam! Albo: ''Co sądzisz o Kaczyńskim?''. A ja sądzę bardzo źle, więc cieszę się, gdy słyszę takie pytanie, bo wtedy mogę wreszcie zacząć ostrą dyskusję!

...to, co słychać w wielkim świecie

Ewa Tomaszewicz, 35 lat, dziennikarka, blogerka, współtwórczyni kabaretu Barbie Girls; od siedmiu lat w związku z Małgorzatą; dwa lata temu wzięły udział w konkursie szwedzkich linii lotniczych SAS przeznaczonym dla par jednopłciowych. Nagrodą był ślub na pokładzie samolotu na trasie Sztokholm - Nowy Jork

Wkurzają mnie standardowe pytania typu: ''Co tam, Ewa?'', zadawane przez różne osoby. To akurat pytanie zadawała moja dawna szefowa, ale tak naprawdę każdy ma swój własny sposób takiego właśnie zagajania.

Typowe pytanie mojej partnerki to: ''A co tam słychać w wielkim świecie?''. Ono było jakoś uzasadnione, gdy pracowałam na etacie w koncernie medialnym, ale teraz, gdy jestem freelancerką i piszę artykuły, siedząc w domu z psem, wiem dokładnie tyle co ona.

Podobnie jest z moją mamą. Mieszka w Gdańsku, więc gdy coś ważnego dzieje się na świecie, dzwoni z pytaniem: ''A co u was o tym mówią?''. U was w znaczeniu: w Warszawie, w mediach, w centrum świata. Denerwuje mnie to pytanie, bo w nim jest zawarte przeświadczenie, że tu jest jakiś inny świat, a my tu wiemy więcej. Natomiast prawda jest taka, że mamy dostęp dokładnie do tych samych informacji i wiemy tyle samo, ile ona ''na prowincji''.

Nie cierpię też pytania: ''O czym myślisz?''. Pewnie niektórzy ludzie lubią, ale ja nie. Jestem nastawiona na czyn. Nie lubię wałkowania kwestii emocjonalnych. Nie lubię ''rozkminiać''. Wolę rozmowy na temat kwestii praktycznych i spraw, które trzeba jakoś załatwić. Dlatego lubię pytania o konkrety, np.: ''Jak mam zrobić to i to?''.

Nie denerwują mnie natomiast żadne pytania o mój związek, o moją orientację seksualną. Przez lata nauczyłam się, że ludziom trzeba wytłumaczyć, bo to nie jest tak, że oni są przeciw albo robią coś złośliwie. Oni po prostu nie wiedzą! Pamiętam, jak dawno temu znalazłam sobie fryzjera geja. Wtedy jeszcze mieszkałam z rodzicami i gdy powiedziałam o tym mamie, ona zapytała: ''Czy ten fryzjer nosi długie włosy?''. Bo ona miała takie pojęcie o gejach!

Oczywiście zdarza się, że ludzie chcą dopiec, ale to de facto nie są pytania, tylko docinki. Natomiast pytania rzeczywiście wynikające z niewiedzy mnie nie irytują.

Zresztą gdy zdałam sobie sprawę, że jestem lesbijką, sama miałam mnóstwo pytań - głównie do siebie: ''Kim ja w takim razie jestem?'', ''Jak będzie wyglądało moje życie?'', ''Czego ja właściwie chcę?'' i ''Jak żyć?'' (śmiech).

Rodzinny coming out nie był natomiast supertrudny, bo wiedziałam, jakie padną pytania, i wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Na ten temat napisano mnóstwo książek i to mniej więcej zawsze tak samo wygląda. Pierwsze, klasyczne pytanie od matki to: ''Czy ja zrobiłam coś nie tak?''. I klasyczna odpowiedź: ''Nie, po prostu tak się zdarza''. Dla mnie to nawet było troszeczkę zabawne, wręcz surrealistyczne, że od rodziców słyszałam dokładnie te pytania, o których wcześniej czytałam.

Potem, gdy dwa lata temu brałam udział w konkursie dla par jednopłciowych, w którym nagrodą był ślub, moja mama zapytała jeszcze, czy ja rzeczywiście to muszę robić. Czy muszę brać ten ślub? Czy muszę o tym opowiadać w telewizji? Ale wtedy odwołałam się do jej działalności w ''Solidarności''. Wytłumaczyłam, że ona robiła to, żeby coś zmienić, i ja też chcę coś zmienić.

Ale ogólnie pytania o sprawy intymne nie są dla mnie trudne, bo na nie łatwo udzielić odpowiedzi lub jej odmówić. Trudne są natomiast takie pytania, na które niełatwo udzielić odpowiedzi.

Takie pytanie zadała mi ostatnio moja mama. Rozmawiałyśmy o marszu Rosjan w Warszawie w czasie Euro i o tym, kto kogo sprowokował, a ona przeczytała w jakiejś prawicowej gazecie, że to wina Rosjan. I gdy ja zaczęłam ją przekonywać, że być może jest inaczej, ona mnie zapytała: ''No dobrze, ale to komu ja mam wierzyć?''. I była w tym pytaniu taka smutna bezradność, że nie wiadomo, kto mówi prawdę. I ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo pracuję i obracam się w kręgach, które wierzą w coś innego i co innego mówią. Ale czy my mówimy prawdę? Nie wiem.

Takie pytania padają jednak bardzo rzadko. Bo ludzie często pytają nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, tylko żeby potwierdzić to, co myślą. Najczęściej jednak ograniczają się do typowych pytań: ''Jak się czujesz?'', ''Jak mama?'', ''Jak pies?'', i w efekcie mówimy do siebie kliszami - standardowe pytania i takie odpowiedzi.

A tymczasem ludzie uwielbiają o sobie mówić i mają mnóstwo ciekawych rzeczy do opowiedzenia: wspomnień z młodości, anegdot ze studiów. Często obserwuję, jak rozmowy w gronie przyjaciół zamieniają się w serie monologów, bo ludzie są głodni opowiadania o sobie i pytań o siebie, które mało kto zadaje. Takich prawdziwych pytań, które świadczą o jakimś zainteresowaniu, a nie tylko służą nawiązaniu kontaktu albo podtrzymaniu konwersacji. Pytań skierowanych do ciebie, a nie do kogokolwiek. Takich, które dotyczą jakiejś konkretnej rzeczy z twojego życia.

Chcesz zmienić swoje życie i świat? Jak? Dlaczego? Po co? Co jest dziś dla Ciebie najważniejsze?

Żeby dostać właściwą odpowiedź, trzeba zadać właściwe pytanie - sobie, swojemu mężowi/żonie, bratu/siostrze, przyjaciółce, znajomemu, sąsiadowi, koledze z pracy. O marzenia, strachy, problemy, pragnienia. Najtrudniej takie pytania zadać sobie. Ale warto, spróbujmy razem. ''Gazeta Wyborcza'' i HBO rozpoczynają akcję ''Polskie pytania bez tajemnic''. Projekt realizujemy w ramach ''Akademii opowieści Gazety Wyborczej i HBO''. Czekamy na Wasze listy: obcasy-p@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.