Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Poniżej opisuję swoje wszystkie wizyty u ginekologów. Jestem przerażona, że przeżywszy 27 lat w tym kraju, nie spotkałam ginekologa, który byłby przyzwoitym człowiekiem. Niesamowite, prawda?

Krasnystaw, 2012

Moja pierwsza wizyta u ginekologa była lekkim szokiem, ale udało mi się przekonać samą siebie, że nie miałam wyboru, ale następna wizyta będzie bardziej przemyślana.

Byłam z koleżanką na Openerze, wróciłam z infekcją intymną. Nie uprawiałam seksu, infekcja prawdopodobnie była wynikiem niezbyt higienicznych warunków na polu namiotowym. Zdarza się. Pożaliłam się mamie, zapisała mnie na NFZ do znanego ginekologa w moim mieście rodzinnym.

Wszystko było w porządku do momentu w którym lekarz zaczął badanie i zobaczył infekcję. Skomentował, że “faktycznie śmierdzi”. Milczałam. Po badaniu zaczął wypisywać receptę. Zapytał, jak do tego doszło. Gdy tylko zaczęłam zdanie od “Byłam na festiwalu, Openerze…”, przerwał mi, rzucając: “Ach tak, przypadkowy seks z podejrzanymi typkami”. Szybko odparowałam, że nie uprawiałam seksu, nie zwrócił jednak uwagi. Kontynuował swój wywód, tym razem strasząc mnie nadżerką. Oczywiście nadżerki nie miałam.

CZYTAJ TAKŻE: Kotku, wyluzuj. A ty co usłyszałaś od ginekologa?

Warszawa, 2013

Byłam przekonana, że w Warszawie będę miała większy i lepszy wybór. Gdy więc infekcja powróciła (mam skłonności, ciężko z tym walczyć...) umówiłam się do ginekolożki na Ochocie, prywatnie. Poleciała mi ją koleżanka, który wiedziała o moim pierwszym doświadczeniu. Pani ginekolog była bardzo miła, tym razem nawet podczas badania. Dziwne insynuacje zaczęły się w trakcie wypisywania recepty, kiedy zapytałam, jak mogę temu zapobiegać, bo jestem zmęczona nawracającymi infekcjami. Usłyszałam, że jednym ze sposobów byłoby zaprzestanie zmian partnerów jak rękawiczek i zaczęcie szanowania swojego ciała. W trakcie całej wizyty nie padło ani jedno pytanie, czy współżyję i czy mam stałego partnera.

Warszawa, 2014

Znowu infekcja. Bardzo bolesna. Szukam lekarza na portalu ZnanyLekarz - koniecznie chcę mieć wizytę tego samego dnia. Znajduję lekarza blisko domu, granica Bielan/Bemowa. Ocena nie jest zła - 3,5/5 gwiazdek. Szybko umawiam wizytę i idę.

Pan doktor jest co najmniej specyficzny - czytam później w komentarzach pacjentek na portalu.

Lekarzowi tłumaczę, że mam jeden konkretny problem, ale pan doktor upiera się na pełne badanie. Zaczynamy od krzesła i komentarza “jak piękny jest mój motylek”. Zaczynam się wiercić. Ten niepokój zostaje skomentowany słowami: “Widzę, że masz temperament. Mam nadzieję, że jakiś młodzieniec to docenia”. Proszę doktora o szybsze badanie, bo cierpię.

Po założeniu majtek i spodni robimy USG. Doktor się upiera, mimo że ja nie chcę. Mówi, że za darmo. Zaczynają się komentarze o moich jajnikach. Jak to powinny być użyte natychmiastowo. Padają pytania, czy znalazłam już tego jedynego. Jeśli nie, to nie ma znaczenia - wystarczy byle kto z sobotniej dyskoteki, moje geny na pewno wynagrodzą niedoskonałości partnera.

Rośnie we mnie złość, ale to nie koniec. Badanie piersi. Dostaję ocenę: “Wyśmienite, 6 na 6, powinny być w podręczniku, aż przyjemnie w dłoni trzymać”.

Dostaję receptę. Jestem zła, na siebie. Kolejny raz pakuję się w taką sytuację. Idę do recepcji. Mówię, że doktor powiedział, że USG za darmo. Recepcjonistka stwierdza, że jednak nie. Płacę 400 złotych. Jestem zbyt wyczerpana i w zbyt dużym bólu. Wracam do domu.

Nie płaczę, przeglądam i czytam uważnie opinie. Jestem idiotką. Mam za swoje.

CZYTAJ TAKŻE: Polka u ginekologa. Patologie w gabinecie

Chełm, 2015

Spędzam weekend u Mamy. Mówię jej, że po babskich zakupach mam wizytę u ginekologa, prywatnie. Nie mówię w jakim celu, chyba się wstydziłam. Chciałam się przebadać na choroby przenoszone drogą płciową. Nie odbyłam niezabezpieczonych stosunków, mój związek wszedł na “poważny” etap i obiecaliśmy sobie, że się przebadamy, ja przejdę na antykoncepcję i zrezygnujemy z prezerwatyw.

Moment, w którym tłumaczę pani ginekolog cel mojej wizyty, jest okropnym przeżyciem. A raczej widok twarzy pani doktor. Grymas i obrzydzenie. Cała wizyta przebiega w ciszy - badanie, wypisywanie recepty (znowu infekcja). Gdy dziękuję i zbieram się do wyjścia, pani doktor w końcu odnajduje głos i mówi: “Zazwyczaj nie przyjmuję takich pacjentek jak pani”.

Od tamtej pory nie byłam u ginekologa. Infekcje intymne skończyły się, gdy zrobiłam ogromny research i sama się “wyleczyłam”. Antykoncepcję kupuję w aptece online. Wypełniam krótki formularz zdrowotny, przesyłkę dostaję dwa dni później. Płacę 200 złotych za to, że jakiś doktor po drugiej stronie ekranu czyta moje dane i wypisuje receptę. Nie żałuję. W gabinecie za badanie i receptę zapłaciłabym tyle samo, ale jako gratis dostałabym obrzydliwą historię do pamiętnika.

Obawiam się, że więcej kobiet ma za sobą takie doświadczenia. To strasznie smutne. Utwierdzam się w przekonaniu, że nie chcę mieć córki. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.