Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jest ciepłe poniedziałkowe południe. Jestem w pracy – w instytucji kultury. Za oknem słyszę płacz dziecka. W sumie nic dziwnego, często na kocich łbach przewracają się dzieci wracające z rodzicami po zwiedzaniu miasta do samochodów. Tym razem oprócz płaczu dziecka po chwili słyszę też głos matki, wyzywającej swoje (na oko 3-letnie dziecko) od bydła.

Wyglądam przez okno i widzę, jak przy samochodzie stoi troje dzieci z matką. Kobieta otwiera samochód i każe im się do niego pakować. Przy okazji wyzywa dalej – teraz już całą trójkę. Na koniec dodaje, że „pozabija je jak psy”. Sama wchodzi do samochodu, bierze do ręki butelkę po jakimś napoju i robi zamach w kierunku dzieci. Na szczęście nie uderza, ale widzę, jak najstarsza córka obronnie podnosi rękę, aby zakryć się przed uderzeniem.

Biorę kartkę, długopis i wybiegam na ulicę. Niestety, nie udaje mi się zwrócić kobiecie uwagi, bo odjeżdża. Ale zapisuję numer rejestracyjny samochodu i szukam w internecie informacji, jak skutecznie powiadomić odpowiednie służby, by zajęły się tą sprawą.

CZYTAJ TAKŻE: "Nie odwracaj głowy: co robić, kiedy ktoś wyzywa dziecko?"

Bo to jest sprawa. Byłam świadkiem przemocy wobec dziecka, na którą trzeba zawsze reagować. Po rejestracji dotarłam do odpowiedniej gminy, a dokładnie do ośrodka pomocy rodzinie, do którego napisałam maila z dokładnym opisem całego zdarzenia. Wysłałam również maila do sądu rodzinnego w tym mieście oraz do Rzecznika Praw Dziecka. Chciałam mieć pewność, że powiadomiłam wszystkie instytucje, którym los dziecka nie powinien być obojętny. Pod każdym z tych maili podpisałam się z imienia i nazwiska oraz podałam instytucję, w której jestem zatrudniona. Na odzew nie musiałam długo czekać. Już następnego dnia odpisała dyrektorka ośrodka, że sprawa została zarejestrowana i przekazana dalej, m.in. policji. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniła do mnie pani z ośrodka pomocy rodzinie z podziękowaniem za moją postawę. Poinformowała mnie, że już wdrożyli procedury związane z tego typu zgłoszeniami. Dowiedziałam się, że opiekują się tą rodziną, ale nie mieli dotąd takich sygnałów. Wiadomo - mała miejscowość, sąsiedzi są bierni albo sami podobnie wychowują swoje dzieci, więc się nie wtrącają.

Niektórzy kręcili nosem, że niepotrzebnie się wtrącam, że przecież to tylko słowa, a samochód mogła pożyczyć. Przeżyłam szok. Jak można tak myśleć? To są dzieci, mają swoje prawa. Jeśli krzywdzi je rodzic, to kto ma stanąć w ich obronie?

Czy tylko jak będą siniaki na ciele, to wtedy ktoś się zainteresuje? Przemoc słowna potrafi bardzo mocno ranić i zostawia ślady na psychice do końca życia. Sama przez to przechodziłam i do dzisiaj walczę z demonami.

Nie ma usprawiedliwienia dla takiego zachowania.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.