Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od kilku dni czytam listy czytelniczek na temat żalu związanego z decyzją o rodzicielstwie. Sama jestem mamą, nadzwyczaj szczęśliwą, rocznej dziewczynki. W trakcie lektury listów naszła mnie refleksja, że poczucie, jakie towarzyszy wielu matkom, że rodząc dziecko, tracą siebie, leży w presji społecznej, wzorcu matki wtłaczanym nad do głów od dzieciństwa, przekonaniu, że kobieta jest tym rodzicem odpowiedzialnym za niemowlaka.

Świeżo upieczona matka od pierwszych dni spotyka się z pewnym odczłowieczeniem i serią zakazów i nakazów. Już porodówki są miejscami, gdzie nagość i fizjologia kobiety są traktowane raczej przedmiotowo i odkrywane przed tłumem nieznajomych. Wychodząc ze szpitala, otrzymałam listę pokarmów, których nie mogę jeść. Wedle tych zaleceń nie mogłabym jeść praktycznie niczego, tak wygląda "dieta matki karmiącej". Dieta ta jest mitem, którym dręczy się kobiety i nie ma nic wspólnego w wiedzą naukową. Zostawiłam sobie tą karteczkę dla śmiechu, jednak zapewne większość kobiet bierze ją do serca. Po wyjściu ze szpitala odbierałam od rodziny telefony z poradami na temat tego, czego nie powinnam jeść, oraz z zaleceniami prowadzenia specjalnych zeszycików, w których miałabym notować, co zjadłam oraz jak tego dnia zachowywało się dziecko. Mówiłam "nie". Wydaje mi się, że większość dziewczyn po urodzeniu dziecka daje się wkręcić w te powinności i wyrzeczenia. Pierwsze sześć miesięcy spędziliśmy razem z moim partnerem w domu, zajmując się dzieckiem. Przez kolejne pół roku ja chodziłam na staż, aby zdobyć uprawnienia do wykonywania zawodu, a mój partner zajmował się w tym czasie córką. "Biedowaliśmy" na 500+, kosiniakowym, moim kredycie studenckim i dorywczej pracy partnera. Okazało się, że pieniędzy było aż za dużo. Uważam, że to była rewelacyjna decyzja. Niestety zdarzało się, że słuchałam przykrych komentarzy od rodziny na temat tego, że mój facet niańczy dziecko, zamiast zajmować się pracą zawodową. Tymczasem właśnie dzięki temu, że razem zajmowaliśmy się dzieckiem, pierwszy rok naszej córki uważam za bardzo fajny czas w swoim życiu. Dużo podróżujemy, ciekawie zaczęło się moje życie zawodowe, więc nie mam poczucia, że zgubiłam siebie. Tylko w domu cały czas jest bałagan, bo wolę być matką, która ma siłę i chęć uśmiechać się do dziecka niż matką pucującą blaty. Uważam, że mam ogromne szczęście, że partner dzieli ze mną rodzicielstwo, że nie dałam sobie narzucić schematu "jaka matka powinna być". Wiem, że są kobiety, które naprawdę nie mają instynktu macierzyńskiego, jednak myślę że wiele cierpiących to te uwięzione w klatce słowa MATKA. To jak trzeba się ubierać, zachowywać, cierpieć. Zwłaszcza cierpieć, bo matka Polka to matka cierpiąca. Z wielkiej miłości cierpiąca.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.