Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Komu jeszcze, tak jak mnie, wmówiono, że przeskakiwanie przez kolejne płotki edukacji i pracy zawodowej przyniesie życiowe spełnienie i poczucie sensu? Palec pod budkę! 

Żeby nie było - nie mam do nikogo pretensji. Był taki moment w historii naszego kraju, kiedy statystycznym rodzicom rekrutującym się z niższych w porywach do średnich warstw społecznych wydawało się, że mogą zapewnić swoim dzieciom sukces w warunkach rozpędzającego się kapitalizmu poprzez dokręcanie śruby, prowadzanie na kolejne zajęcia pozalekcyjne, wymaganie szóstek i wysyłanie na państwowe studia. No i git, w wielu przypadkach się udało. W moim - udało się pierwszorzędnie! Ale pozwólcie, że powiem Wam parę słów o cenie tego sukcesu. 
Otóż jestem milenialsem pełną gębą, idealnym wytworem ciężkiej pracy wychowawczej moich rodziców. Zawsze najlepsza w klasie, dwa języki poza ojczystym, na państwowe studia dzienne na renomowanej uczelni dostałam się w pierwszej dziesiątce. Potem, zaraz po studiach, zdobyłam wymarzoną - serio! - taką od dziecka wyśnioną pracę, w której działam do dziś (to już pięć lat). Awansuję, robię to, co kocham, daje mi to poczucie spełnienia i sensu. Tyle tylko, że po trzaśnięciu drzwiami w robocie osuwam się w niebyt.

Nie umiem zagospodarować czasu wolnego. Całymi dniami leżę na kanapie, oglądając amerykańskie seriale, bo to pozwala nie myśleć, nie czuć, nie cierpieć. Gdy dorastałam, taki wypoczynek był luksusem - jeżeli moi rodzice zauważyli, że "marnuję czas", "leżę z rozpłaszczonym tyłkiem", zaraz była awantura. Więc teraz nadrabiam, robiąc bezkarnie to, czego wtedy robić nie mogłam. I czuję, że powoli przeistaczam się w zombie.

Czuję się jak robot, który po wyjściu z pracy równie dobrze mógłby przejść w tryb "stand by" i czekać w uśpieniu do początku kolejnego dnia. Istnieję tylko w pracy - poza nią równie dobrze mogłoby mnie nie być. Gdyby nie to, że nienawidzę zakupów i w związku z tym przeznaczam mało kasy na konsumpcję, byłabym idealnym trybikiem w społecznej machinie. A, i powinnam się jeszcze rozmnożyć ku chwale ojczyzny, czego niestety (dla ojczyzny) zrobić nie chcę.

Co chcę przez to wszystko powiedzieć? Pilnujcie się, ludzie. Nie dajcie sobie wmówić, że sensem waszego życia jest praca. Że to jest najważniejsza rzecz w życiu, ostateczny cel, któremu trzeba wszystko podporządkować. Bo praca, nawet jeżeli jest powołaniem i spełnieniem marzeń, kiedyś się kończy. Trzeba kiedyś trzasnąć drzwiami, wyjść z biura i żyć, po prostu żyć. A co, jeżeli się nie umie? 

CZYTAJ TAKŻE: "Świat potrafi cię wynagrodzić za odwagę porzucenia bezpiecznej pracy, i to stokrotnie"

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.