Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dzięki niej urodziłam się dwa razy. Po raz pierwszy - w gorące czerwcowe południe, w połowie lat dziewięćdziesiątych. Drugi - dwie dekady później, kiedy pozwoliła mi uwierzyć w to, że warto. Warto żyć, próbować, starać się. Mimo wszystko. I choć bez tych pierwszych narodzin nie byłoby drugich, to właśnie wydarzenia z ostatniego roku są dla mnie najważniejsze, gdy myślę o swojej mamie.

Zaczęło się zwyczajnie – stres, napięcie, ciągłe zmęczenie. I ból. Obezwładniający, uniemożliwiający funkcjonowanie. Towarzysz każdego dnia i każdej nocy. Temu wszystkiemu towarzyszyła stopniowa rezygnacja ze spotkań z rówieśnikami, realizacji pasji, spełniania marzeń. A w końcu również z jedzenia.

Skończyło się na wyniszczeniu organizmu, zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Najgorsze były noce, gdy leżąc w łóżku, przerażona zastanawiałam się, czy nieregularnie bijące serce zdoła pompować krew przez wątłe ciało. Albo nieustające uczucie zimna, którego nie dało oszukać się trzecim swetrem, grubym szalem ani gorącą herbatą.

Mama była za mną przez cały czas. A przy tym nie zaniedbywała ani taty, ani mojego młodszego brata, ani pracy, ani obowiązków domowych. Pomogła mi zrozumieć, że słabość nie jest winą. Że prośba o pomoc, zdanie się na innych nie są powodem do wstydu. Kiedy delikatnie myła mi włosy, gdy nie miałam już siły utrzymać butelki z szamponem, smarowała cienką jak pergamin skórę opiętą na wystających kościach pachnącym kremem, gdy wieczorami, po kolejnych atakach paniki, tuliła mnie, szepcąc, że wszystko będzie dobrze, że jestem bezpieczna - w każdej z tych z pozoru nienormalnych sytuacji zachowywała się zupełnie… normalnie. Robiła to ze spokojem, mimo że sytuacja była poważna. Swoim zachowaniem, ciepłym słowem udowadniała, że to zupełnie naturalne – opiekować się słabszym, chorym, gdy tego potrzebuje. Jej pomoc była zawsze dyskretna, nienachalna. Dbała, a nie kontrolowała. Nie czułam się gorsza, udręczona. Miałam raczej wrażenie, że słabszy czas minie już za chwilę, że zbiorę siły, wzmocnię ciało i ducha, wrócę do życia - jak mówił ksiądz Kaczkowski - „na pełnej petardzie”. Tak też się stało.

Dzięki mamie zaledwie kilka miesięcy po krótkim pobycie w szpitalu, w którym usłyszałyśmy, że jeśli nic się nie zmieni -serce, wątroba, nerki przestaną działać - wróciłam na studia, obroniłam pracę dyplomową, rozpoczęłam fantastyczną pracę, odnowiłam relacje z przyjaciółmi. Znów poczułam radość z przeczytanej książki, długiego spaceru po lesie, skubania kruszonki z  pachnącego, jeszcze ciepłego ciasta drożdżowego. Zdrowiało ciało, coraz bardziej porządkowały się myśli. To właśnie mama, a nie dyplomowany psycholog z wieloletnim doświadczeniem, uświadomiła mi, że zaburzenia psychiczne (bo trudno w moim przypadku mówić o konkretnej jednostce chorobowej) to nie powód do wstydu, poddania się, biernego czekania na to, co przyniesie los. Choć nie jest łatwo - zwłaszcza na początku, choć zdarzają się potknięcia, czasem nawet małe katastrofy, warto walczyć o siebie i swoje szczęście. 

Mama pozwoliła mi uporać się z myślą, że to nie groźne wirusy, agresywne pasożyty czy inne tajemne siły, ale ja sama, choć w dużej mierze nieświadomie, doprowadziłam swoje ciało i duszę do skrajnego wycieńczenia.

Zamiast koncentrować się na „winie”, przekierowała moje myślenie na cele – zdrowie, szczęście i spokój, których osiągnięcie zależy ode mnie. Z takim wsparciem u boku wszystko stało się możliwe.

Dziś ważę kilkanaście kilogramów więcej, włosy bujnie odrastają, dolegliwości fizyczne ustąpiły. Bez problemu wchodzę po schodach, podbiegam do odjeżdżającego tramwaju. Potrafię skoncentrować się na wykonywanych przeze mnie zadaniach, z zapałem poszukuję nowych inspiracji i pasji. Nie boję się wychodzić do ludzi. Wręcz przeciwnie - spędzam z nimi więcej czasu niż przed chorobą, odnajdując w sobie umiejętności, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Potrzeba kontrolowania wszystkiego powoli we mnie wygasa. Staram się działać intuicyjnie i spontanicznie. Lęk, niepewność oraz przygnębienie ustąpiły. Czuję się silniejsza niż kiedykolwiek, nawet jeśli zdarzają się gorsze chwile, wracają obsesyjne myśli. Jednak zamiast się wtedy użalać nad sobą, staram się rozwiązywać problemy. Już wiem, że tłumienie ich w sobie nie przynosi nic dobrego. To skazywanie się na cierpienie i samotność.

I choć wciąż wisi nade mną wiele niewiadomych – dotyczących mojego miejsca w świecie, tego, czym będę się zajmowała w przyszłości, o czym marzę, do czego dążę – jest jedno pytanie, na które odpowiedzi jestem pewna. Pytanie brzmi: Jaką chcę być kobietą? A odpowiedź: Taką jak moja mama.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.