Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wczoraj zadzwonił i powiedział, że mu się śniłam. Zaproponował, żebyśmy nie czekali do piątku, on jakoś wykombinuje przyjazd w poniedziałek. - Tak, to fajny pomysł, też bym chciała wcześniej, ale zobowiązania rodzinne - odpowiedziałam. Rozumiał: w takim razie poczekamy do piątku! Nie widzieliśmy się prawie miesiąc.
To była rozmowa podobna do setek innych. Niełatwo nam się spotkać z powodu wielu zobowiązań. Trudno też znaleźć miejsce - komfortowe i bezpieczne dla nas obojga.

Tak żyjemy już od 26 lat i ciągle jesteśmy siebie ciekawi i chętni. Oboje jesteśmy po sześćdziesiątce, oboje mamy pracę, współmałżonków, dzieci, wnuki...

Zaczęło się banalnie - na imieninach wspólnych znajomych. Po trzecim tańcu wiedzieliśmy oboje, że wydarzyło się coś niesamowitego i nie może się tak po prostu rozejść, rozpłynąć. "Pojutrze o 17 koło zegara" - powiedział w pewnym momencie, kiwnęłam głową. Klamka zapadła.

Nagle otworzyły się przede mną nowe nieznane horyzonty. W jednej chwili skryte, nigdy niewypowiedziane fantazje zaczęły nabierać kształtu. Nie czułam zupełnie oporu, nie miałam wątpliwości, że musimy się spotkać, że to ważne.

Oboje 40-latkowie, znużeni kilkunastoletnim stażem w małżeństwie, z pełną rutyny codziennością, z kłopotami i trudnościami typowymi dla PRL-u. Małżonkowie? No raczej w porządku, ale już dawno spadły klapki z oczu, coraz trudniej się porozumieć, dochodzą do tego niespełnione marzenia, zarzucone plany, humory, kwaśne miny.

Kochankami zostaliśmy na drugiej randce w mieszkaniu znajomego, do którego miał klucze. Ale to nie było ważne, nic nie było ważne, bo byliśmy sobą tak zafascynowani. Już na samym początku pojawiło się pytanie: co dalej? Jak dalej żyć po tym, co się wydarzyło? Wrócić tak po prostu do domu i udawać, że nic się nie stało?

To było jak grom z jasnego nieba, to było odkrycie takiego seksu, jakiego nie znałam. To był mój drugi mężczyzna, po mężu - naprawdę!  Nie przeczuwałam, że to może być tak dobre, wszechogarniające, że ja mogę się pozbyć różnych oporów, obaw i cała zatracić w tym doznaniu, nareszcie poczuć całą sobą mężczyznę. On też był szczęśliwy, choć przerażony całą sytuacją nie mniej niż ja! Szybko stało się jasne, że nie potrafimy z siebie zrezygnować, choć wiedzieliśmy, że to złe, że to nasza fanaberia. Szarpiąc się i męcząc przez kilka miesięcy, zdecydowaliśmy, że nie mamy prawa psuć życia naszych rodzin. Że oni nie są niczemu winni, niesnaski i kłopoty małżeńskie są do zniesienia, to jakaś norma po tylu latach. A my nie mamy ani siły, ani odwagi, żeby to życie rodzin wywracać do góry nogami. Szanując naszych małżonków, nie rozmawialiśmy o nich prawie wcale, tylko czasem ulała się jakaś gorzka opowieść, jakaś skarga, na ogół staraliśmy się być lojalni. Nie rozmawialiśmy też nigdy o seksie w naszych małżeństwach. Mam ochotę spytać go o to, ale właściwie po co?

Czy przez 26 lat zawsze było idealnie? Owszem, były oczywiście chwile buntu: właściwie to po co tak męczymy?! Były chwile strachu, że nas odkryją, że się domyślą i pytanie: co wtedy? Nasze dzieci dorastały, przyjaźniły się i rodziny czasem się spotykały. Udawanie było koszmarem.

Miałam "swój intymny mały świat" i chowałam się w nim, gdy było gorzej, a gorzej było coraz częściej. Moje małżeństwo z przyczyn niezależnych od tej wisiało na włosku, ale wiedziałam, że mogę się poskarżyć tylko przyjacielowi, i traktowałam nasze spotkania jak wagary od codzienności, jak nagrodę za kłopoty i przykrości. On też przy mnie wypoczywał, resetował się i nabierał sił do zmierzenia się ze swoimi kłopotami. Byliśmy i nadal jesteśmy dla siebie taką alternatywną rzeczywistością, miejscem, gdzie jest bezpiecznie. Kibicujemy sobie, troszczymy się o siebie. Rozmawiamy o swoich codziennych sprawach. Pracy, sukcesach, dorastających dzieciach, ich szkołach, studiach, małżeństwach, wnukach. 

Zdarzały się nam kilkumiesięczne przerwy, szarpaliśmy się kilka razy. W sumieniu każdego z nas ciągle paliła się czerwona lampka. Ale przecież nie ma sensu spowiedź, gdy nie czuję żalu za grzech i nie obiecuję poprawy!

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.