Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dziś rano obudziłam się i jak to mam w zwyczaju, weszłam na Facebooka. Tam, wśród like'ów znajomych znalazłam perełkę - komiks Andrzej rysuje „Klauzula sumienia”. Dla tych, co nie widzieli: do mięsnego wchodzi jegomość wiadomej aparycji. Prosi o kiełbasę. Od ekspedientki słyszy te wspaniałe słowa: "To jest mięsny z klauzulą sumienia, a ja jestem wegetarianką. Powodzenia, panie ministrze". Zalajkowałam i ruszyłam dalej. Ale nie mogłam. Nie mogłam się z tego otrząsnąć, pomyślałam sobie: Matko jedyna, przecież to jest to, to jest dokładnie to. Ale mnie to nabuzowało. Mam 25 lat i mam dość. Mam dość tego, co chce narzucić nam dobra zmiana. Mam dość przede wszystkim tego, że w większości ucierpi na tym jedna płeć. A przecież tyle zawdzięczam tej płci. Trzęsie mną ze złości, jak ktoś mówi, że sobie z czymś nie dam rady, bo jestem dziewczyną. Przecież normalnemu człowiekowi przez głowę nie przeszłaby taka bzdura. Jak niby mam sobie nie dać z tym rady - z powodu płci, fizycznej siły, nieznajomości danego zagadnienia? W porządku, supersilna nie jestem, gdy na czymś się nie znam, proszę o pomoc. Ale coś ma mi się nie udać, bo jestem kobietą? Wolne żarty. Przecież całe życie patrzyłam na te stalowe magnolie, które robiły absolutnie wszystko, i nigdy przez myśl by mi nawet nie przeszło, że coś może być nie dla nich. To nie płeć decyduje o tym, co możemy, a czego nie, tylko nabyte umiejętności. Słoik umiem sobie otworzyć, a nie muszę używać do tego siły, po prostu podważam wieczko. Poza tym, jakoś nie widzę supermanów na ulicach, którzy tylko chodzą i czekają, jak tu komuś pomóc, bo mają na wszystko rozwiązanie.


Dlaczego ten mem mnie tak podburzył? Bo tego też mam dość. Zabrania mi się decydować o moim własnym ciele. Przecież tu nikt nie prosi o kliniki aborcyjne na każdym rogu, gdzie można wejść i usunąć od ręki, będąc w siódmym miesiącu, bo wygląda się za grubo. Koniec końców tylko to nas, kobiety, interesuje. Zbyt często mam wrażenie, że tak właśnie jesteśmy postrzegane. Robi się z nas wariatki, pozbawione logiki egocentryczne nazi-feministki, które aborcje traktują jak pójście na lody do Hortexu i tylko marzą o tym, by móc ją wykonywać dwa razy w tygodniu. Albo jak słyszę argument, że 16-latki będą stosować tabletkę „dzień po” jak antykoncepcję i brać ją kilka razy tygodniowo. No tak, w końcu każda nastolatka w tym kraju szasta hajsem i 130 zł za tabletkę to dla niej pikuś.


A teraz z powrotem do Andrzeja. W końcu jednej pani w aptece odmówiono wydania tabletek antykoncepcyjnych z powodu sławetnej klauzuli. Może warto zwyczajnie zmienić jej nazwę i wszystko stanie się jaśniejsze - i dla władzy, i dla obywateli. Osobiście proponuje przemianować ją na "klauzulę fanatyzmu". Załóżmy, że na poważnie ktoś wchodzi do mięsnego i prosi o kurczaka, a pani za ladą wyjeżdża mu z takim tekstem, jak ten w komiksie. Klient pewnie zostałby zupełnie zbity z tropu, pewnie pomyślałby, że to żart. Zaśmiałby się półgębkiem i powtórzył, że tego kurczaka to on dalej chce. Pani twardo zostaje przy swoim. Zażenowany, lecz przede wszystkim podirytowany klient mówi ekspedientce, co o tym myśli, i wychodzi. Wychodzi też reszta klienteli, każdy rytmicznie pukając się w czoło i pomrukując: „wariatka”, „no, zgłupiała, w mięsnym pracuje i sprzedawać nie będzie, bo sama nie lubi”, „do reszty babę pogięło”. No przecież to prawda. I wszyscy to myślimy. Po cholerę pracuje w mięsnym, jak jest wegetarianką? A mało to innych sklepów? Mało miejsc, gdzie z mięsem nie trzeba mieć do czynienia? Musiała się tu pchać, głupia baba? Teraz fochy będzie stroić i kiełbasy z kurczaka odmawiać strudzonemu. Co się będę z babą pierniczył, pójdę i odstrzelę pięćset takich bażantów, to jej pokażę, wegetariance głupiej.


Dlaczego więc nie myślimy tak wszyscy o tych naszych wspaniałych profesorach medycyny i innych znakomitościach tego kraju? No bo, po pierwsze, profesor albo doktor habilitowany, a nie jakaś tam ekspedientka - on na pewno wie i zna się. No, a po drugie, mężczyzna, pan wielmożny, jaśnie oświecony pod wezwaniem toruńskim. Taki to się nie może przecież mylić. Po trzecie, jak można tak porównywać dziecko do kiełbasy?! To biedne, bezbronne życie! Które żyło sobie w zamknięciu, a tu nagle wchodzi jakiś obcy brutal i wyrywa je, morduje, rozrywa na kawałki - przecież to jest życie, no przecież tak nie można, otwórzcie oczy, ludzie, błagam, ludzie, obudźcie się! Moment. Tylko o którym życiu teraz mowa? Tego dziecka czy tego zwierzątka na kiełbasę, bo już się pogubiłam?
Mam dość, bo nic już nie jest w tym kraju logiczne. Mamy tu pomieszanie faszystowskich Niemiec z PRL-owską Polską. Co będzie następne - akt ślubu wymagany do wydania recepty na tabletki antykoncepcyjne? Ban na prezerwatywy? 500+ za donosicielstwo? Dobra, już przestaję, bo ktoś może wziąć to za znakomity pomysł na kolejne zmiany. Mam dość i jestem tym wszystkim bardzo zmęczona. Ale znam swoją wartość jako kobiety, znam wartość innych kobiet, tak jak i innych mężczyzn. Wiem, że płeć nie jest wyznacznikiem bycia lepszym lub gorszym, nie jest też wyznacznikiem władzy i dobrze by było, by ta „nasza” władza o tym nie zapominała. Bo nie wiadomo, jak to się wszystko skończy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.