Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pogodziłam się już z tym, że jako osoba bezpłodna jestem w Polsce człowiekiem drugiej, gorszej kategorii. Kimś niewidzialnym – dla mediów i opinii publicznej. O problemie walki o dziecko, z którym mierzy się już jedna na pięć par, mówi się coraz mniej. Tym bardziej że minister Radziwiłł sądzi, że skoro on ma ósemkę dzieci, to bezpłodności w ogóle nie ma. A jednak temat istnieje. Tylko my, osoby zmagające się z bezpłodnością, nie mamy sił, by krzyczeć i walczyć o swoje. Siedzimy w poczekalniach i próbujemy być niewidzialni. Choć nie jesteśmy winni temu, że nie możemy mieć dzieci.

Tak rzadko mówi się dzisiaj o walce o dziecko, że zachowuję każdy artykuł, każdy felieton na ten temat. Prawie nikt nie wie, jak naprawdę wygląda procedura in vitro, czym jest naprotechnologia, ile kosztuje i dlaczego tak dużo (Centrum w Lublinie – jedna wizyta 250 zł, wszystkie badania i procedury prywatnie!). Mało się słyszy o dzieciach urodzonych z in vitro i o ich rodzicach. A ja właśnie takie dziecko urodziłam. Przeszłam trzy podejścia (dwa refundowane, w dwóch różnych klinikach), wyjeździłam wraz z mężem tysiące kilometrów po to, by spełnić marzenia, które dla innych są często przykrym zdarzeniem. Takim "przykrym zdarzeniem" jest chyba dla autorki listu „Przebieram, ubieram, układam, przekładam. A marzyłam, żeby wykładać” jej własne dziecko. Z tego, co przeczytałam, wnioskuję, że dziecko jej się "przytrafiło nie w porę". Chciała robić karierę, a tu pieluchy, kupy, mleko, pranie. Dziecko jęczy i nie jest tylko śliczną lalką z opcją "wycisz dźwięk".

Kiedy leżałam na salach szpitalnych – na początku na patologii ciąży, potem na położnictwie – patrzyłam na kobiety w kolejnych zaawansowanych ciążach. Budził mnie płacz nie mojego dziecka, a ja wtedy mówiłam tym matkom, by doceniły to, że mogą mieć dzieci. Że mają je po porodzie w swych ramionach, gdy mój synek walczy teraz o życie w inkubatorze – urodził się w 26. tygodniu ciąży. Część z nich po czterech, ośmiu latach starań rozumiała, że dziecko to skarb. Zdarzały się też takie, które traktowały dziecko w brzuchu, jak kolejny obowiązek i wypadek, który skończy się dla nich bolesnym porodem. Chciałabym, by takie kobiety jak autorka ostatniego listu spojrzały na swój macierzyński los inaczej i doceniły to, co mają.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.