Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszę, żeby opowiedzieć, jak wygląda przeciętne życie zwyczajnej kobiety w naszym wyjątkowym kraju wspierającym właśnie kobiety. Otóż jestem trzydziestoletnią, wykształconą (magisterka i trzy podyplomówki) pracującą matką nieochrzczonego, choć planowanego dziecka. Dopisuję "nieochrzczonego", żeby było od razu jasne, że jestem nie dość, że lewakiem (chodzę na marsze i parady, wspierając tych, co praw nie mają), to w dodatku feministką, która w żadnym wypadku nie głosowała na PiS. Pracuję w trzech różnych miejscach (nie, nie jestem nauczycielką), czasem też w weekendy lub popołudniami, żeby móc mieć samochód (na kredyt) i tym samym nie być więźniem 60 metrów kwadratowych, móc dojechać do pracy i parku oraz by mieć mieszkanie (również na kredyt) i na w miarę godne życie. W miarę godne, bo i tak kupuję na wyprzedażach, w Biedronce i Lidlu i nawet z wypłatą męża nadal po nas nie widać, że jesteśmy bogaci. Ale jesteśmy.

W przekonaniu państwa polskiego wspierającego rodziny, szczególnie matki i ich dzieci, najlepiej wszystkie, też nieurodzone i jeszcze niezapłodnione, jesteśmy cholernie bogaci i z tego powodu nie dostajemy pięćset plus, a nasze trzyletnie dziecko nie dostało się do przedszkola państwowego, mimo dwójki pracujących w pełnym wymiarze godzin rodziców. Nawet nie byliśmy na żadnej liście rezerwowych w żadnym z przedszkoli. Więc żeby móc pracować na te wszystkie luksusy (np. trzynastoletni, już mocno sfatygowany samochód), płacimy grubo ponad wspomniane pięćset, którego nie dostajemy, za przedszkole prywatne.

Moja frustracja na tym się nie kończy, żeby bowiem nie mieć kolejnych dzieci, co z kolei z pewnością jest fanaberią bogaczki (czyli mnie), muszę płacić za comiesięczną antykoncepcję. A niedługo nie będę jeść, gdyż po zamknięciu sklepów w niedzielę nie będziemy mieć czasu, by kupić coś do jedzenia. Co więcej, jako lewak kocham książki. Ale dla mnie i mojego dziecka nie będę już ich kupować kilka miesięcznie, oczywiście w dyskoncie internetowym z obniżką 30 procent, ale jedną w pełnej cenie. Bo przecież jestem bogata. Czego ja tu, do cholery, nie rozumiem? Gdzie jest to wsparcie? Kto mi pomaga? Bo na razie niemal jedna trzecia mojego dochodu idzie na emerytury ludzi, którzy głosowali na ten beznadziejny rząd wspierający polskie rodziny oraz pięćset plus dla matek, które dłubią w nosie tipsem u palca prawej ręki. Uogólniam. Oczywiście, że uogólniam, ale jak na mieście widzę wyfiołkowane panie bez zębów z piwem w ręku, brzuchem ciążowym i naręczem dzieci, to szlag mnie trafia.

Dodatkowo płacę krocie z dochodu właśnie na bezpłatną (jaką, do jasnej anielki, bezpłatną?) opiekę zdrowotną, kiedy nie mam czasu stać w kolejkach, więc jak na bogaczkę przystało, leczę się prywatnie. Jaka jest odpowiedź na moje wątpliwości? Jaka? Czemu stale mam odczuwać poczucie niesprawiedliwości i wyzysku? Bo jestem gorszym sortem? Tak, uprzedzę odpowiedzi złośliwych/nierozumiejących. Myślę całkiem realnie o emigracji.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.