Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po lekturze postarałam się sięgnąć pamięcią do 6 godzin tygodniowo spędzanych w prosektorium na pierwszym roku studiów oraz długich popołudni i wieczorów w towarzystwie książek i atlasów anatomicznych.

Próbowałam sobie przypomnieć także przebieg zajęć, kolokwiów i egzaminów. Efekt tej retrospekcji chyba nikogo nie zdziwi. Pamiętam, że na zaliczeniu z głowy i szyi pojawiły się chyba trzy "szpilki" z małżowiny usznej na 30 preparatów.

Pamiętam, że podczas nauki do kolokwium z miednicy jedną z częściej używanych stron była ta z penisem i jego szczegółową budową. Na samych zajęciach i kolokwium było kilka preparatów poświęconych męskiemu układowi rozrodczemu. Nie pamiętam za to choćby słowa o łechtaczce (oprócz tego, że jest), o zewnętrznych narządach płciowych kobiet. Były za to odzywki prowadzącego w stosunku do studentek. Nie potrafię nawet określić ich charakteru - one nie były nawet seksistowskie. Były po prostu chamskie i ordynarne, poniżające. Koleżanka wyszła z płaczem. I tak to się kręci. Specjalnie komentować nie trzeba. (Dodam tylko, że małżowina uszna, a zwłaszcza jej części, prawdopodobnie nie jest kluczowa dla naszej przyszłej praktyki lekarskiej).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.