Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od kilku tygodni czuję się jak saper, widzę bombę, ale nie wiem, czy chcę ją rozbroić, czy wolę ominąć i udawać, że jej nie ma. Już raz obserwowałam taki wybuch, a nawet dostałam odłamkiem. Ta sama osoba podkłada kolejny ładunek. Pierwsza sprawa dotyczyła znajomych, z którymi pracuję w niewielkiej podwarszawskiej miejscowości.

On, nazwijmy go Y, menedżer, zdolny i pracowity, prywatnie mąż i ojciec. Ona, powiedzmy X, sekretarka, matka (obecnie dwójki dzieci) i żona Meksykanina, który co kilka miesięcy przylatuje do Polski. Ich romans zaczął się kilka lat temu. Początkowo z rozbawieniem patrzyliśmy w biurze na jego nieudolny podryw i jej wyrachowany flirt. On „wkręcał” się coraz bardziej, a ona coraz lepiej się tym bawiła. Y obsypywał ją prezentami, kwiatami, zabierał do kina, teatru, na kolacje, opiekał się jej córką, ją podwoził do pracy, a jej córkę do przedszkola. X jeździła jego samochodem bez ograniczeń. Kiedyś zastanowiłam się, o której Y podwozi własną córkę do szkoły. Dziewczynka miała wtedy 7-8 lat. Wszyscy w biurze udawali, że nie widzą ich romansu, amoku Y i interesowności X, ale ich wspólne wyjścia odprowadzały drwiące spojrzenia i komentarze. Nie były głośne i oficjalne, raczej cicho wymieniane nad biurkiem, przy ksero, przy kawie w socjalnym. Towarzyszyły im uważne spojrzenia na boki, sprawdzające, czy nikt nie słyszy. Taka biurowa egzotyka – tajemnica poliszynela. Tylko kiedyś na imprezie ktoś zaproponował zakłady o to, kiedy zorientuje się żona Y albo jak szybko znudzi się X. Wstyd mi, ale uczestniczyłam w tej zabawie. Do czasu.

Tego dnia w biurze była córka Y. Czasem czekała u nas, żeby wrócić z nim do domu. Miła i mądra dziewczynka. Siadała w socjalnym i czytała książki albo odrabiała lekcje. Tego dnia do socjalnego weszło dwóch kolegów, komentując układ X i Y. Za późno zorientowali się w sytuacji. Widok jej oczu pełnych strachu i bólu widzę do dziś. Wtedy wreszcie zrozumiałam, że ten biurowy romans, z którego tak chętnie się śmiejemy, ma drugą twarz. Twarz przerażonej, zranionej dziewczynki i jej matki, okłamywanej od tak dawna. Tych dwóch okradanych z czasu, uwagi, troski, miłości męża i ojca osób. Y sprawiał wrażenie, jakby stracił kontrolę nad tym romansem, przestał się kryć. Coraz więcej osób wieściło burzliwy koniec, ale on nie nadchodził. Żony Y nigdy nie poznałam, nie przyprowadził jej nigdy do biura, nie zabierał na doroczne pikniki rodzinne. Widziałam ją raz – na parkingu przy firmie, drobna, ładna, zadbana blondynka. Kilka razy odebrałam telefon, gdy dzwoniła. Miała miły głos. Odebrałam też wtedy, gdy szlochała do słuchawki. Prosiła o numer telefonu do kogoś, z kim służbowo wyjechał jej mąż do Krakowa, bo do męża nie mogła się dodzwonić. Y wziął wtedy urlop. Wyjechał z X. Zamarłam i przełączyłam do jego działu.

Słyszałam później podniesione głosy jego kolegów. „Czy on zwariował, zostawił chorą żonę i pojechał się pie..ć z tą k..ą”. Miałam ochotę płakać, czułam się współwinna cierpienia żony Y i ich córki. Wyrzucałam sobie, ze mogłam zagrozić X, że jak nie zakończy romansu, to zawiadomię jej męża. Dlaczego tego nie zrobiłam? Nie wiem. Żona wyrzuciła Y z domu, a X została oczywiście z własnym mężem, który o niczym nie wiedział. Y został na lodzie. W pracy udawał, że nic się nie dzieje, przychodził pierwszy, wychodził ostatni, jakby bał się, że ktoś zauważy, że nie wraca do domu. Wyglądał strasznie, skurczył się w sobie, zszarzał. W biurze śledziły go ciekawe, czasem drwiące albo współczujące spojrzenia. Nikt głośno nie zapytał: "I czego się spodziewałeś? Po co ci to było?". Ale te pytania wisiały w powietrzu.

Po jakimś czasie Y wrócił do domu, ale jego żona już nie dzwoni do firmy, jego córka już nie czeka na tatę w socjalnym. A X? Przez rok była na urlopie rodzicielskim, urodziła drugie dziecko, podobno meksykańskiego męża, ale nikt już tego nie komentuje. Niedawno wróciła do pracy. A ja zastanawiam się, czyje małżeństwo zniszczy tym razem. Y sprawia wrażanie, jakby się z niej „wyleczył”, więc X zarzuca sieci na kolejnego faceta (Z). Powtarza się ten sam scenariusz. Patrzę na X i Z i brzydzi mnie ich widok, niby niewinny biurowy flirt, który znów pewnie zmieni się w romans bombę, a ta eksploduje, niszcząc kolejny związek, zasiewając ból w oczach kolejnego dziecka. Zadaję sobie pytanie, czy tym razem stać mnie na to, by ją rozbroić, zanim wybuchnie? I czy w ogóle mam do tego prawo?

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.