Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jeśli miałabym włożyć magiczne okulary dramatyzowania, to musiałabym powiedzieć, że żyję w kraju, który nienawidzi kobiet.

Żyję w kraju, w którym nie chce się finansować Centrum Praw Kobiet, za to bardzo chętnie krytykuje się konwencję o zwalczaniu przemocy, która i tak, nawiasem mówiąc, nie działa. Żyję w kraju, w którym wszyscy tak pięknie mówią o miłosierdziu, a jednak wiedzą lepiej od papieża Franciszka, czy kobieta po aborcji zasługuje na rozgrzeszenie. Żyję w kraju tradycji, zwłaszcza gdy przychodzi do decydowania o tym, kto zajmie się karierą zawodową, a kto zostanie w domu z dzieckiem. Państwo wyraźnie ci wskazuje, co się bardziej opłaca, więc sama wiesz... Żyję w kraju, w którym w obronie płodów manifestują starzy mężczyźni, fanatyczni chłopcy i dziewczęta nietknięte żadną głębszą myślą. Z drugiej strony barykady są morderczynie, czyli matki dzieci niepełnosprawnych, babcie, opiekunki. No i ja.

Żyję w kraju, w którym dzieci z in vitro są nazywane zmodyfikowanymi truskawkami bez smaku, jednocześnie nic się nie robi z zawiłym prawem adopcyjnym. A teraz ściągam swoje magiczne okulary. Odkładam je na półkę, patrzę znów na kraj, w którym żyję. Wszystko wygląda tak samo. Wszystko wygląda tak samo w kraju, w którym więcej jest wykształconych kobiet niż mężczyzn. Wszystko wygląda tak samo w kraju, w którym w prokuraturze dominują kobiety. Wszystko wygląda tak samo w kraju, który ma najbardziej przedsiębiorcze kobiety w Europie. I tylko jednego im brakuje. Solidarności.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.