Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tatuś był w oczach sąsiadów i rodziny kochanym tatusiem przez 13 lat. To nic, że zakręcał nam ciepłą wodę i zabraniał po godz. 20 otwierania lodówki. To tylko dwa z tysiąca wspomnień z życia z ojcem. Później się wyniósł, bo stwierdził, że mu przeszkadza zaniedbana żona i dziecko. Od czasu do czasu widywałam go w centrum miasta w marynarce, z elegancką panią pod rękę. Mama, żyjąc z ojcem, nigdy nie pracowała, bo jej nie pozwalał. „Miejsce baby jest przy garach” – mawiał. Gdy odszedł, pozostała sama z nieopłaconymi rachunkami za poprzednie trzy miesiące, córką i wypadającym dyskiem. Na szczęście też z przyjaciółmi, dzięki którym w ogóle poszła do sądu. Zasądzonych alimentów nie widziałyśmy ani razu. Co więcej, rodzina ojca składała nam niezapowiedziane wizyty, podczas których wyzywała nas od darmozjadów chcących okradać biednego syna, brata, szwagra. Stałam się w oczach wielu roszczeniową smarkulą, której ciągle mało. Gehenna trwała przez cały okres moich studiów, bo zdaniem ojca i jego rodziny zostałam studentką tylko po to, żeby wyciągać od niego kasę. A on, emerytowany górnik, miał wtedy klepać biedę. Mama dała sobie radę, ja wyszłam na ludzi bez jego pieniędzy. Niechęć i rozczarowanie jednak zostaje. Kilka tygodni temu dostałam od niego SMS, że chciałby odbudować ze mną kontakt, bo czas płynie, a my nie młodniejemy. Świadomość zbliżającej się starości i samotności czy prawdziwy żal za grzechy? Nie wiem. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.