Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chciałbym zaznaczyć, że niedobry świat pełen jest nie tylko alimenciarzy. Także alimenciary są wśród nas. A przynajmniej jedna, z którą ja mam do czynienia. Cztery lata temu tymczasowym postanowieniem sądu jako tzw. zabezpieczenie roszczenia sąd przyznał mi opiekę nad dziećmi. Sędzia podjęła decyzję wyłącznie na podstawie lektury papierów, dość powiedzieć, że z rachunkami z izby wytrzeźwień trudno podjąć polemikę. Można rzec: poszło gładko, dzieci zostały wyrwane z toksycznego otoczenia, tyle że – przynajmniej w teorii – cały czas ciążyły na mnie alimenty, które w tym momencie powinienem płacić sam sobie. Podjęte na drodze sądowej próby zdjęcia ze mnie alimentów oraz obciążenia nimi matki dzieci, której udział kosztowy w utrzymaniu dzieci wynosił okrągłe zero, zakończył się fiaskiem. Dwukrotnie sąd orzekał, że skoro postanowienie sądu jest tymczasowe, to i najjaśniejszy sąd Rzeczypospolitej nie może nic zrobić. Tym samym odrzucał zabezpieczenie alimentacyjne, twierdząc, że to wcale nie jest oczywiste, że dzieci na stałe będą z ojcem. Bo sąd od alimentów nie chciał zbytnio słuchać na temat tego, że matka regularnie nadużywa alkoholu, a pobyty dzieci u niej regularnie kończą się koniecznością wezwania policji. A właściwa rozprawa trwała. Minął rok 2013. Minął rok 2014. Aż wreszcie sprawę udało się zamknąć w połowie roku 2015. Uff. Nareszcie można było wystąpić o alimenty. Matka moich dzieci wspaniałomyślnie zaproponowała, że na dziewięcioletniego syna i 14-letnią córkę może łożyć po 200 zł miesięcznie. 200. Czyli razem 400! A zarabia około 4 tys. zł. No i musi wynajmować sobie dwupokojowe mieszkanie. Szczęśliwie sąd obu instancji był zdecydowanie innego zdania i przyznał trzykrotność tego, aczkolwiek wnosiłem o większe kwoty. Nieważne. No i ku mojej radości sąd zgodził się z tym, że alimenty należą się za te trzy lata wstecz – czyli odkąd faktycznie sprawuję opiekę nad dziećmi. Z odsetkami oczywiście. Myliłby się jednak ktokolwiek, że cokolwiek to zmieniło. Matka moich dzieci potraktowała wyrok sądu w kwestii alimentów niczym rządząca partia i nie przyjęła do wiadomości stanowiska osób, które przypadkiem akurat zebrały się w budynku sądu.

CZYTAJ TAKŻE: Jestem twoją córką, a ty jesteś alimenciarzem

Szczęśliwie matka moich dzieci pracuje, a komornik działa sprawnie. Reasumując: jak widać, alimenciarz może być kobietą, może w majestacie prawa przez kilka lat nic nie łożyć na dzieci, a ojciec w takiej sytuacji jest w... no, powiedzmy, czarnej dziurze, bo ze względu na tymczasowe postanowienie sądu nie może liczyć na żadne oficjalne wsparcie – ani alimenty, ani wsparcie z tzw. opieki społecznej. I tak do momentu uprawomocnienia się wyroku. A że od pozwu do wyroku potrwało to niemal cztery lata, to pikuś. Pan pikuś. 

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.