Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam 25 lat. Z czego 19 spędziłam na wsi, kolejne pięć z przewagą mieszkania w Krakowie, a ostatni rok – pół na pół.

Byłam ciekawa tego, co przedrukujecie z rozmów z kobietami z prowincji. Cieszy mnie, że w końcu oddaje się głos tej grupie.

Mogłabym wiele powiedzieć o życiu na wsi, zwłaszcza na tej odległej od sielankowości, której krajobraz podwórek bliższy jest do filmu Wilhelma Sasnala. Zacznę od tego, że dzieci ciągle są tanią siłą roboczą. Od najmłodszych lat pomagają w grabieniu siana, przerzucaniu ton zboża, zbieraniu ręcznie ziemniaków. Uciekanie z łąki przed burzą to żadna nowość dla mnie. Uciekanie przed krową, która chciała mnie poturbować? Na szczęście szybko biegałam. Czy odrzucałam obornik (czyli gnój)? Pewnie.

Kiedyś się tego wstydziłam, teraz wiem, że to normalna praca fizyczna.

Nie zawsze jednak ta praca przynosi zyski, zwłaszcza jeśli gospodarstwo jest małe (kilka hektarów), a zboże na polu nie rośnie ot tak sobie i krowy od tak sobie mleka nie dają. Gospodarstwo to prowadzenie firmy, więc jest narażone na straty, istnieje ryzyko, że jak przejdzie grad albo dziki wejdą na pole, to trzeba się będzie pożegnać z częścią plonów. To nie jest łatwy kawałek chleba, nie zliczę nawet milionów godzin „nerwówki” mojego ojca.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Młoda, atrakcyjna, sama i na wsi

Pewnie wszyscy, którzy dorastali na wsi, ale mieli też styczność z dziećmi/młodzieżą spoza obszarów wiejskich, powiedzą to samo co ja o wakacjach i różnicach w postrzeganiu ich w zależności od tego, gdzie się mieszka.

Nie raz na studiach byłam pytana: „Jak to, nigdzie nie byłaś na wakacjach?”.

Bywałam, bo czasami miewałam takie możliwości (KRUS wspierał wyjazdy na obozy i kolonie dzieci rolników), ale nigdy nie pojechaliśmy całą rodziną nigdzie. Dlaczego? Bo jak masz krowy, to nie możesz odjechać na tydzień i zostawić ich niedojonych. Poza tym wakacje to czas wzmożonych prac na wsi i każda para rąk się przyda. Jeśli masz do tego ogród z warzywami, to też musisz go pielęgnować, kontrolować. Samo nic nie przyjdzie.

Potwierdzam to, co już zostało powiedziane w wydrukowanych reportażach: bez samochodu ani rusz. PKS-y? Zlikwidowane w większości. Prywatne busy nie zawsze jeżdżą według planu albo po prostu nie przejeżdżają przez twoją miejscowość. I nawet z naszej wioski, która jest położona przy drodze krajowej, bez samochodu i roweru zostaje pięciokilometrowy marsz do lekarza, sklepów, na pocztę, do stacji benzynowej, urzędu gminy, apteki. Zrobiłyśmy z siostrą prawo jazdy zaraz po szkole średniej, moja mama również i choć nie prowadziła przez kilkanaście lat, miała w sobie odwagę i potrzebę, aby ponownie siąść za kółkiem, i obecnie można jej zazdrościć spokoju jako kierowcy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.