Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Alimenciarzu,

44 400 zł bez odsetek - taką dokładnie kwotę jesteś nam winien.

Pieniądze są najważniejsze. Tak, tak, wiem, że w hołdującej "wartościom" Polsce takich rzeczy nie wolno mówić, lecz uważam, że bez względu na głoszone z egzaltacją slogany, że najważniejsze są miłość, rodzina i zdrowie, mówię - najpierw musisz jeść i wykarmić potomstwo. Nienawidzę hipokryzji, która zamydla nam oczy i sprawia, że oddzielamy "wartości" od życia. Wybaczcie kolejny banał, ale czy niektórzy naprawdę nie zdają sobie sprawy, że aby założyć rodzinę, kochać i być zdrowym potrzebne są finanse? Nie bez kozery zatem sąd orzekający rozwód ludzi posiadających potomstwo zabezpiecza dzieci, zabezpiecza je przede wszystkim materialnie, jak mówi Agata Chełstowska w rozmowie w "WO".

CZYTAJ TAKŻE: Nie możemy tolerować "dłużników alimentacyjnych"

Mówi też: "Niepłacenie alimentów jest niedopuszczalne". Na tym mogłabym zakończyć swój list, ale nie - mam potrzebę, by powiedzieć więcej.

Parafrazując hasło "I can't believe I still have to protest this shit" (nie wierzę, że wciąż muszę protestować w tej gównianej sprawie), po prostu nie mogę uwierzyć, że nadal musimy zabierać głos w kwestii nieściągalności zaległych alimentów. Nie mogę uwierzyć, że musimy organizować "debatę publiczną", szukać przyczyn, tłumaczyć i tłumaczyć SIĘ.

Obowiązek alimentacyjny nałożony przez sąd na rodzica nie jest kwestią światopoglądu i nie podlega żadnej dyskusji. Gdy rodzice się rozstają, zrozumieć i wytłumaczyć można naprawdę wiele - wzajemne antagonizmy, nienawiść, żal, chęć zemsty. Można nawet zrozumieć, że rodzic nie kocha swojego dziecka i nie czuje z nim więzi. Do uczuć nikogo nie zmusimy. Ale dziecko to obowiązek i odpowiedzialność, czy tego chcemy, czy nie. Mówiąc krótko: masz dziecko - płać. Twoim obowiązkiem jest zapewnić mu wikt, opierunek, edukację, wycieczkę szkolną i parę innych rzeczy.

Nie robią na mnie wrażenia argumenty alimenciarzy w stylu "Nie będę co miesiąc bulił, żeby ona po solariach, po Tunezjach się ciągała i tipsy nosiła". Tak, nie wątpię, że wiele jest nadużyć czy nawet patologii także po stronie samotnych matek. Tak jak patologii nie brakuje w wielu z pozoru normalnie funkcjonujących rodzinach oraz w wielu różnych dziedzinach życia. Ale alimenty mają być płacone. Kropka.

Dlatego nie będę opisywała historii mojego samotnego macierzyństwa. Bo to, czy ledwo wiążemy koniec z końcem, czy nieźle nam się powodzi, nie ma tu znaczenia. Nie muszę się tłumaczyć. Alimenty zasądzono, ponieważ to dwie osoby odpowiadają za powołanego do życia i zależnego od dorosłych człowieka.

O tzw. zaliczce alimentacyjnej stosowanej w Danii, o której również przeczytałam w wywiadzie z Agatą Chełstowską, pomyślałam już wcześniej. Ale ja jestem tylko głupią babą, w dodatku niegodną, nieprzyzwoitą i zepsutą moralnie.

Komornikowi ściganie alimenciarza się nie opłaca. Więc dobrze - tylko skończę prasowanie, pracę przyniesioną do domu, jak wrócę z treningu z dzieckiem i jak już odrobimy lekcję - pędzę tropić alimenciarza. I tak sobie myślę, że gdybym cię, alimenciarzu, jakimś cudem złapała i gdybyś mi oddał dług (kwotę główną z odsetkami), to chyba mogłabym to wszystko wydać na "solaria, tipsy i Tunezję"? Przecież przez te wszystkie lata pokrywałam twoją część potrzebną na utrzymanie potomka. Naturalnie, w twoim przypadku, była to część - z konieczności - dokładnie wyliczona i ani grosza więcej. Mój wkład (i mówię wyłącznie o wkładzie finansowym) jest praktycznie nie do obliczenia, bo o czym wie każdy rodzic, dziecko to skarbonka bez dna.

Chcę tylko tego, co mi się należy. Tak, teraz już mnie!

Na prostacki, prymitywnie populistyczny, bardzo kosztowny, demoralizujący, niesprawiedliwy i krzywdzący pomysł "500+" wpadł z kolei polski rząd. Do niedawna jeszcze, mimo poczucia niesprawiedliwości i bezsilności, potrafiłam jakoś zrozumieć, że Fundusz Alimentacyjny nie może obejmować wszystkich, bo skąd niby państwo ma brać tyle pieniędzy. Ale teraz? Ja po prostu nie jestem w stanie tego pojąć, doznaję wręcz fizycznej niezgody na tę sytuację. Przez całe lata żaden rząd nie znalazł rozwiązania problemu nieściągalności alimentów, a lekką ręką rozdaje się ogromne pieniądze za to, że ktoś podejmuje osobistą decyzję posiadania drugiego lub kolejnego dziecka. Z całym szacunkiem dla trudu wychowania - sama jestem rodzicem - nikt nie decyduje się na dzieci z troski o PKB i o to, by miał kto pracować na emerytury. Na emeryturę zapracuję sama, utrzymam siebie i dziecko - jak się okazuje - nie tylko moje własne.

***

Jeżeli masz podobne doświadczenia, jeśli zetknęłaś/zetknąłeś się z tematem zaległych alimentów jako rodzic, jako dziecko, jako prawnik lub jako świadek i chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami, napisz do nas na adres wysokieobcasy@wyborcza.pl

 

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.