Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie czuję już do Ciebie nienawiści, ale mam poczucie niesprawiedliwości. Nie zapłaciłeś ani złotówki na mnie ani na mojego brata. Utrzymywała nas mama, tłumaczka, a jej dochody były niestabilne. Krótko dostawała na mnie pieniądze z Funduszu, pod koniec liceum. Gdyby nie dziadkowie, którzy bardzo nas wspomagali, byłoby naprawdę źle.

Mama radziła sobie, jak mogła. Jeśli mam do Ciebie żal, to za to, co jej zrobiłeś. Kiedy ze sobą byliście, traktowałeś ją bardzo źle. Do końca wierzyła, że w końcu zaczniesz się nami interesować, będziesz chciał się z nami spotykać, poznać nas, płacić. Potem próbowała wyegzekwować pieniądze przez komornika, ale niczego nie wskórał. Cierpiała przez Ciebie bardzo, ale starała się, żeby nam niczego nie brakowało. Czułam się podwójnie porzucona i gorsza od innych, bo to, co dla innych dzieci było czymś zwykłym, dostępnym, dla mnie nierzadko było luksusem.

Nawet prąd. Kiedyś po szkole usiadłam, żeby obejrzeć kreskówkę. Mama powiedziała, że w każdej chwili mogą wyłączyć prąd, bo nie miała za co zapłacić rachunków.

Nie nosiłam modnych ubrań, nie miałam gadżetów, markowe rzeczy widziałam u kolegów w szkole. Na szczęście w szkole było też sporo dzieci takich jak ja. Ale i tak miałam poczucie, że czegoś mi brakuje. Najbardziej brakowało mi beztroski. Poczucia, że jestem dzieckiem, które nie czuje sytuacji, w jakiej jest. A ja czułam, mama zresztą nigdy tego przed nami nie ukrywała. Wiedziałam, że życie nie jest łatwe i przyjemne, przeciwnie, dużo w nim niesprawiedliwości. Trudno być dzieckiem, kiedy to się wie, a dzieci alimenciarzy wiedzą.

Nie znałam beztroski, ale bardzo dobrze znałam wartość pieniędzy. Wiedziałam, ile wysiłku wymaga ich zdobywanie i jak bardzo trzeba doceniać, kiedy się je ma.

Najbardziej przykre było wchodzenie do sklepu: mama najpierw witała się ze sprzedawczynią, po czym od razu zwracała do mnie: „Pamiętaj, my nie mamy pieniędzy”, co znaczyło: „Nie proś mnie o głupstwa, bo nie będę ci mogła ich kupić”. A dziecko, jak to dziecko, zawsze chce „coś słodkiego”, jakiś jogurt. Czasem się łamała i kupowała, ale wtedy wyjmowała z koszyka coś innego. Bo zawsze liczyła wartość zakupów, co do grosza.

Czy ci, którzy tak bronią niepłacących, mogą sobie wyobrazić, jak trudny jest start w dorosłość w takiej sytuacji? Że można liczyć tak naprawdę tylko na siebie? Dzieci alimenciarzy często nie mogą skupić się na edukacji, iść na studia, bo muszą pracować, jak najwcześniej zacząć zarabiać. Takie dzieci jak ja nie pójdą do mamy i nie powiedzą: „Mamo, daj”, bo wiedzą, że mama dała już z siebie wszystko. Pamiętam moment, w którym to ja pierwszy raz mogłam z zarobionych pieniędzy pomóc jej.

Miałam 18 lat, gdy zaczęłam pracować na bazarze. Kiedy nie było klientów, czytałam repetytorium do matury. Studiuję, ale to ogromny wysiłek, czasem myślę, że nie ma w tym żadnego sensu, że to i tak na nic, że pewnych rzeczy nie przeskoczę. Ale staram się temu nie poddawać. Zazdroszczę tym, których rodziców na to stać, nawet bezpłatne studia tak naprawdę są płatne – stancja, dojazdy, wyżywienie. Największy żal czuję do Ciebie o siódmej rano na bazarze, kiedy jest zimno, a przede mną cały dzień stania. Dalej tam pracuję mimo biegłej znajomości dwóch języków. Szybko się usamodzielniłam. Wyszłam za mąż za starszego mężczyznę. Niektórzy mówili, że „znalazłam sobie tatusia”. Nie wiem, być może podświadomie tak było, choć nigdy tego w ten sposób nie widziałam. Wyrosłam w przekonaniu, że zawsze trzeba liczyć na siebie.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Prawo do rozwodu kobiety przemienia w kokiety

I dlatego nienawidzę i nie rozumiem usprawiedliwiania przestępstw. Uchylanie się od płacenia zasądzonych przez sąd alimentów to przestępstwo przeciwko własnemu dziecku. To ono jest tu najbardziej pokrzywdzone. Ojcom takim jak Ty powiedziałabym to, czego nie miałam okazji powiedzieć Tobie: jeśli nie płacisz alimentów na swoje dziecko, wiedz, że stawiasz je w pozycji kandydata do bycia najniższą, najbiedniejszą warstwą społeczną. Okradasz je nie tylko z pieniędzy, poczucia komfortu, ale i wielu szans. Potem te dzieci przez całe życie muszą nadrabiać zaległości, na które skazał je własny rodzic. Powiedziałabym jeszcze niepłacącym, że do miłości nikogo zmusić nie można, ale do wywiązywania się z podstawowego obowiązku, jakim jest zapewnienie podstawowych potrzeb, zmuszać się powinno. Państwo nie powinno tu odpuszczać, podobnie – otoczenie alimenciarza. Dziecko nie może się bronić, a to jego prawo zostaje złamane. Ktoś powinien walczyć w jego imieniu.

Jeśli przeczyta to jakieś dziecko alimenciarza, może właśnie uczy się do matury, to chciałabym, żeby usłyszało: nie jesteś gorszy. To nie twoja wina. Nie masz się czego wstydzić. I może jeszcze: miałaś ciężko, ale właśnie dlatego sobie poradzisz, bo wiesz, jak to się robi.

"Tak długo, jak niepłacenie alimentów będziemy traktować jako sprawę "prywatną", nic się nie zmieni" - już w sobotę, 28 stycznia w WO rozmowa o alimenciarzach z Agatą Chełstowską, ekspertką Instytutu Spraw Publicznych oraz Robertem Damskim, komornikiem sądowym.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.