Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam 35 lat i jestem zagubionym facetem, który nerwowo przestępuje z nogi na nogę w poczekalni gabinetów ginekologicznych. W metrowych kolejkach z tłumem innych panów będących tam dokładnie w tym samym celu. Uda się czy się nie uda? W tym cyklu czy w następnym? 5 milionów plemników w ejakulacie czy 5 sztuk? Piszę nie dlatego, że moje życie jest ciężkie, wiedziałem, że in vitro to wyrzeczenia, wiem również, że to, co przeżywa moja żona, jest stokroć gorsze. Piszę dlatego, bo chciałbym, by mężczyźni też pokazali, że im zależy, że nie występują tylko w roli szoferów wożących żony na badania, asystentów załatwiających lekarstwa, milczącej i obojętnej połowy problemu dotykającego kilka milionów par.

Jestem mężem swojej żony od 7 lat, znamy się prawie 10. Odkąd zaczęliśmy się spotykać, rozmawialiśmy o przyszłości. Gdzie będziemy mieszkać, co będziemy robić, ile będziemy mieć psów i dlaczego nie będziemy mieć kotów. Najprzyjemniejsze w tych wszystkich rozmowach było dyskutowanie na temat tego, ile będziemy mieć dzieci, jakie będą mieć imiona, czym będą się zajmować w przyszłości i do kogo będą podobne.

Po ślubie było radosne oczekiwanie na pozytywny wynik testu ciążowego. Tyle że wynik wciąż był negatywny. Nastał więc czas badania owulacji i dyskusji na temat tego, czy seks uprawiać dziś, czy może lepiej jutro (w takich chwilach, gdy uświadamiasz sobie, jak trudne bywa spłodzenie potomka, zaczynasz się zastanawiać, jak to możliwe, że nastolatki zachodzą w ciążę). Tak doszliśmy do momentu, w którym oboje uznaliśmy, że najwyższa pora, by poszukać fachowej pomocy.

Dla mnie gabinety ginekologiczne to była terra incognita. Strasznie to trudne, gdy nie rozumiesz co trzeciego terminu, a musisz podejmować istotne decyzje. Nie mieliśmy też szczęścia do pierwszego lekarza: powiedział, że możemy o dziecku co najwyżej pomarzyć, bo pora na dziecko była pięć lat wcześniej. Wróciliśmy do domu poturbowani. Żona płakała, ja zastanawiałem się, co powinienem zrobić: przytulić i uspokoić, a może jechać do lekarza i dać mu w zęby? W końcu ją przytuliłem. W środku płakałem razem z nią. Ustaliliśmy, że szukamy kolejnego lekarza. To dużo prostsze, jeśli mieszka się w dużym mieście, jeśli w mniejszym - to wielkie wyzwanie.

Nowy lekarz sugeruje, że warto zbadać także mnie.

Jak to? Przecież jestem zdrowy. Mężczyzna równa się plemniki, prawda?

Jednak decyduję się na badanie, chcę mieć to z głowy. Przechodzę przez trzy stopnie wstydu. Najpierw przemiła pani pielęgniarka mówi, gdzie i co mam zdeponować, a ja bardzo staram się nie patrzeć jej w oczy. Potem rozglądam się po "pokoiku" i wpadam w panikę. Chcę stamtąd wyjść, jak szybko się da. Wychodzę ze spuszczonym wzrokiem, nie chcę patrzeć w oczy ludziom w poczekalni - przecież oni wiedzą, po co tam byłem.

Wyniki są złe. To moja wina, że nie mamy dziecka. Na szczęście mam mądrą żonę, jest mądrzejsza ode mnie. Nie robi wyrzutów, wchodzi w tryb zadaniowy. Czytamy, szukamy. Okazuje się, że problem jest szerszy, że z męską płodnością generalnie jest źle. Czy ktoś o tym mówi? Czy ktoś przy okazji radosnego forsowania "doskonałej" metody naprotechnologii pomyślał o mężczyznach? Przecież wdrażany rządowy program nie rozwiązuje problemu męskiej bezpłodności, co więcej, on go nawet nie zauważa.

Poczułem się zaskoczony tym, jak bardzo krucha jest moja "męskość". Marzenia o własnym dziecku może zniszczyć ciasna bielizna, nadwaga, alkohol i milion innych rzeczy.

Zmierzając w kierunku in vitro, zaczęliśmy, jak to się zwykle zaczyna, od inseminacji. Nie udało się.

W tym czasie czy tego chcieliśmy, czy nie, pojawiły się w naszym życiu dodatkowe osoby, nieproszeni "goście". Jarosław Gowin, wtedy poseł (podobnie jak teraz) partii rządzącej, zaczyna mówić o krzyczących zarodkach. Episkopat publikuje listy porównujące in vitro do aborcji. Słyszymy o bruzdach dotykowych i szlag nas trafia, bo ci ludzie mówią o naszym przyszłym dziecku. Dwie największe siły, rząd i Kościół, ołtarz i tron, rządzący życiem doczesnym i wiecznym, chcą zadecydować, czy możemy wykorzystać technologię, za którą Robert Edwards dostał Nagrodę Nobla. To powinna być nasza decyzja. I była: zdecydowaliśmy się na in vitro. Jeśli panom posłom wydaje się, że jest to spacer i radosne wybieranie koloru oczu dziecka, są ignorantami.

Zaczęło się kalkulowanie, choć dziś wiem, że wtedy kompletnie nie byliśmy w stanie ocenić kosztów in vitro: wszystkich lekarstw, wizyt, ceny właściwego zabiegu, USG, milionów innych rzeczy. Odtąd wszystkie oszczędności pochłaniał jeden cel. Nie poprosiliśmy o pomoc rodziców, bo nie chcieliśmy obciążających pytań: a kiedy, czy już, jak wam idzie?

Tak naprawdę in vitro to kilkanaście, a może i kilkadziesiąt wizyt w gabinetach. Potem seria zastrzyków w brzuch. Chciałem być pomocny, więc zgodziłem się je robić. Potwornie ją to bolało. Mnie z każdym kolejnym siniakiem na jej brzuchu było coraz trudniej. Hormony, lekarstwa, które musiała przyjmować, odbijały się negatywnie na jej samopoczuciu. Czułem się jak idiota, proponując kompresy, bo przecież przed zabiegiem nie można brać niczego mocniejszego. Nic nie mogłem zrobić. Znowu mogłem tylko "być".

Przed zabiegiem po raz kolejny wylądowałem w "pokoiku". Potem czekanie w napięciu na informację, ile komórek jajowych udało się żonie "wyprodukować". Patrzyłem na Miłość Mojego Życia, obolałą i spuchniętą, dużo bardziej zmęczoną niż ja, i znów nie mogłem zrobić nic. Przytuliłem ją.

Na zabieg znów jechaliśmy z nadzieją. Miesiąc później przełykaliśmy kolejne łzy rozczarowania.

W chwili, gdy zostały nam jeszcze trzy zamrożone zarodki i resztka nadziei na sukces, PiS dochodzi do władzy i straszy, że będzie zamykał program in vitro. Bo masz żyć tak, jak oni to sobie wymyślili. Bo Kościół poza Funduszem, Świątynią Opatrzności Bożej i Radiem Maryja musi dostać kolejne "dary" od rządu w podzięce za agitację wyborczą. Bo grupka mężczyzn w koloratkach wie lepiej niż my, co jest dla nas najlepsze, i porównuje nas z dr. Mengele, rzuca oskarżenia o eugenikę. Ludzkie uczucia, nasze uczucia, stają się kartą przetargową w politycznej grze.

Spojrzałem w przeszłość, na drogę, którą pokonaliśmy, przez ile płotów i ścian musieliśmy przeskoczyć, i teraz gdy słyszę, że dostęp do in vitro trzeba zaostrzyć, bo przecież pary robią to tylko po to, żeby mieć dziecko o określonym kolorze włosów lub oczu, to już nie mam siły na gniew. Marzę o tym, żeby spróbować szczęścia z tymi trzema ostatnimi zarodkami, spakować się i wyjechać gdzieś, gdzie większość nie jest zakładnikiem grupki hałaśliwych fanatyków, gdzieś, gdzie moglibyśmy z żoną w spokoju przecierpieć fakt, że nigdy nie będziemy rodzicami własnego dziecka lub wychować nasze dziecko z in vitro w przekonaniu, że jest normalne.

Kiedyś byłem osobą wierzącą, dziś już nie jestem. Nie sprawił tego ani "gender", ani "lewacka ideologia", ani "Gazeta Wyborcza". Za moją niewiarą stoi Konferencja Episkopatu Polski. Bóg, gdyby istniał, nie pozwoliłby sobie na takich przedstawicieli.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.