Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Najbliższa mi osoba powiedziała, że na poniedziałkowy Ogólnopolski Strajk Kobiet pójdzie na godzinkę, bo nie chce tracić pacjentów. Jej koleżanka z gabinetu obok, że jest spłukana (faktycznie jest) i też nie idzie. Obie nie miały problemu, żeby iść i krzyczeć w wolny dzień pod kościołem, i mnie też wyciągnęły. Byłem zażenowany przekrzykiwaniem się.

Obie mają wyższe wykształcenie, są kobietami sukcesu, świadomymi wielu rzeczy, kontestują rząd, w wolnych chwilach wkurzają się na niesprawiedliwości, o których czytają w "Wysokich Obcasach" (ironia 1).

Chcę teraz napisać coś wyraźnie - jeśli dwie dziewczyny, trendsetterki internetowego feminizmu (walczące głównie w dysputach ze znajomymi - ironia 2), nie chcą rezygnować z zysku w jeden dzień w roku (dla idei, o której ciągle rozprawiają), jeśli nie rozumieją, że właśnie chodzi o to, żeby takich kolesi jak ja wyprowadzić ze strefy komfortu (brakiem świadczonych usług), to nie będą potem miały moralnego prawa wchodzić w kolejne dysputy o aborcji i chu***ci rządów PiS-u ani chu***ci narodu kupionego za 500+, bo same robią dokładnie to samo. Albo wyjdą wszystkie i zadziwią facetów, że kraj przestał działać, albo to nie ma sensu.

I skoro takie dziewczyny nie wychodzą ze swoich przytulnych gabinetów, to trudno podejrzewać, że kasy opuszczą panie z Biedronek, które mogą za to stracić pracę (a jak wyjdą, to będą bohaterkami). Życzę powodzenia w proteście, ale widzę, że w tych czasach, gdzie jednodniowy zarobek powoduje ból dupy, nie ma chyba miejsca na ideologiczne zrywy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.