Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Miałam 18 lat, kiedy spakowałam walizkę i wyjechałam do Paryża. Nie było w tym wielkich rozpaczy czy wielkich przemyśleń. Przyjechałam. Zaczęłam pracę. Kiedy podszkoliłam język, poszłam na studia - jedne, drugie. Wiodłam normalne życie, które ułożyłam sobie sama od początku. Zajęta codziennością nigdy nie miałam czasu na kontemplowanie "zjawiska emigracji", w którego środku de facto się znalazłam. Zawsze jednak miałam wrażenie, że analizą emigrantów bardziej zajmowali się niemigrujący niż ci za granicą. Tak o emigracji myślę do dziś - jak o normalnym życiu.

Mieszkałam w sześciu państwach na trzech kontynentach. Różnice, jak dla mnie, to tylko kwestia języka, którym mam się posługiwać, otaczającej mnie architektury, obyczajów, klimatu i jadłospisu. Te - niezależnie od tego, gdzie i jakie - są na swój sposób piękne i ciekawe. Poza tym życie jest wszędzie takim samym życiem - i w Polsce, i poza nią. Ani gorszym, ani lepszym. Wszędzie trzeba wynająć mieszkanie, opłacić prąd i gaz, od czasu do czasu zapełnić lodówkę jedzeniem, wstać rano do pracy, przygotować się do egzaminu na studiach, pójść ze znajomymi na kawę, zakochać się, odkochać, przeżyć porażki i sukcesy.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Nie zadaję sobie pytań, gdzie w tym wszystkim jest moja "polskość" - czy jestem Polką, czy nie i w jakim stopniu. Pytanie jest tendencyjne, a może nawet nie do końca dla mnie zrozumiałe. W Polsce spędziłam 18 lat życia. Tu się urodziłam i wychowałam. Nigdy temu nie zaprzeczę, nie zmienię tego, nie ukryję (zresztą nie widziałabym w tym żadnego sensu).

Nie muszę też swojej "polskości" udowadniać. Nikt ani nie chce mi jej zabrać, ani wmówić, że jestem mniej polska, bo do kraju wpadam w odwiedziny. Szczęśliwie nikt nie oczekuje ode mnie patriotycznych deklaracji czy afiszowania się swoim pochodzeniem. Jak ktoś pyta, skąd jestem, to odpowiadam. Po prostu. "Z Polski". Bo w emigracji nie chodzi o "polskość". Ani się jej nie traci, ani nagle nie zyskuje. Nie ma "kryzysów polskości" ani nadmiernej eskalacji uczuć patriotycznych (jeśli ktoś nie miał ich już wcześniej). Nie trzeba chodzić w koszulce z białym orłem, żeby być Polakiem. Nie trzeba wmawiać innym, że Polska jest cudowna.

Wszystko ma swoje wady i zalety, dobre i złe strony. Tak samo jak Polska mają je też Mołdawia, Urugwaj i Butan. Wyjazdy, owszem, wiążą się z obcowaniem z innymi kulturami i ich przyswajaniem, uczeniem się życia wśród nich, ale nie wypiera to naszej rodzimej, którą nasiąknęliśmy za młodu. Języka też się nie zapomina.

W życiu za granicą chodzi o bakcyla przygody, który raz połknięty niechętnie puszcza. Kilka razy wracałam do Polski z myślą o wynajęciu mieszkania, płaceniu rachunków za polski prąd i polski gaz, budzeniu się rano do pracy i zajadaniu na śniadanie chałki. Żadna z prób nie zakończyła się sukcesem. Ciągnęło mnie w świat, szukałam nowych miejsc, pakowałam walizkę i jechałam dalej. Odkąd skończyłam studia, przestałam wracać ciągle do jednego kraju. Jechałam do innych, których jeszcze nie znałam.

"Co powiedziałabym sobie samej przed emigracją?" opisuje Agnieszka mieszkająca w Meksyku

Mimo zagranicznego adresu, którym legitymuję się ponad 11 lat, bywam w ojczyźnie bardzo często i nie narzekam na Polskę. Na swój sposób lubię nasz architektoniczny eklektyzm. Widzę ogrom zmian, które tu zachodzą, ale jestem świadoma, że należy dać im czas, by przekształciły zarówno krajobraz, jak i światopoglądy. Ciekawie jest na te zmiany patrzeć. Nie mam pretensji o podatki czy spóźniające się pociągi. Żyłam w państwach, w których sytuacja polityczno-ekonomiczna była lepsza. Żyłam też w państwach, w których sytuacja polityczno-ekonomiczna była gorsza. Nie w tym jest problem i nie to trzyma poza granicami.

Problem tkwi w pociągającej różnorodności świata. W nieustannym kontakcie z innymi językami, kulturami, mentalnościami. Ciągnie możliwość poznawania i zagłębiania się w nowe rejony świata, dużo intensywniej i z większym finalnym zrozumieniem niż wycieczkowicze czy miesięczni podróżnicy. To wynagradza wszystkie nieprzespane noce, które spędza się na wypełnianiu wniosków o stały pobyt czy pozwolenie o pracę.

Zagranica pociąga, kusi, fascynuje. Nie tylko Polaków. Ludzie na całym świecie migrują. To tu, to tam szukają miłości, spełnienia, podatków, których procent odpowiada im najbardziej, mieszkań w ulubionym stylu architektonicznym, szkół, które dadzą im wykształcenie w wymarzonym zawodzie, i ulubionego śniadania, które ze smakiem zjedzą. Ale doprawdy - zjedzą je dokładnie tak samo jak każdy inny mieszkaniec planety Ziemia: otworzą buzię, ugryzą, przeżują, połkną, popiją i pójdą do pracy.

 

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.