Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Słyszałeś, co o kampanii powiedział kard. Stanisław Dziwisz?

Że „Przekażmy sobie znak pokoju” zamazuje pamięć Światowych Dni Młodzieży? Albo że rozmywa nauczanie Kościoła na temat homoseksualizmu? To nieporozumienie. W naszej akcji nie apelujemy o związki partnerskie, tylko dopominamy się o szacunek dla osób homoseksualnych, biseksualnych i transpłciowych. Nic więcej.

Oczywiście staramy się przy tym odwrócić optykę, by na miłość do człowieka tej samej płci nie patrzeć jedynie przez pryzmat grzechu. Bo warto zastanowić się nad drugą osobą, zanim nazwiemy ją grzesznikiem. I lepiej punktować swoje błędy niż innych.

„Przekażmy sobie znak pokoju” przygotowywaliście dwa lata.

Razem z Kasią Remin (Kampania przeciw Homofobii) i Marcinem Dzierżanowskim (Wiara i Tęcza) chcieliśmy zrobić coś, co zwróci uwagę wierzących na osoby nieheteroseksualne w Kościele albo społeczeństwie. Zastanawialiśmy się, do kogo zaadresować przekaz. Spotykaliśmy się z teologami, psychologami, publicystami katolickimi. Pytaliśmy ich o zdanie. Ciekawiło nas zwłaszcza to, jak zareagują księża. Część z nich ucieszyła się z kampanii. Tym bardziej że zamierzaliśmy oprzeć ją na geście przekazania znaku pokoju. Później zastanawialiśmy się, czy duchowni mogliby wziąć udział w nagrywanych przez nas filmach. Ale zrezygnowaliśmy. Wybraliśmy osoby świeckie.

Nawet Episkopat odpowiedział na kampanię.

I to nas zaskoczyło. Nie spodziewaliśmy się, że Kościół zareaguje. A na dodatek tak szybko, bo w ciągu tygodnia od rozpoczęcia akcji. W liście od arcybiskupów jest mowa o szacunku dla osób o różnej tożsamości i orientacji. To pocieszające tym bardziej, że Episkopat nigdy wcześniej nie wypowiedział się tak głęboko o środowisku LGBT. Szacunek to też inne słowo niż tolerancja czy akceptacja. Zawiera w sobie dwa te określenia. Ale, niestety, arcybiskupi w swoim oświadczeniu ostrzegają, aby katolicy nie brali udziału w kampanii. To przykre, ale liczyliśmy się z podobną reakcją.

Dlaczego Kościół tak zareagował?

W katechizmie jest rozróżnienie, którego trzymają się duchowni. Zakłada, że należy oddzielić osobę od czynu. Czyli gej z lesbijką są w porządku, ale ich homoseksualne czyny nazywa się już „obiektywnie nieuporządkowanymi”. Co to znaczy? Nie wiem. Bo może gdy robię partnerowi herbatę z cytryną, jestem nieuporządkowany? A gdy przytulam go, pocieszam? Przykro mi, kiedy Kościół sprowadza moją relację z partnerem do łóżka. „Czyny homoseksualne” to dla hierarchów wyłącznie seks. Dlatego kampanią udowadniamy, że nie o to chodzi. Przekonujemy: my też tworzymy związki, kochamy tak samo, troszczymy się o naszych partnerów, jesteśmy im wierni.

Kościół rani językiem. W jego dokumentach najczęściej pojawia się „skłonność homoseksualna”, a nie orientacja. A ze skłonnością, czymś tymczasowym, można walczyć. Tak jak z łakomstwem czy alkoholizmem. Przecież Kościół wie, czym jest orientacja. W najnowszej adhortacji o rodzinie papież Franciszek wiele razy użył tego wyrazu. Niestety, potem, już w europejskich tłumaczeniach, orientacja zmieniała się na skłonność.

Zauważ też, że „nieuporządkowanie” to język presji. Skoro ktoś nie ma porządku w życiu, to musi go zrobić. Przykładowo – pójść na terapię. Czasami zastanawiam się, co Kościół powiedziałby o moim życiu. Czy jestem niepoukładany, bo od pięciu lat żyję z partnerem, którego kocham?

Katoliccy publicyści zarzucają kampanii manipulację.

Upierają się, że jesteśmy jakimś lobby. I że po znaku pokoju wyskoczymy z adopcją dzieci, związkami partnerskimi. Nieprawda. My tylko pukamy do ludzkich sumień z przesłaniem: „Szacunek należy się każdemu człowiekowi niezależnie od orientacji”. I pokazujemy osobom nieheteroseksualnym, że nie są osamotnione w Kościele.

Do kogo kierowaliście kampanię?

Zdecydowaliśmy, że odbiorcami będą osoby świeckie. Przecież Kościół to nie tylko papież, księża i biskupi. Tworzą go przede wszystkim wierni. Też mają swój głos. Poza tym nigdy nie zabiegaliśmy o poparcie Episkopatu.

MATERIAŁY PRASOWE

A jak łączysz swoją orientację z wiarą?

Staram się tego nie rozdzielać. Nawróciłem się jako nastolatek. Obrałem dość ekstremalną drogę. Co dzień chodziłem na msze. Należałem do wspólnoty i duszpasterstwa. Brałem udział w pielgrzymkach i rekolekcjach. Z domu nie wyniosłem religijnego wychowania, chciałem to nadgonić. Tylko że w pewnym momencie wiara musiała zderzyć się z moją orientacją. Wtedy nie lubiłem siebie za to, że podobali mi się mężczyźni. Walczyłem z tym. Dlatego postanowiłem być wstrzemięźliwy. Dzięki temu nie grzeszyłem. Dopiero po skończeniu 30 lat zorientowałem się, że taka wiara wcale nie zbliża mnie do Boga. Że postawiła mur między nami.

Czułeś się samotny?

Cholernie. Całą energię koncentrowałem na tym, by zachować czystość. A to wcale mi nie służyło. Gdy pękłem, spytałem Boga: „Co dalej? Wciąż będziesz przy mnie?”. I wtedy stało się jasne: albo zaakceptuję siebie, albo pozostanę samotny. Wybrałem to pierwsze.

Gdyby nie wiara, dalej walczyłbyś ze sobą?

Raczej nie. Własną orientację traktowałem jako coś przejściowego. Kocham ludzi. Łatwo pasjonuję się nimi.

Więc wymyśliłem, że jak spotkam odpowiednią kobietę, to pojawi się pożądanie. I że dzięki temu stracę zainteresowanie mężczyznami. Czekałem, modliłem się o to – i nic. Zero kobiet, zero pożądania.

Co zmieniło się po akceptacji siebie?

Bardziej otworzyłem się na ludzi i Boga. Oczywiście nadal chodziłem do kościoła, ale też zacząłem zakochiwać się w mężczyznach. Część związków kończyłem ze złamanym sercem. Trwały od kilku miesięcy do pół roku. Klasyki. Wtedy miałem poczucie, że katechizm idealnie opisuje moją sytuację. Że ten „obiektywny nieporządek” pasuje do mnie. Byłem wygłodniały miłości. Brakowało mi ciepła, namiętności. I jadłem łapczywie. A po takim najedzeniu z bólem brzucha szedłem do konfesjonału. Oczywiście żałowałem grzechów. Dostawałem rozgrzeszenie. I czułem się doskonale. Bo nie byłem kłopotem dla Kościoła.

Aż spotkałeś obecnego partnera.

Z Konradem jestem od ponad pięciu lat. Obaj wierzymy, chodzimy razem na msze. Czuję, że w ten sposób Bóg puścił do mnie oko. Bo zesłał kogoś tak kochanego. Ale miłość wyrzuciła mnie i partnera na margines wspólnoty.

Dlaczego?

Według katechizmu obaj błądzimy. Rozumiesz, że ktoś mówi ci: „Twoja miłość jest grzechem”? Bo właśnie tak naszą miłość interpretuje Kościół. Choć czuję się z partnerem szczęśliwy, nie mogę przystąpić do komunii. Od pięciu lat nie spowiadam się, bo nie żałuję miłości do drugiego człowieka. Mógłbym znaleźć księdza, który dałby mi rozgrzeszenie. Ale po co? To krętactwo. Podwójne standardy. Kościół powtarza, że małżeństwo prowadzi do świętości. A związek osób homoseksualnych? Przecież pracują nad nim tak samo jak inni ludzie. Jednak ich świętość omija. I to boli. To niezauważanie przez Kościół.

Oczywiście nie twierdzę, że każda para jest wzorem cnót. Ale wystarczy dać jej prawo do dobra. Bo dzisiaj część osób nieheteroseksualnych czuje się w Kościele jak słabszy zawodnik w drużynie katolików. Grzeją ławkę rezerwowych. Nie mogą brać udziału w meczu, przystępować do komunii. Bo grzeszą.

Czym?

Cudzołóstwem. Łamią szóste przykazanie. Uprawiają seks pozamałżeński. Ale jak mają nie grzeszyć, skoro nikt nie udzieli im ślubu? Zresztą nawet jeśli nie sformalizują związku, to przecież są wierni jednemu człowiekowi. Bo Bóg stworzył Dekalog dla każdego. Również dla osób homoseksualnych, rozwodników. Tyle że nie słyszałem, aby na ulicy pobito kogoś z powodu rozwodu. Nikt go za to nie wyzywa, ale mnie czasami tak. Znak pokoju, o który apelujemy, to też znak akceptacji.

Jak reagowali księża, gdy dowiadywali się o twojej orientacji?

Namawiali mnie do akceptacji siebie. Odradzali terapię reparatywną, przez którą miałbym stać się heteroseksualny. Dzięki nim nie czułem się wyproszony z miejsca, które kocham. Niektórzy z nich wiedzą o moim partnerze. Wypytują, jak się czuje, jak jego zdrowie. Przychodzą do nas do domu na obiad.

Niektórych gejów dziwi moje zachowanie. To, że wierzę i mam inną orientację niż większość w Kościele. Dla nich to niepojęte. Dlatego stałem się zbyt liberalny dla konserwatystów i zbyt konserwatywny dla liberałów. Ale są w tym plusy. Potrafię rozmawiać z każdym.

Gdy widzisz na plakacie naszej kampanii dwie dłonie, jedną z różańcem, drugą z tęczową opaską, to obie mogłyby należeć do mnie.

Myślałeś kiedyś o porzuceniu wiary?

Nigdy nie miałem takiej pokusy, bo nie traktuję religii jako przynależności do fajnego klubu. Bez Boga czułbym się jak po amputacji. Dzięki Niemu jestem lepszym człowiekiem dla swojego partnera.

A co powiedzieli wierni z twojego kościoła, gdy dowiedzieli się, że współtworzysz kampanię?

Podchodzili do mnie po mszach, ściskali. Przekazywali znak pokoju. Mówili, że modlą się za sukces akcji. Niektórzy przyjeżdżali specjalnie do mojego kościoła, aby tylko to powiedzieć.

Piszą też do mnie rodzice. Opowiadają, że długo nie akceptowali homoseksualnej orientacji swojego dziecka, ale gdy mnie usłyszeli, to zmienili zdanie. Ostatnio dzwonił ksiądz. Obiecał odprawienie mszy w intencji kampanii. Inny wyznał mi, że kocha mężczyzn. Więc kruszeją serca. Poruszyliśmy kampanią głaz, którego od lat nikt nie potrafił przenieść. Wiem jednak, że straciłbym dobre samopoczucie, gdybym poczytał internetowe komentarze.

„Pan Dobrowolski na początku jeszcze walczył, starał się żyć w czystości, spowiadał się, no ale (.) trafił na grupkę "tolerancyjnych", którzy go poklepali po pleckach, i walczyć przestał. Jeśli tak było, to kto tutaj jest winny? On, bo miał takie skłonności, czy my, bo żeśmy takim ludziom nie powiedzieli prawdy, aby ich nie urazić?”. To z „Gościa Niedzielnego”.

Były gorsze komentarze. Uodporniłem się na nie. Rozumiem, że dla niektórych „Przekażmy sobie znak pokoju” to jak zderzenie ze ścianą. Pierwszy raz słyszą o lesbijkach i gejach, którzy wierzą w tego samego Boga co oni. To wywołuje szok. Ale na tym polega nasza akcja. Ma rozładować emocje. Wyprowadzać trupa z szafy. Godzę się na to, że przy okazji sam poczuję lekki swąd.

Co dalej z kampanią?

Jeszcze nie wiemy. Reagujemy z tygodnia na tydzień. Na pewno wejdziemy w rozmowę z ludźmi. Zastanawiamy się – w jakiej formie. Niedługo kończymy etap billboardów i plakatów. Myśleliśmy, że będą masakrowane. Obrzucane farbą. A tu zaskoczenie. Do tej pory nie słyszałem, aby cokolwiek zostało zniszczone. Więc udał nam się ten znak pokoju.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.