Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 Wywiad po raz piewszy został opublikowany w styczniu 2017 roku.

Na czym polega lojalność w przyjaźni? Czy chodzi o to, że mam stać u boku przyjaciela bez względu na wszystko?

Lojalność jest bezwarunkowa. Można tylko różnie pojmować jej sens. Przyjaciela powinniśmy wspierać nawet wówczas, kiedy nas zawiedzie, gdy zachowa się niegodnie lub nieprzyzwoicie. Wspieranie to nie potakiwanie. Przyjaciel powinien pomóc odzyskać pion, naprowadzić na właściwą ścieżkę. Bez tak pojmowanej lojalności nie ma przyjaźni – może być znajomość, kumplowanie się, wspólnota interesów. Natomiast przyjaźń, relacja piękna i szlachetna, ratująca człowieka przed samotnością, opiera się na zaufaniu, ale także na wzajemnej trosce.

I na braku krytycyzmu? Skoro bliski mi człowiek zachował się w moim odbiorze źle, nieetycznie, to chyba mam prawo dać mu to odczuć?

Przyjaźń obliguje do wspierania. Nikt nie powiedział jednak, że wsparcie musi być milczące. Jak najbardziej ma pani prawo do wyrażenia swojej opinii. To nie ma być pouczanie, tylko życzliwa pomoc w zobaczeniu sprawy z innej perspektywy, niejako z drugiej strony. Jest ustęp w Piśmie Świętym, który moim zdaniem tutaj pasuje. Przytoczę go po swojemu: jeżeli widzisz, że twój bliźni postępuje niewłaściwie, to nie przyczyniaj się do tego, by dalej tak postępował, gdyż tym sposobem w jakimś sensie stajesz się współautorem zła. Od siebie dodam: jeżeli ci na kimś zależy, to nie pozwól, żeby zdradzał lub okłamywał.

Ambitne założenie. A jeśli ten ktoś jest impregnowany na moje uwagi? Mówię przyjacielowi: „Nie powinieneś zdradzać żony”. A on odpowiada: „Nie tobie to oceniać, to moja sprawa. Jesteś moim przyjacielem i masz mnie wspierać, a nie punktować moje błędy”.

„To powiedz o tym żonie. Weź to na klatę, bądź odpowiedzialny” – powinna pani doradzić.

Zygmunt Bauman mówi o ludziach małej wiary, płytkich, niezdolnych do popatrzenia na swoje związki, na miłość czy przyjaźń jako na coś, co będzie trwało do końca życia. Nie warto iść tą drogą, tkwić w tymczasowych relacjach. Ale żeby coś było do końca życia, trzeba temu poświęcić uwagę, włożyć w to sporo wysiłku. W miłości do głosu dochodzą różne pragnienia, na przykład potrzeba zaspokojenia siebie. W przyjaźni tego nie ma. Jedyne, co się w niej zaspokaja, to tęsknotę za porozumieniem, poczuciem więzi. Przyjaźń to złagodzenie niedostatku związanego z egzystencjalną samotnością człowieka. Czy zauważyła pani, że od słowa „przyjaźń” nie ma zdrobnienia?

Nie myślałam o tym nigdy.

Nawet od słowa „miłość” jest – „miłostka” – a od słowa „przyjaźń” nie ma. Kiedy pani do mnie zadzwoniła i zaproponowała porozmawianie o przyjaźni, od razu zaczęłam szukać w języku. Jestem z zamiłowania lingwistką. Znajduję w słowach ukryty sens, ich nieoczywistą treść.

Nieprzypadkowo nie ma zdrobnienia od „przyjaźni”. Chyba znaczy to, że nie ma przyjaźni małej i wielkiej, chwilowej czy dozgonnej. Albo jest przyjaźń, albo jej nie ma.

Oczywiście próbujemy to czasem kwestionować. Możemy powiedzieć: „Ach, miałam przyjaciela, ale mnie zawiódł”. Jeśli nie chcemy doznać w przyjaźni zawodu, powinniśmy stać przy drugiej osobie, zrobić wszystko, żeby podtrzymywać łączącą nas więź.

Pani zawsze wierzy przyjacielowi?

Zawsze staram się go wysłuchać.

Jeśli on chce mówić.

Będzie chciał, skoro jest moim przyjacielem. Wyjaśnię to na przykładzie sytuacji, którą pani nakreśliła. Tej, w której pani mówi znajomemu, żeby przestał zdradzać żonę. Celowo użyłam tutaj określenia „znajomy”. Bo co oznacza takie zachowanie? Interpretuję je tak, że pani chciałaby, żeby ten człowiek był pani przyjacielem, ale pani jego przyjaciółką wcale nie jest. Bo on pośrednio mówi: „Zostaw mnie, ty mnie nie znasz”. Nie próbuje wyjaśnić pani swoich motywów, nie daje się pani poznać. Odrzuca panią. Tak nie zachowuje się przyjaciel.

To wyobraźmy sobie nieco inną sytuację. Mamy dwie zaprzyjaźnione heteroseksualne pary. W jednej z nich mężczyzna zdradza kobietę. Drugi mężczyzna odkrywa prawdę. Zdradzający przyjaciel oczekuje od niego, że nie wyjawi tego ani swojej, ani tym bardziej jego partnerce, że będzie podtrzymywał kłamstwo.

Musiałby przekonać przyjaciela, że jest to dobre dla wszystkich. Dobre nie znaczy wygodne.

Jak to?

Powiedzmy, że osoba, z którą nawiązał romans, jest umierająca, cierpi na ciężkie schorzenie, i jedynym dla niej ratunkiem jest ta namiętność, którą dostaje na pożegnanie.

To mają być okoliczności łagodzące?

Nawet nie, to jest pewna zmiana spojrzenia. Można wtedy rozpatrywać działania przyjaciela w kategoriach dylematów, jakichś moralnych konfliktów. Natomiast jeśli jego zdrada wynika wyłącznie z chęci sprawienia sobie przyjemności, to nie warto go usprawiedliwiać. „Tylko nic jej nie mów, bo jej będzie przykro. Chcę przy niej być, ale z tą drugą też mi jest przyjemnie” – mówi zdradzający. Przepraszam bardzo, ale wtedy zostaje się wspólnikiem w zdradzie. A przyjaźń, owszem, polega na tym, że stoi się u boku przyjaciela, jednak w roli sojusznika. Między słowami „wspólnik” a „sojusznik” jest różnica. Słyszy pani, że jedno ma pejoratywny wydźwięk, a drugie pozytywny? Gangster ma wspólnika, który bierze udział w czymś niegodziwym, przestępczym.

A mnie się wydaje, że często mylimy lojalność z przytakiwaniem. Ludzie oczekują, że przyjaciele będą się z nimi w pełni zgadzać. A jeśli mają inny punkt widzenia, jest to uznawane za przejaw nielojalności.

Któż o tym lepiej wie ode mnie – w swojej specjalności zajmuję się uzależnieniami. W przypadku alkoholizmu czy narkomanii, czy kompulsywnego hazardu, czy wreszcie seksoholizmu konsekwencje zachowania, które pani opisuje, będą szczególnie dotkliwe.

Wyobraźmy sobie, że mam w pracy koleżankę, która ma problem z alkoholem. Wyobraźmy sobie, że widzę, jak ta kobieta regularnie popija w biurze, a potem zajada to miętowymi cukierkami. Nie reaguję, nie chcę robić jej przykrości. Albo interweniuję, a ona mnie zbywa, mówi, że mi się wydawało, że przesadzam. Milczę, przyjmuję jej tłumaczenia. Potem ona, nietrzeźwa, wsiada za kółko, wraca z pracy samochodem do domu i powoduje wypadek. To w jakiej roli ja występuję? Ktoś może powiedzieć, że przerysowuję.

Zgoda, ale ten przykład doskonale obrazuje, że milczenie dla świętego spokoju nie jest dobre. Takie milczenie nie jest przejawem lojalności. Relacja oparta na milczącej zgodzie na każde zachowanie nie zasługuje na miano przyjaźni.

Czyli czasem jedynym możliwym gestem jest odwrócenie się od bliskiej osoby? Niech to będzie ten przykład z pijącą przyjaciółką. Załóżmy, że powiedziałam jej, że ma problem z alkoholem, ale ona nie przyjmuje tego do wiadomości. Nadchodzi w końcu taki moment, kiedy muszę jej powiedzieć: „Słuchaj. Nie pomogę ci, nie będę przy tobie”.

Może tak być, ale może też pani powiedzieć: „Rozumiem cię, ludzie, którzy mierzą się z tym problemem, tak mają, że nie są w stanie tego dostrzec. Ale wiesz co, jak zobaczę następnym razem, że jesteś po drinku i chcesz wsiąść do samochodu, to zawiadomię policję. Nie chcę, żeby ci się coś stało. Właśnie dlatego, że się z tobą przyjaźnię, nie dopuszczę do tego, żebyś coś takiego zrobiła”. Jeżeli pani na tym kimś zależy, tak pani postąpi. Szczególnie jeśli można przewidzieć, że następnym razem pani przyjaciółka będzie po czterech szklankach wina, przepali jej się żarówka, ona wlezie pod sufit tę żarówkę wymienić, spadnie i złamie sobie nogę. Taki przykład znam osobiście.

Unikamy mówienia przyjaciołom przykrych dla nich rzeczy, nie chcemy występować przeciwko nim. To dlatego, że boimy się agresji z ich strony?

Nie, boimy się, że przestaną nas lubić, że nas odtrącą. Lepsza wydaje się namiastka przyjaźni niż konfrontacja czy wycofanie przez drugiego człowieka tego daru, jakim jest przyjaźń. To z tego bierze się nasz brak odwagi, to dlatego na przykład pożyczamy pieniądze, mimo że połowa ludzi nam ich potem nie oddaje.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Traumy przodków: Lepiej dziedziczyć blizny niż rany

Ilekroć wyjeżdżałam do Ameryki, przywoziłam z niej całą masę książkowych nowości. Wpadał do mnie kolega i coś sobie zawsze z nich wybierał. Raz wziął cały stosik. I nigdy mi ich nie oddał. Od tamtej pory świeżo kupionych książek w ogóle nie udostępniam. Dopiero jak przeczytam, to mogę, ale nie każdemu. Dostałam właśnie ciekawą książkę i od razu przekazałam ją zaufanej przyjaciółce. „Słuchaj, nawet tego nie będę czytać, daję ci ją, masz na to rok, ale po roku mi oddaj” – powiedziałam. Wiem, na kim mogę polegać.

A jak się takie zaufanie buduje? Poddajemy ludzi testom, wystawiamy ich na kolejne próby, żeby przekonać się, że możemy na nich liczyć?

Testom zaczynamy poddawać dopiero wtedy, kiedy się już raz zawiedziemy. Żadne dziecko tego przecież nie robi. Są więc one śladem po minionych zawodach, których doznaliśmy. Mają nas zabezpieczyć przed kolejnym rozczarowaniem. W kwestii zaufania dużą rolę odgrywa coś, co potocznie nazywamy chemią. Ktoś od razu wydaje nam się bliski. Czujemy, że nie musimy mu niczego tłumaczyć. Niektórzy ludzie mają wrodzony dar pozwalający prędko zjednywać sobie innych.

Dar czy raczej jakiś zestaw wypracowanych umiejętności? Bo są ludzie, którzy mają opracowany zbiór socjotechnicznych sztuczek: patrzą prosto w oczy, mają specjalną mimikę, sposób gestykulowania. Żadna metafizyka.

Ma pani na myśli neurolingwistyczne programowanie? Różne zabiegi, które stosuje się w marketingu, reklamie, czasami w coachingu? Tak, częściowo można się tego wyuczyć. Ale proszę mi wierzyć, są ludzie, którzy mają to już we krwi. I to naturalne przyciąganie zawsze bardziej procentuje niż jakiekolwiek próby świadomej manipulacji.

A może po prostu ci, którzy potrafią łatwo zdobyć sympatię otoczenia, słuchają innych? To rzadkie w dzisiejszych czasach.

Też, ale nie tylko. Czasami to jest zresztą podejrzane, na zasadzie: czemu on się tak wsłuchuje w to, co mówię, czemu tak mało mówi sam o sobie? Co przede mną ukrywa?

To może chodzi o wzajemność? Ty się odsłaniasz, więc i ja się odsłonię – tak to działa?

Bardzo często, doskonale to widać w grupach terapeutycznych. Przez lata w każdy czwartek prowadziłam spotkania otwarte w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Dyrekcja udostępniała mi wtedy salę konferencyjną, bo czasami przychodziły tłumy. Ludzie przyjeżdżali z innych miast. Ktoś do mnie dzwonił, deklarował, że chciałby przyjść. „To zapraszam w czwartek o 17 na spotkanie w Instytucie” – mówiłam. „Nie, nie, wie pani, ja bym chciała tylko z panią” – słyszałam w odpowiedzi. „Dobrze, najpierw proszę przyjść na wspólne spotkanie, a potem zdecydujemy”. Nierzadko bywało tak, że po zakończeniu spotkania podchodziła do mnie jakaś osoba i mówiła: „Proszę pani, to właśnie ja do pani dzwoniłam. Czy nie ma pani nic przeciwko temu, że będę tu dalej przychodzić?”.

Często początkowa faza zaprzyjaźniania się polega na tym, że odsłaniamy przed sobą swoje tajemnice. Zaczynamy się wymieniać opowieściami ze swojego życia.

No tak, i to jest ten piękny etap, kiedy jesteśmy sobą szczerze zainteresowani. Do tego stopnia, że jeśli natkniemy się na jakiś element, który nam nie pasuje do reszty, do wizerunku przyjaciela, który stworzyliśmy sobie w głowie – wymazujemy go. Niejako unieważniamy. Ta faza przyjaźni to absolutna akceptacja.

Ale ten etap się kiedyś kończy.

W naturalny sposób, gdy coraz lepiej się poznajemy, coraz więcej o sobie wiemy, nie potrzebujemy już wyznań z przeszłości. Stopniowo wzajemna akceptacja przenosi się na sprawy spajające tę przyjaźń w teraźniejszości. Mówiła pani wcześniej o testowaniu przyjaźni. Lojalności nie trzeba testować, ona sama ulega weryfikacji.

Brak lojalności trudno wybaczyć. Jeśli ktoś ją narusza, to w pewien sposób unieważnia istnienie przyjacielskiej relacji.

Zdradzić przyjaciela to nie mieć honoru?

Honoru bym do tego nie mieszała, po prostu oznacza to, że to nie była przyjaźń. Gdy przyjaciółka zdradzi, to nie jest – nie była – pani przyjaciółką. Podobnie jest z prawdomównym, który skłamie – staje się kłamcą, przestał więc być prawdomówny. Choć mogliśmy myśleć, że jest.

A może był, tylko popełnił błąd?

Może. Wtedy go powinien jakoś naprawić. Po to, aby odrodzić przyjaźń. Między ludźmi zawsze jest miejsce na jakieś gafy, pomyłki, błędy, ale jest jeszcze coś takiego jak skrucha, zadośćuczynienie. Wszystko zależy od tego, co się zrobi, gdy ktoś postąpi nielojalnie.

Przyjaźń nie polega na tym, że ty jesteś ideałem albo ja. To przyjaźń jest ideałem, sama przyjaźń, a nie ludzie, którzy ją tworzą. No i ci ludzie muszą temu sprostać.

Mam koleżankę, która jest dziennikarką, wiele razy blisko współpracowałyśmy. I ona dosłownie kilka dni temu zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Już nie mogę dłużej tego trzymać w sobie, muszę ci powiedzieć. Jestem alkoholiczką”. Słyszałam to zdanie mnóstwo razy, więc mnie to wyznanie – prawdę mówiąc – z nóg nie ścięło. Odparłam: „Dobrze, że dzwonisz. Czy coś złego się dzieje? Chcesz o tym porozmawiać?”. „Nie, już od 11 lat w ogóle nie piję. Nie chciałam tego dłużej przed tobą ukrywać” – wyjaśniła.

Wytłumaczyła, dlaczego nie powiedziała pani o tym wcześniej?

Zapewne się wstydziła. Najpierw bała się o tym powiedzieć, a potem nie potrafiła się z tego wyplątać. Wiele razy rozmawiałyśmy o alkoholizmie, ona opowiadała o różnych ludziach, ale nigdy o sobie.

A pani mi dzisiaj wszystko opowiedziała o sobie? Na przykład o pierwszej miesiączce? Albo o hemoroidach?

Oczywiście, że nie. Ale gdybyśmy się spotykały wiele razy, to pewnie bym się przed panią odsłoniła. Może nie w sprawach fizjologii, ale w kwestiach emocjonalnych czy światopoglądowych. Szczególnie jeśli rozmawiałybyśmy o czymś, co dotyka mnie osobiście.

Nawet w dość zażyłej przyjaźni zachowuje się pewną sferę prywatności. Tej dziennikarce powiedziałam w końcu: „Przecież to w żaden sposób ciebie nie określa”. Różnica między alkoholiczką a niealkoholiczką jest jedna – alkoholiczka nie może pić bezpiecznie, bo to się może dla niej źle skończyć, a niealkoholiczka może, ponieważ potrafi kontrolować swoje picie.

To, że pani znajoma ukrywała alkoholizm, nie było przejawem nielojalności z jej strony. A wyobraźmy sobie, że jedna osoba drugą obgadała, działała na jej szkodę w pracy, zawiodła jej zaufanie. Czy po czymś takim da się odbudować relację?

To zależy, co się potem stanie. Jeżeli się w tym miejscu zatrzymamy, jeżeli człowiek, który wyrządził drugiemu krzywdę, umyje od tego ręce, będzie zaprzeczać, że doszło do szkody, to większych szans na odnowę przyjaźni nie widzę. Obie strony okopią się na swoich pozycjach i dalszy dialog między nimi nie będzie możliwy.

Niech pani sobie wyobrazi piękny pałac. Wybijamy szybę, nadal jest to obiekt wspaniałej architektury, tylko ma skazę, którą trzeba naprawić. Bo jak nie, to się będzie woda lała, zaleje parkiety, zniszczy je i po pewnym czasie będzie pani miała ruinę, a nie pałac.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Wrogie milczenie to silna toksyna

Powiedziałabym nawet, że dziwne by było, gdyby w przyjaźni nie dochodziło do naruszenia wzajemnych oczekiwań. Trzeba tylko we właściwym momencie naprawić szkody i na nowo zadbać o przyjaźń. Tu właśnie jest miejsce na rozmowę. „Dlaczego do mnie nie dzwonisz? Dlaczego nie powiedziałaś, że jesteś w potrzebie? Przecież ja bym ci pomogła”. „No dobra, następnym razem będę. Wiesz, nie chciałam zawracać ci głowy, słyszałam, że sama masz problemy”.

Obie strony – i ta, która nadużyła zaufania, i „ofiara” – muszą się chcieć dogadać. Jak taka rozmowa ma wyglądać?

Porozumienie opiera się na wyjaśnieniach, obustronnych. Jak doszło do sprzeniewierzenia się przyjaźni, co wyrządziło to pokrzywdzonej osobie, ale także: jak się czuje winowajca? Co ma zamiar zrobić, aby odzyskać przyjaźń? Czy strona poszkodowana chce jeszcze tej przyjaźni, która okazała się zawodna?

A nie zachodzi niebezpieczeństwo, że skrzywdzona strona będzie swoją krzywdę wykorzystywać? Szantażować przyjaciela, któremu raz zdarzyło się popełnić błąd?

Niewybaczone urazy lub rozczarowania mogą długo powracać w formie domagania się wyrównania doznanych strat czy przykrości. To oczywiście psuje klimat przyjaźni. Może się ona nawet przerodzić w patologiczny związek kata i ofiary. To też bywa silna więź, ale ma ona charakter rozrachunkowy i mściwy, a nie szczerze przyjacielski.

Nie zawsze ten, kto krzywdzi, robi to świadomie. Może być tak, że zawiodę swojego przyjaciela, bo nie wiem, czego ode mnie oczekuje.

Nie wyobrażam sobie, żeby bliscy przyjaciele nie znali swoich oczekiwań. Przyjaźń polega na szczerości. Powtórzę jeszcze raz: nie możesz być przyjacielem kogoś, kto nie jest twoim przyjacielem. Podstawą przyjaźni jest wzajemność.

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z różnych rzeczy. Mogę się z kimś przyjaźnić i na przykład przerzucać na niego swoje tęsknoty za ojcem, oczekiwać, że ten przyjaciel wejdzie w rolę opiekuna.

Role, które przypisujemy naszym bliskim, to wytwór naszych głębokich potrzeb, niekiedy nieuświadamianych. W dodatku i one ulegają weryfikacji – szybko wychodzi na jaw, czy „obsada”, którą skompletowaliśmy, „działa”. Niektórzy przyjaciele, jeśli tylko zorientują się, że zostali przypisani do konkretnych funkcji, będą się z tego układu wyłamywać. Inni przestaną pasować do naszych wyobrażeń.

Ale doskonale rozumiem, o co pani pyta.

W przyjaźni występuje coś na kształt specjalizacji. Moje relacje z przyjaciółkami mogą być rozmaite, ale jakiekolwiek by miały odcienie, polegają na tym, że jesteśmy dla siebie wzajemnie ważne. A skoro ktoś jest ważny, nie pozwolę na to, żeby tej osobie stało się coś złego.

A jeżeli przypadkiem bądź nie przypadkiem głupio postąpię i narażę tę osobę na przykrość, to postaram się postąpić jak przyjaciel, czyli wziąć na siebie odpowiedzialność. I czasami bywa tak, że pukasz do drzwi, ale słyszysz: „Nie chcę cię znać po tym, co zrobiłaś”.

I wtedy trzeba to przyjąć?

A co masz zrobić? Odchodzisz. W religii żydowskiej jest o tym mądra przypowieść. Przychodzi winowajca do tego, kogo skrzywdził, i prosi: „Przebacz mi”. Skrzywdzony zamyka mu drzwi przed nosem. Winowajca po pewnym czasie czuje jeszcze większy żal. Puka znów do drzwi „ofiary”, ale ona nie potrafi się przemóc. Po pewnym czasie skruszony człowiek po raz trzeci próbuje się pojednać. Jeśli znów drzwi zostaną przed nim zamknięte, wina przechodzi ze sprawcy na skrzywdzonego. Niemożność wybaczenia komuś, kto siebie składa w ofierze i żałuje, jest grzechem zatwardziałości. Nikt nie mówi, że po wielkiej krzywdzie trzeba się przyjaźnić. Można przecież powiedzieć: „No dobrze, nie spotykajmy się, ale spokojnie żyj, bez wyrzutów sumienia”.

A może ta zatwardziałość, jak ją pani nazywa, wynika z lęku, że gdy ktoś nas raz zdradził, to będzie zdradzać dalej?

Przeważnie tak, dlatego że jeżeli ta zdrada się komuś upiecze, to każdy człowiek – jak małe dziecko – uczy się, że pozostaje bezkarny. Niektórzy ludzie są od zdrady wręcz uzależnieni. I nie mam tutaj na myśli seksualnej zdrady, tylko małe codzienne oszustwa, sprzeniewierzenia, nielojalności, zawiedzenie czyjejś ufności. Kłamczuchostwo obsesyjne czy kompulsywne występuje w podręcznikach psychiatrii.

To może nie ma sensu wchodzić w bliskie związki z kimś, komu nie można zaufać?

Znów przychodzi mi na myśl historia z mojego życia. Po studiach miałam przyjaciela, który w wielu kwestiach nie zachowywał się fair. Mimo to mam do niego sentyment. Dlaczego? Bo komplementował moje nogi. Nigdy nie byliśmy parą.

Niech się pani nie śmieje! Kiedy miałam dwadzieścia parę lat, byłam na punkcie nóg przeczulona. Panowała wtedy moda na mini, rozumie pani? Ten przyjaciel powtarzał przy każdej okazji: „Masz takie seksowne nogi!”. Dzięki niemu pozbyłam się kompleksu. Kupił mnie na zawsze.

Widzę, że pani zrobiła unik. To zapytam inaczej: czy możemy zaufać bezgranicznie drugiemu człowiekowi, skoro do końca nie możemy ufać nawet samym sobie?

Gdybyśmy w ten sposób myśleli, to życie nie miałoby sensu. Ktoś zawiódł moje zaufanie i mnie to boli. Czy to znaczy, że cały świat jest zły? Nie.

Zdarza się, że uogólniamy: bliski mnie zawiódł, więc innym już też nie będę ufać.

Gdy zawiódł cię blondyn w okularach, nie znaczy, że blondyni w okularach są niegodni zaufania. Po prostu ów pan okazał się niegodny. A i to nie zawsze. To piękne, że nie ma takiej sytuacji między ludźmi, której nie dałoby się rozwikłać, jeśli opiera się na przyjaźni. W ogóle przyjaźń z definicji jest warsztatem, w którym rozmaite sprawy – własne i cudze – reguluje się, ulepsza, żeby dobrze działały. Żeby zamiast „ja” i „ty” było „my”.

MATERIAŁY PRASOWE

Ewa Woydyłło – psycholog, terapeutka uzależnień, pisarka. Ostatnio w Wydawnictwie Literackim ukazała się jej książka „Ludzie, ludzie. Jacy jesteśmy?”

<<Reklama>> Książki Ewy Woydyłło dostępne są w formie e-booków w Publio.pl >>

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.