Miała dziewięć lat, kiedy straciła ojca. Ojca, który dla świata był niemal bogiem i który córkę uwielbiał i spełniał jej zachcianki dokładnie tak, jak robią to zakochani w swoich córeczkach królowie w bajkach. Kiedyś powiedziała, że nigdy nie widziała śniegu, a on natychmiast poleciał z nią do Idaho, by jej go pokazać.   

Nigdy nie lubiła mówić o jego śmierci. Odejście Elvisa Presleya dla świata było końcem panowania króla rock’n’rolla, popkulturową sensacją, dla niej na zawsze zostało traumą. Jakimś zbiegiem okoliczności nie spała o czwartej rano, gdy do pokoju wszedł ojciec i pocałował ją jak zawsze na dobranoc. Następnym wspomnieniem Lisy po nocnym całusie w policzek było to, jak ojciec leżał obok toalety z twarzą w dywanie, a jego dziewczyna Ginger Alden próbowała go ocucić. Mała pobiegła zadzwonić do jego poprzedniej partnerki: "Tatuś nie żyje! Udusił się na dywanie!". Ciało boga rock’n’rolla było w domu jeszcze przez trzy dni.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.