Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czy lubi pani czas?

Katarzyna Dowbor: On nas zmienia i tego się obawiamy. Niepotrzebnie. Przecież ta zmiana może stać się naszym atutem. Szkoda, że tak o tym nie myślimy. Miałam przyjaciółkę. Bardzo często powtarzała: „Nie chcę się zestarzeć". Zmarła. To jest jedyny sposób, żeby zatrzymać upływ czasu. Inaczej on bardzo sprawiedliwie dosięgnie każdego, bez względu na jego zasobność, urodę, poglądy. Uważam, że trzeba się cieszyć czasem, który się ma. To, że tak nam ucieka, to jest ogromna wartość. Daje doświadczenie, kształtuje.

Co dał pani?

Z wiekiem robię cię coraz łagodniejsza. Spokojniejsza. Dużo bardziej jestem pogodzona ze sobą. Jestem wyrozumiała dla siebie. I dla innych też.

Dlaczego tak nam trudno ten upływ czasu zaakceptować?

Duża w tym wina mediów, nie oszukujmy się. Kładą nacisk na to, aby pięknie wyglądać. Ta presja jest ogromna. Zadzwoniła do mnie kiedyś dziennikarka i spytała, co sądzę o zdjęciu, które Sharon Stone zamieściła w mediach społecznościowych. „Widzi pani, jak ona fantastycznie wygląda w tym wieku" – mówi dziennikarka. A Sharon Stone to moja rówieśnica. Na zdjęciu jest w obcisłej skórze, młoda, dzika, zgrabna. Wygląda świetnie. Ale jak to skomentować? Bo to, że ona tak rewelacyjnie wygląda po sześćdziesiątce, budzi mój szacunek. I podziw, że udało jej się tę młodość i urodę zatrzymać. Ale takich kobiet jest na świecie pół procent.

Dlaczego reklamujemy szczuplusieńkie i gładkie, a nie pokazujemy albo pokazujemy rzadko, jak wyglądają zwykłe panie po pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce?

Wtedy też można być piękną – dojrzałym pięknem. Wartościową. Spełnioną. A my wciąż lansujemy model Barbie. I tu jest, moim zdaniem, ogromny błąd mediów.

Katarzyna Dowbor: Zmiany są nieuchronne

Wiele osób już przeciw temu cukierkowemu obrazowi rzeczywistości protestuje, w mediach społecznościowych sporo jest na przykład zdjęć bez makijażu.

Ale takie zdjęcia wzbudzają dyskusję. Pamiętam, jak pojawiły się głosy, że media społecznościowe zalewa fala brzydoty. Bo w porównaniu ze zdjęciami wyczyszczonymi albo upozowanymi i z pełnym makijażem te naturalne wyglądają blado. Gdy mam sesje, zawsze proszę, żeby fotoedytorzy nie przesadzali z czyszczeniem zdjęć. Żeby była na nich prawda.

Jaka jest prawda?

Że pewne zmiany są nieuchronne. Inaczej wyglądałam, gdy miałam 30 lat. Z czasem trudniej na przykład utrzymać figurę. Ale wiem też, że każdy etap życia trzeba pokochać. Ten także kocham.

Nie każda z nas tak czuje.

Z mojego punktu widzenia sprawę ułatwia fakt, że zmiany są powolne.

To nie tak, że rano człowiek budzi się piękny, a po zachodzie słońca robi się z niego pani Shrekowa. Starzejemy się powoli.

Jest czas, by się przyzwyczaić do zmieniających się gabarytów, przyrastających kilogramów, do tego, że ciało robi się mniej sprężyste, mniej młode. U mnie też nie było tak, że każdą zmianę od początku akceptowałam i witałam z entuzjazmem. Nie wszystko mi się podobało. Ta akceptacja, pogodzenie się ze sobą i zaakceptowanie się w skórze Fiony zabrało mi trochę czasu. Nie ma sensu zamartwiać się tym, na co nie ma się wpływu.

Katarzyna Dowbor z ukochanymi zwierzętamiKatarzyna Dowbor z ukochanymi zwierzętami Fot. Celestyna Król

Wiele z nas nie jest w stanie bez drżenia mówić o starzeniu się.

A słowo „menopauza" nie chce nam przejść przez usta. Zupełnie nie rozumiem dlaczego. Wstyd to kraść, a menopauza czeka każdą z nas, która dożyje stosownego wieku. Proszę zwrócić uwagę, że gdy menopauza się zjawia, zaskakuje nas i złości. Bo skóra gorzej wygląda, pojawiają się nieprzyjemne dolegliwości, takie jak zdenerwowanie czy uderzenia gorąca. To tak bardzo wpływa na nasze życie i samopoczucie, a udajemy, że tego okresu w życiu nie ma. Zupełnie jakbyśmy się wstydziły. A to przecież najnaturalniejsza rzecz na świecie.

Katarzyna Dowbor: Miałam mądrych rodziców

Zawsze taka dla pani była?

Miałam mądrych rodziców. Tata był biologiem. Nie robili tabu z seksualności i kwestii związanych z ciałem. W moim domu mówiło się o miesiączce, o seksie, a menopauza nie była nigdy ani trudnym słowem, ani trudnym zagadnieniem. Ze swoimi dziećmi też otwarcie rozmawiam o cielesności. Przypominam, że z wykształcenia jestem pedagożką seksuolożką. Wiele kobiet tak ciężko przechodzi menopauzę, że załamuje się psychicznie. Miewają przekonanie, że oto skończyła się młodość i życie się kończy. A przecież po menopauzie jestem taką samą kobietą, jaką byłam. Ciało jest starsze, może słabsze, ale wciąż mogę być atrakcyjna, mogę prowadzić udane życie seksualne. Mogę pracować i odnosić sukcesy. Uważam, że każdy wiek ma swoje dobre strony. Przeraża mnie szaleńcze dążenie do wiecznej młodości, a tak się często dzieje. Przecież odmładzanie się na siłę jest bez sensu. Jestem za tym, żeby dbać o siebie, używać dostosowanych do wieku kosmetyków, korzystać z nowinek kosmetycznych, a nawet z medycyny estetycznej. Ona przecież po to jest. Ale nie mylmy zachowania dobrego wyglądu z cofaniem czasu. Trzeba się pogodzić z jego upływem. Inne byłyśmy, gdy miałyśmy 20 lat, a inne jesteśmy, gdy mamy 60.

Gdyby to było takie łatwe!

Coś w tym jest, że nie godzimy się z niczym, co dostajemy. Chcemy więcej, co innego albo kiedy indziej. To trochę jak z gonieniem króliczka. Poznałam parę aktorek, które zrobiły sobie biusty, twarze, naciągania. I nagle się okazywało, że to problem. Bo 50-latki zrobiły się na 30-latki. I przestawały grać. Wyglądały za młodo, aby grać dojrzałe kobiety, a do ról młodych zatrudniano młode, a nie te zrobione. I okazywało się, że to, co miało być finałem, dogonieniem króliczka, było największą tragedią. I co dalej? Pozostawało tylko się zestarzeć.

A jeśli ktoś budował swoje poczucie wartości na własnej urodzie?

To nieciekawie. Miałam koleżanki – prezenterki, spikerki – które bazowały przez lata właśnie na urodzie, na swoim wyglądzie. Gdy z wiekiem zaczynały tę urodę – w swoim przekonaniu – tracić, wpadały w panikę. Kompletnie sobie nie radziły. Była tragedia, płacz, naprawianie rękami chirurgów plastycznych tego, co zepsuł czas. Gdy kończyły się pieniądze, to szło się do kogoś, kto nie był lepszy, ale był tańszy. Obserwowałam, jak się dziewczyny szarpały. I ta szarpanina kończyła się czasem nieakceptowaniem siebie, depresją. Ja miałam dużo szczęścia, bo wygląd nigdy nie był dla mnie priorytetem. Franciszkowi Starowieyskiemu powiedziałam kiedyś: „Franiu, ja mam urodę dla konesera", a on na to: „A czy interesuje cię, co inni myślą o twoim wyglądzie?".

Interesuje?

No właśnie dość szybko zdałam sobie sprawę, że nie. Nie poczułam się też za bardzo zdziwiona czy zaskoczona, gdy okazało się, że się zmieniam.

Gdy człowiek jest znany, to chyba trudno się zmieniać, bo każda zmiana może być szeroko komentowana.

Czasem nawet trudno wyjść w dresie, a co dopiero utyć albo się zestarzeć. W dresie chodzę bardzo często. W domu na mojej ukochanej wsi mam konie, które sama karmię, gdy tylko nie jestem w trasie, chodzę im kupić marchewkę. Mam bardzo fajnych sąsiadów, nikogo nie dziwi mój luźny strój czy brak makijażu. Ale wiem dobrze, jak to jest, gdy świat komentuje twój wygląd. Przez wiele lat nie miałam żadnych problemów z figurą. Rozmiar 38. A po 55. roku życia dopadły mnie problemy z tarczycą. Pamiętam przykrą sytuację z tamtego okresu. Zdiagnozowano u mnie chorobę Gravesa-Basedowa. Dostawałam sterydy. Bardzo przytyłam. Przez pół roku przyjmowałam wlewy w szpitalu i zrobiłam sobie przerwę w pracy, żeby zająć się swoim zdrowiem. Ale zrobiłam wyjątek, bo poproszono mnie, abym poprowadziła aukcję charytatywnego kalendarza na rzecz dzieci. Oczywiście za darmo. „Pani Kasiu, pani to zrobi najlepiej. To dla dzieciaków" – prosili mnie organizatorzy. No i się zgodziłam. Wszyscy wiedzą, że dzieci uwielbiam. Przyjeżdżam na miejsce, a tam pięciu fotoreporterów. Podchodzę, witam się z nimi i mówię: „Panowie, mam taki trudny czas, choruję, nie wyglądam dobrze". Poprosiłam, żeby nie robili mi zdjęć. Pokiwali głowami. Trzech odłożyło aparaty. Dwóch tak kombinowało, że zdjęcia zrobili.

Katarzyna Dowbor uwielbia konieKatarzyna Dowbor uwielbia konie Fot. Katarzyna Chrzanowska-Kozioł

Co było dalej?

Komentarze: „Jak się ta Dowbor roztyła", „Jak ona wygląda!", „W ogóle o siebie nie dba". Wie pani, czym się bardziej przejęłam niż tymi komentarzami? Tym, że mimo serdecznej prośby tamci dwaj panowie postanowili zdjęcia zrobić. Wierzę w ludzi, wierzyłam, że można porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Jestem miła dla paparazzi, nie gwiazdorzę. W ogóle raczej jestem dla ludzi miła. Nie wiem, ile ci panowie dostali, żeby sprzedać miłego człowieka. A na tamtej aukcji było tyle sławnych osób, którym można było zrobić zdjęcie. Wciąż we mnie tamta sytuacja siedzi. Ten mój większy rozmiar to już na szczęście przeszłość. Do młodzieńczej figury nie wrócę, ale jest całkiem nieźle. A tamte zdjęcia wciąż krążą po świecie i ludzie komentują. Do tego, że zawiedli ludzie, z którymi serdecznie rozmawiałam, nie mam luzu. Ale do komentarzy już tak. Jestem dziennikarką, wiem, że mogę pracować z obu stron kamery, gdyby mnie już ludzie nie chcieli oglądać.

Katarzyna Dowbor: Nie onieśmielam ludzi

Ale chcą, i to jak bardzo!

Absolutnie doceniam to i szanuję, że mogę robić program, który ludzie oglądają.

Ile to już lat oglądamy „Nasz nowy dom"? Ile rodzin pani odwiedziła?

Przez osiem lat pomogliśmy ponad 250 rodzinom. Wcześniej nie miałam pojęcia, że ludzie żyją w tak złych warunkach – bez wody, bez toalety, w skrajnej ciasnocie, z grzybem na ścianach. W tym, co państwo oglądacie na ekranie, nie ma przesady. Gdy przyjeżdżam, bohaterowie nie udają zaskoczenia. Oni naprawdę nie wiedzą, kto jest za drzwiami. A ekipa nie udaje, że na remont ma pięć dni. Naprawdę tyle ma. Pięć dni, żeby zmienić życie rodziny. Bo to życie zmienia się – jak czasem mówią bohaterowie – w bajkę. Doskonale to rozumiem. Dla mnie dom to ukochane miejsce, do którego uwielbiam wracać, gdzie kocham przebywać i czuję się bezpiecznie. Proszę sobie wyobrazić, że dom to jest miejsce, w którym jest zimno, niebezpiecznie, nieprzyjemnie. I później zmienia się w przytulne, funkcjonalne i ładne. Rodzina wraca z wakacji i z beznadziei wpada w nową rzeczywistość. Mamy kontakt z bohaterami, a oni powtarzają, że gdy poczuli wsparcie, gdy ktoś o nich zadbał, wróciła im ochota do działania, uwierzyli, że mogą wiele osiągnąć. Pamiętam, jak kiedyś zrobiliśmy remont u pana Zbyszka, wdowca z trójką dzieci. W trakcie programu mówił, że chciałby zrobić prawo jazdy, i dostał od programu bon na kurs. Po jakimś czasie kręciliśmy inny odcinek w pobliżu jego miejsca zamieszkania. Przyjechał na plan samochodem. Chciał się pochwalić, bo bardzo był z siebie dumny.

Kojarzy się pani ze spełnianiem marzeń.

I nie jestem panią Katarzyną z telewizji, która ludzi onieśmiela. Jestem panią Kasią, z którą chcą porozmawiać. „Mogę tak do pani mówić?" – pytają. Ten program to marzenie dziennikarza. Uczono mnie, że dziennikarstwo to jest misja. Że nie chodzi o to, żeby grać na siebie i z siebie robić gwiazdę. Mnie uczono takiego dziennikarstwa, które ma zrobić coś dobrego dla widza. Dziennikarz polityczny ma patrzeć władzy na ręce, sportowy ma pokazywać rywalizację i sukcesy sportowców, rozrywkowy – pokazywać zdolnych i kreatywnych oraz ich twórczość, a społeczny powinien pomagać ludziom. Praca przy programie, który ma za cel właśnie pomaganie i robienie dobra, to wielkie szczęście. Zdarza mi się w czasie programu pracować z młodymi ludźmi i czasem komuś z ekipy uderza do głowy woda sodowa, bo zaczynają go ludzie rozpoznawać na ulicy. Zawsze sprowadzam ich na ziemię i przypominam: „Hej, to nie jest program o tobie, jesteś tu, żeby pomagać ludziom". Po 38 latach w branży człowiek mądrzeje. Już wie, że popularność to tylko pewien element w życiu, który może się nagle skończyć.

Trudno znaleźć kogoś, kto by nie znał Katarzyny Dowbor.

Też jestem szczęśliwa, że na emeryturze mogę robić tyle dobrych i ważnych rzeczy. Od dwóch lat mam legitymację emeryta i mogę jeździć tramwajami ze zniżką. Jeżdżę po kraju nawet tysiąc kilometrów miesięcznie i pomagam zmieniać ludziom życie.

W stylowych trampkach i młodzieżowych stylizacjach odbiega pani od stereotypu emerytki.

A jak ja się w tych strojach świetnie czuję! Po zdjęciach odkupuję te zestawy i stają się częścią mojej prywatnej garderoby. To wszystko zasługa mojej stylistki Kasi, która miała nie lada wyzwanie, żeby mnie ubrać. Przekonała mnie, że róż jest odpowiedni dla rudych kobiet i że garsonka i szpilki, do których byłam przyzwyczajona przez lata, to nie jest jedyne dobre rozwiązanie. Wciąż zdarza mi się zakładać szpilki, bo noga w nich jednak świetnie wygląda. Ale nawet na ściankach pozuję w trampkach. I świetnie się z tym czuję – ja, podwójna babcia z legitymacją emerytki.

A jest pani też mamą studentki.

Mój syn Maciej jest dokładnie o 20 lat starszy od swojej siostry Marysi. Gdy rodziłam Marysię, byłam już po czterdziestce, a dwie dekady temu takie późne macierzyństwo było dużo rzadziej spotykane niż teraz. Mnie zdecydowanie odmłodziło. Natura jest tak sprytna, że starszym matkom daje więcej siły, bo przecież trzeba dzieci odchować. Tak myślę. Po urodzeniu Marysi dostałam kopa. Miałam tyle siły i chęci do działania jak nigdy wcześniej. Do 55. roku życia, dopóki nie zaczęły się problemy z tarczycą, byłam absolutnym okazem zdrowia. Bardzo cenię sobie kontakt z młodymi ludźmi, którego mam dzięki Marysi i jej rówieśnikom pod dostatkiem. Mój syn to już starszy pan z dziećmi. A Marysia i jej znajomi dają mi młodzieżowe, studenckie spojrzenie na życie. I to jest piękne.

Lubi się pani uśmiechać?

Lubię się uśmiechać i lubię żyć. Mam dwa koty, trzy psy, trzy konie. Codziennie, gdy jestem w domu, wstaję do nich, karmię je, cieszę się nimi. Życie jest stanowczo za krótkie, żeby się martwić. Żeby na przykład narzekać na to, co widzimy w lustrze.

Co pani widzi w lustrze?

Widzę fajną dojrzałą babkę, która ma dystans do siebie i sporo luzu. Choleryczkę, która czasem się wkurza i wyrzuca złość z siebie, ale nie chowa do ludzi urazy. Kobietę z poczuciem humoru, która lubi ludzi. I siebie.

Katarzyna Dowbor – dziennikarka, prezenterka radiowa i telewizyjna. Jest autorką wielu reportaży i telewizyjnych programów publicystycznych. Od 2013 r. związana z telewizją Polsat, w której prowadzi jeden z najpopularniejszych programów – „Nasz nowy dom". Wspólnie z pisarzem Marcinem Koziołem stworzyła serię książek dla dzieci „Stajnia pod tęczą". Jest też autorką książki „Apetyt na życie". Ambasadorka marki Vichy

Menopauza
CZYTAJ WIĘCEJ

Menopauza to naturalny etap w życiu każdej kobiety. Wraz z marką Vichy i Radą Ekspertów Neovadiol ds. Menopauzy poruszamy tematy dotyczące okresu przed menopauzą i po niej. Czytelniczki dowiedzą się, jak zadbać o siebie, by czuć się pięknie i zdrowo we własnym ciele.

Zapraszamy do uczestnictwa w cyklu warsztatów z udziałem ekspertów ds. menopauzy, które poprowadzi Katarzyna Staszak, dziennikarka „Wysokich Obcasów":

18 października, godz. 18.30 | Menopauza. Zmiany są piękne. O pięknej i zdrowej skórze. 

25 października, godz. 18.30 | Menopauza. Zmiany są piękne. O hormonach i zdrowiu.

Teksty dotyczące menopauzy możecie przeczytać na www.wysokieobcasy.pl/menopauza

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.