Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Wiktoria Bieliaszyn: "Lansujesz się" Białorusią?

Jana Shostak: ?

Takie komentarze można znaleźć na Twitterze, m.in. pod wpisami dotyczącymi zapoczątkowanej przez ciebie akcji "Global Scream for Belarus".

Niech tak w takim razie będzie. Nie mam problemu z tym, że pojawiają się takie opinie. Ja wiem, co robię. Kiedy będzie widać efekty tych działań, to może ludzie zastanowią się nad wszystkim jeszcze raz i zdecydują, czy to był lans czy nie. Mnie wystarczy, że dzięki moim działaniom i widoczności zgłaszają się ludzie, którzy chcą pomagać.

Piszą, że to "infantylizacja protestu".

Takie osoby widocznie nie zdają sobie sprawy, czym jest życie w dyktaturze. Nie myślą o tym, że członkowie mojej rodziny osiwieli już ze strachu i zmartwienia. Że dla ich własnego bezpieczeństwa nie mówię mamie ani tacie, czym zajmuję się w Polsce, by w razie przesłuchania, rewizji mogli zgodnie z prawdą odpowiedzieć służbom, że nie wiedzą, co robię. Możesz to sobie wyobrazić? Dzieje się to, co się dzieje, a my rozmawiamy o pogodzie, o psie, który mieszka z nimi w Grodnie, o jedzeniu. Mnie to rozdziera. Ten krzyk to akt beznadziei, bezradności. Po raz pierwszy krzyczałam, bo nie wiedziałam, jak inaczej mam skomentować to, co się dzieje.

Byłaś wtedy w Polsce. Co czułaś?

Ból. Będąc podczas wyborów w Grodnie, czułam wielką dumę z tego, jak Białorusini dojrzeli. Na protestach widziałam pięknych ludzi chcących wolności i sprawiedliwości. Przepełniało mnie uczucie solidarności. Szybko zaczęła się jednak przemoc, jakiej Białorusini i Białorusinki nie pamiętają. Jej poziom przeraził nas wszystkich. Wyjeżdżając z Białorusi z moim chłopakiem, płakałam. Chciałam zabrać do Polski rodziców, ale oni się nie zdecydowali. Nie chcą wyjeżdżać. A ja nie mogłam powstrzymać łez, podświadomie chyba wiedziałam, że mimo tej nadziei, która towarzyszyła protestom, to wszystko niekoniecznie się uda.

Jana Shostak: Muszę pilnować polityków

Krzyk zrodził się z tej bezsilności?

Krzyk to reakcja na absurd, na historie osób i ich emocje, które wchłaniam jak gąbka, które są nierzadko przytłaczające, depresyjne, frustrujące, bo uświadamiają mi moją własną niemoc, niemoc świata, którą od miesięcy obserwujemy. Zrodził się przypadkiem. Miałam zdać relację dla szwedzkiej instytucji, która chciała się dowiedzieć, co dzieje się w Białorusi. Dali mi trzy minuty. A ja każdego dnia czytałam o kolejnych osobach torturowanych, zabitych, porwanych, aresztowanych. Jak miałam to wszystko zawrzeć w trzech minutach? Krzyczę w imieniu tysięcy Białorusinów i Białorusinek doświadczających tortur, represji, żyjących w ciągłym strachu.

Wielu Polaków nie ma chyba świadomości, jak wygląda dzisiaj życie w Białorusi. Wydaje im się, że skoro nie ma codziennie tekstów na ten temat we wszystkich gazetach i nie ma zdjęć z masowych protestów, to nie ma tematu i krzyk jest niepotrzebny.

To nieprawda. Chcę o tym przypominać.

Brzmisz jak osoba, która ma misję.

Tak się czuję. Sumienie mi to nakazuje. Mam świadomość, że muszę pilnować polityków i polityczek. Bardzo łatwo jest poddać się w sytuacjach medialnego szumu emocjom, rozpłynąć w nich. Politycy mają do tego skłonność. Po jakiejś większej akcji Łukaszenki powiedzą ze sceny, że wspierają, że poruszą niebo i ziemię, że solidaryzują się z wolną Białorusią, że jesteśmy ważni – a potem nic się nie wydarza.

Niektórzy próbują uczyć Białorusinów, jak protestować, że czas chwycić za broń, przeciwstawić się radykalnie.

Bardzo wygodnie jest wygłaszać takie opinie, siedząc bezpiecznie w innym kraju na kanapie. Strasznie trudno jest zrozumieć nawet osobom z Ukrainy, choć to nasz siostrzany naród, jaki strach odczuwają dzisiaj Białorusini i Białorusinki. Rosjanie rozumieją bardziej, bo sami żyją w podobnej, choć jeszcze nie tak strasznej rzeczywistości. Strach w dyktaturze to coś, czego nie da się zrozumieć po przeczytaniu jednego wywiadu. To proces, stan, który trwa 24/7.

Jana Shostak: W Białorusi kobiet nie traktuje się poważnie

Jak ty go odczuwasz?

Ja odczuwam go w mniejszym stopniu, bo nie jestem na miejscu. Strach, który nie jest odczuwany na co dzień, łatwo jest zapomnieć, przestać go rozumieć. Dlatego nie dogaduję się z mamą, frustruje mnie, że nie chce ze mną rozmawiać na poważne tematy, czy że ktoś znajomy z Białorusi nie chce iść na terapię, bo sobie nie radzi z emocjami wywołanymi terrorem. A potem słyszę, że chłopak, który poszedł do psychologa, bo chciał się wygadać, poukładać sobie w głowie to wszystko, co się dzieje, bo życie w ciągłym napięciu i stresie stało się trudniejsze, został aresztowany i grozi mu do ośmiu lat więzienia. Psycholog na niego doniósł.

Jana ShostakJana Shostak Fot. Rafał Masłow

Ty też się narażasz, mimo że jesteś tutaj.

Początkowo nie miałam świadomości, że to niebezpieczne, że nawet gdy jestem w Polsce, coś mi grozi. Nawet teraz nie do końca to do mnie dochodzi. Chociaż po akcji z samolotem i pojawiających się coraz częściej wypowiedziach białoruskich polityków i siłowików zapowiadających, że wszystkich białoruskich opozycjonistów i aktywistów wywiozą z Polski w bagażnikach i ukarzą, zaczęłam się trochę obawiać. Boję się, kiedy widzę, że przed siedzibą Parlamentu Europejskiego kolejny raz filmuje mnie tajniak albo kiedy w rządowych mediach białoruskich jestem przedstawiana jako terrorystka. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko nagłaśniać ten absurd.

Jak sobie radzisz z napięciem, strachem?

Miałam taki okres, kiedy nie chciałam się rano budzić. Przeciągałam sen, by nie wstawać, nie czytać o kolejnych ofiarach i represjach. Uciekałam w ten sposób od rzeczywistości. Ale to nie jest tak, że ja cały czas to odczuwam, że boję się o siebie. OK, jest mi niewyraźnie, kiedy widzę, że ktoś mnie obserwuje, dokumentuje to, co robię, bo mam poczucie, że służby zbierają na mnie haki. Boję się o rodziców, o mamę. Ale z drugiej strony łapię się na tym, że momentami tłumaczę sobie, że to niemożliwe, by Łukaszenka traktował mnie jako zagrożenie. Przecież jestem kobietą, a w Białorusi kobiet nie traktuje się poważnie. Nina Bagińska, jedna z najbardziej wyraźnych twarzy protestu, otrzymała od władz dyspensę na udział w protestach. Łukaszenka powiedział, że "nie wolno jej zatrzymywać, bo inaczej nie będzie miał kto protestować".

Ale Swiatłana Cichanouska została wpisana przez KGB na listę terrorystów.

Tak, zwróć jednak uwagę, że początkowo została dopuszczona do wyborów jako kura domowa, gospodyni, która na niczym się nie zna i stanie się pośmiewiskiem. I Białorusini trochę też tak ją postrzegali, z przymrużeniem oka. Później z kolei zaczęli planować, że OK, niech ona tę władzę Łukaszence odbierze, ale potem wróci do garów, a my wybierzemy prezydenta. Oczywiście mężczyznę.

Dopiero po utworzeniu się sztabu trzech kobiet, a później po kobiecych akcjach solidarności pojawiło się inne myślenie, duma, szacunek do naszej kobiecej działalności.

Jana Shostak: W Polsce wolność jest złudna

Czy ciebie też to zszokowało? Że do tego doszło w Europie Wschodniej?

Ja się wtedy na nowo poczułam Białorusinką, poczułam po raz pierwszy dumę z tego, że mam białoruski paszport. Wcześniej miałam wrażenie, że nie pasuję do tego społeczeństwa, że żyję w jakiejś innej czasoprzestrzeni i nikt mnie nigdy tam z moim feminizmem, walką o równość nie zrozumie. W Białorusi kobiety mają wpojone przeświadczenie, że same z siebie są ważne, więc nie potrzebują na to potwierdzeń. Nie potrzebują, by ktokolwiek ich wysłuchał, nie potrzebują praw. Ma im wystarczyć to, że są tą przysłowiową szyją, która, oczywiście nie wprost, podejmuje najważniejsze decyzje, "kręci głową". Męską. Kobiecy sztab z charyzmatyczną Maszą Kaliesnikową, krótko ostrzyżoną, z czerwoną szminką, w skórzanej kurtce, ale też typowo kobiecymi, wpisującymi się w patriarchalny kanon Swiatłaną Cichanouską i Weraniką Capkałą – to była bomba.

Wcześniej czułaś się bardziej Polką?

Przede wszystkim obywatelką świata. Ale z Polską jestem bardzo mocno związana. Dla porównania – z Białorusią poczułam więź naprawdę silną dopiero w 2020 r. Urodziłam się w Grodnie, w polskiej rodzinie. Moja babcia mówiła po polsku, chodziłam do polskojęzycznej szkoły niezależnego Związku Polaków, zdawałam maturę z polskiego, z polskiej historii. Wychowywałam się z myślą o Polsce. Zawsze chciałam do niej wyjechać. Pierwszy raz byłam w Krakowie jako 11-latka, zobaczyłam gmach Akademii Sztuk Pięknych i postanowiłam, że będę tam studiować. Przez ten okres dziecięcy, nastoletni Polska była takim moim marzeniem do spełnienia.

A jak się czujesz tutaj? Szczególnie po tym, jak posłanka Lewicy Anna Maria Żukowska, widząc cię w sukience z dekoltem i bez stanika, napisała: "Mam wrażenie, że nie o Białoruś jej chodzi".

Mnie to zszokowało. Tuż po przeprowadzce czułam się prawdziwie wolnym człowiekiem. Miałam świadomość, że mogę zorganizować akcję, performance, zajmować się sztuką współczesną i że nic mi z tego powodu nie grozi, że jest to w ogóle możliwe. Dzisiaj wiem jednak, że ta wolność jest złudna, bo ona w Polsce jest, owszem, ale nie do końca i nie dla wszystkich. Dlatego uważam, że w Białorusi równolegle z walką o obalenie dyktatora należy walczyć o równouprawnienie, o prawa osób LGBTQ, o klimat. W przeciwnym razie, nawet jeśli do władzy dojdzie inny człowiek, staniemy się taką drugą Polską. Wiem, że mój radykalizm niektórych przeraża, że ten krzyk, niewstydzenie się własnego ciała, bycie głośną, kiedy trzeba, niemalowanie się, walczenie o prawa swoje i innych nie wpisują się w ten stereotypowy, a wciąż żywy w obu krajach wizerunek kobiety.

Jana Shostak: "Nowak" zamiast "uchodźcy"

Kiedy ty uwolniłaś się od szablonu?

Z jednej strony zawdzięczam to mamie. Bo dzięki niej wyrosłam na człowieka pozbawionego większych kompleksów, świadomego swojej wartości i prawa do zabierania głosu. Mama od dziecka pomagała mi przezwyciężyć nieśmiałość, namawiała, żebym występowała publicznie, zachęcała do zabierania głosu podczas spotkań rodzinnych, opowiadania anegdot. Wiele Białorusinek tej swobody nie ma, kobiety mają być miłe, łagodne, posłuszne. Mają przede wszystkim słuchać mężczyzn. Ja nigdy nie miałam takiego poczucia.

Z drugiej strony mama namawiała mnie do udziału w konkursach piękności. Chciała chyba, żebym nabrała tej patriarchalnej kobiecości, umiała się ładnie ubrać, umalować, chodzić ładnie na obcasach. Mnie to nie było potrzebne, ale każdy z nas robi coś dla rodziców – jedni kończą studia, by ich zadowolić, ja brałam udział w konkursach miss.

W Polsce również w nich startowałaś, ale by nagłaśniać w ten sposób swoją akcję o "nowakach". Starałaś się, by słowem "nowak" zastąpić określenia "migrant" czy "uchodźca". Dlaczego?

"Nowacy" to był mój projekt dyplomowy. Zwróciłam uwagę na etymologię polskiego "uchodźcy", rosyjskiego "bieżeńca" i angielskiego "refugee". Jeden uchodzi, ucieka, drugi biegnie, trzeci szuka schronienia – to są wszystko trudne sytuacje, które odbijają się w języku. Pamiętam, że jeździłam wtedy do ośrodków dla migrantów, rozmawiałam z ludźmi. Chciałam coś dla nich zrobić, ale nie wiedziałam co, bo nie miałam przecież pieniędzy, by im pomóc. Rozmawiałam z kilkunastoletnim chłopcem z Czeczenii i w tej rozmowie wyszło, że on by chciał, żeby go traktować jako swojego, że on nie chce być obcym, uchodźcą. Stąd pojawiła się potrzeba założenia roboczej 13-osobowej grupy, która utworzyła słowo zamiennik. Zaprosiłam do mojego mieszkania językoznawców, aktywistów, artystów na taką burzę mózgów, jakie słowo najlepiej zastąpi "uchodźcę". Padło na "nowaka". Ja też nie jestem z Polski, ale mimo polskich korzeni i bardzo dobrej znajomości języka zdarza się, że ktoś traktuje mnie jak obcą. Nie lubię słowa "imigrantka". Bardzo dobrze zrozumiałam tego chłopca.

W Polsce zawsze czułaś się dobrze ze swoim pochodzeniem?

Nie zawsze. Dopóki mówię, a mówię raczej bez akcentu, czasami tylko zdarza mi się stworzyć jakieś dziwne słowo, jest dobrze. Gorzej, kiedy jestem z rodzicami, którzy mówią po polsku. Bywają źle traktowani, ignorowani.

A czy konkursy piękności jakoś na ciebie wpłynęły?

Nie da się brać udziału w zgrupowaniach czy zjazdach i udawać całkowicie kogoś innego. Angażowałam się w to. Miałam świadomość, że jestem tam, by coś powiedzieć, zabrać głos, zwrócić uwagę milionów telewidzów, którzy te konkursy oglądają, ale jednocześnie ulegałam presji. Do tego stopnia, że naprawdę ważne było dla mnie, co kto myśli o moim wyglądzie, doborze bluzki czy sukienki. Przekładało się to na moje życie prywatne, tzn. zaczęłam układać włosy, malować się częściej i mocniej, chodzić na obcasach czy w sukienkach. Wcześniej tego nie robiłam. Zauważył to mój partner, który powiedział mi, że to oczywiście OK, jeśli naprawdę tego chcę i potrzebuję, ale powiedział mi też, żebym pamiętała, że jestem super też w pogniecionej podkoszulce, nieumalowana i rozczochrana. Wtedy rzeczywiście odpuściłam, choć, sama widzisz, musiał mi to powiedzieć mężczyzna.

Jana Shostak: Każdy z nas może pomóc

Jak jeszcze pomagasz?

Czasami ta pomoc to skontaktowanie potrzebujących z inicjatywami dysponującymi zapleczem i narzędziami, które są tym osobom potrzebne, a o których istnieniu nie wiedzą. Dla mnie, mieszkającej w Polsce od 11 lat, kojarzonej z białoruskim protestem przez dziennikarzy, polityków i niezależne organizacje, to znacznie łatwiejsze, mogę działać szybciej.

Nie jestem polityczką, gdybym nią była, moja aktywność byłaby pewnie chwalona, bo się angażuję. Jako aktywistka, zwykła osoba jestem przez część społeczeństwa krytykowana i mam wrażenie, że wynika to z zapomnianej prawdy, że zwykły człowiek też może mieć coś do powiedzenia i że może swój głos i sprawczość wykorzystać.

Nawet nie mając takich znajomości?

One nie są potrzebne. Np. można pomóc w zapisaniu do przedszkola dziecka Białorusinów, którzy zmuszeni byli do ucieczki z kraju z powodu terroru i represji. Albo zapewnić im ubrania czy oddać biurko lub szafę, których potrzebują. Nie trzeba też mieć nie wiadomo jakiego budżetu, by zabrać kogoś na kawę, pokazać miasto czy wytłumaczyć, jak kupić bilet miesięczny. To wszystko może zrobić każdy z nas, tym również się zajmuję w wolnym czasie, bo wiem, że ludzie, którzy uciekają do obcego kraju przed więzieniem, prześladowaniem, potrzebują wsparcia i poczucia, że są w nowym miejscu bezpieczni i mile widziani.

A jak odnosić się do firm, których nazwy wypisują sobie na klatkach piersiowych osoby biorące udział w proteście? Te firmy nadal wspierają reżim Łukaszenki?

Tak, pośrednio bądź nie. Jest ich co najmniej 12. Jedną z nich jest Ikea, która sprowadza 4 proc. surowca drzewnego z Białorusi. Mam wrażenie, że te firmy nie rozumieją, iż każda wydana złotówka karmi reżim. Żadna z nich nie zareagowała, więc chociaż ludzie będą mieć możliwość podejmowania wyborów dzięki akcji #dekoltdlabiałorusi.

Jakie masz plany na najbliższy czas?

Muszę pomóc zainicjować akcje symbolicznej opieki nad więźniami politycznymi w Sejmie i europarlamencie, wypracować listę postulatów do władz na poziomie miejskim i krajowym. Będę też czekać na spełnienie obietnicy pana Michała Kamińskiego, wicemarszałka Senatu. Zgodził się na zorganizowanie okrągłego stołu solidarności dla Białorusi, w którym wzięliby udział przedstawiciele inicjatyw zajmujących się udzielaniem pomocy represjonowanym.

A coś dla siebie?

Na razie nie mam na to czasu. Mam za plecami setki więźniów politycznych. Dopóki oni siedzą za niewinność, ja muszę walczyć. O nich.

Jana Shostak – polsko-białoruska artystka intermedialna i aktywistka zaangażowana w walkę o wolną, demokratyczną Białoruś

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.