Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zamierzam pobić rekord pańskiego Phileasa Fogga – poinformowała w 1889 roku samego Juliusza Ver- ne’a. Fikcyjny bohater okrążył świat w 80 dni. Nellie Bly chciała się uwinąć w 75. – Trudno uwierzyć, że ta dziewczynka sama wyrusza w podróż dookoła świata. Wygląda jak dziecko – uznał Verne. Nelly fak- tycznie nie wyglądała na swoje 25 lat. I bezwstydnie z tego korzystała. Gdy przy odbiorze paszportu urzędnik poprosił ją o datę urodzenia, odmłodziła się o trzy lata.

– Dziewczyna jest stworzona do takiej wyprawy. Jest szczupła, energiczna i silna. Juliuszu, uważam, że panna Bly pobije rekord i sprawi, że twoi męscy bohaterowie będą przy niej wyglądali głupio. Mogę się z tobą o to założyć – stwierdziła żona Verne’a.

Pisarz zakładu nie przyjął.

Tytan pracy

Elizabeth Jane Cochrane urodziła się 5 maja 1864 roku w miasteczku Apollo w Pensylwanii jako trzecie z piątki dzieci Michaela Cochrane’a, właściciela młyna, i jego żony Mary Jane. Ojciec zmarł nagle, gdy miała sześć lat, a drugi mąż Mary Jane okazał się pijakiem i brutalem. Elizabeth skończyła jeden semestr szkoły podstawowej dla dziewcząt, bo na więcej nie starczyło pieniędzy. Jako nastolatka imała się każdej pracy dostępnej dla młodej, niezbyt wykształconej kobiety: niani, guwernantki, podkuchennej. I pewnie nikt nie usłyszałby o Nellie Bly, gdyby nie artykuł w lokalnej gazecie „Pittsburgh Dispatch”. Jego autor, piewca wiktoriańskiej moralności, skrytykował w nim kobiety, które zamiast siedzieć w domu, mają kaprys i idą do pracy.

Elizabeth, która harowała jak wół, trafił szlag. Chwyciła za pióro i napisała długi, gorzki list do redakcji, w którym przedstawiła rzeczywistość kobiety pracującej z konieczności. Tekst się spodobał, a autorkę poproszono o kontakt.

Kilka dni później w redakcji zjawiła się 20-letnia dziewczyna, tak przerażona pierwszą wizytą w gazecie, że mówiła tylko szeptem. Naczelny poprosił ją, by napisała tekst na temat, który poruszyła w liście. Elizabeth podjęła wyzwanie. Pisała: „Czy ci, którzy mają w bród dóbr tego świata, zdają sobie sprawę, jak to jest być biedną pracującą kobietą, żyjącą w jednym lub dwóch surowych pokojach, z płomieniem zbyt nikłym, by utrzymać ciepło, podczas gdy jej znoszone ubrania nie są w stanie ochronić ją przed wiatrem i zimnem?...” – zdanie w tym tonie ciągnęło się przez akapit, ale tekst zagwarantował jej pracę w gazecie. Ponieważ kobiety nie pisały wówczas pod własnym nazwiskiem, Elizabeth musiała przyjąć pseudonim, najlepiej prosty i chwytliwy. Przechodzący akurat obok goniec gwizdał popularną piosenkę

„Nellie Bly”. Dalej nie musiała szukać.

New York, New York

Gdy zaczynała, amerykańskie redakcje były męskim światem – kobiety stanowiły tylko 2 proc. z 12 tys. dziennikarzy, a zajmowały się głównie opisywaniem kroju krynolin oraz przyjęć u znanych i bogatych. „Życie stało się jedną wielką herbatką. Ktoś powiedział: »Kronika towarzyska to prostytucja mózgu«. Jest dużo gorzej. To prostytucja duszy!” – podsumowała pewna zdesperowana reporterka.

W „Pittsburgh Dispatch” Nellie nie uniknęła „prostytucji mózgu”, ale porywała się też na poważniejsze tematy, pisząc na przykład serię tekstów o ciężkim życiu pracownic fabryk oraz reportaże z Meksyku.

Po dwóch latach uznała jednak, że Pittsburgh jest dla niej za mały. Na biurku kolegi, tego samego zresztą, który napisał tekst o fanaberiach pracujących kobiet, zostawiła karteczkę: „Wyjeżdżam do Nowego Jorku. Wypatrujcie mnie. Bly”. I pojechała, ale okazało się, że żadna z nowojorskich gazet nie potrzebuje reporterki, a oszczędności szybko się skończyły. Rozważania „jechać czy zostać” przerwała kradzież torebki ze 100 dolarami, które stanowiły wówczas całość ruchomego majątku Nellie. Desperackie okoliczności wymagają desperackich środków, jak głosi popularne za oceanem powiedzenie, a Bly była wystarczająco zdesperowana. Prośbą, groźbą i urokiem osobistym wybłagała spotkanie z Johnem A. Cockerillem, naczelnym popularnej gazety „The World”.

Miała szczęście. W tym samym czasie redakcja otrzymała informację, że personel nowojorskiego szpitala dla psychicznie chorych kobiet źle traktuje swoje pacjentki, ale nie miała jak tego sprawdzić. – Jeśli uda ci się wejść do szpitala i opisać, co się tam dzieje, dostaniesz pracę – powiedział Cockerill. – Jak mnie stamtąd wyciągniecie? – zapytała Bly.

– Nie wiem – odparł naczelny.

Na tropie mrocznych tajemnic

– To wyspa Blackwell – usłyszała Nellie podczas transportu do szpitala. – Dom wariatów, z którego nigdy nie wyjdziesz.

Ponury kamienny budynek kliniki spełniał wszystkie standardy gotyckiej powieści grozy, podobnie jak „leczenie”, którym poddawano 1,5 tys. pensjonariuszek. Dostanie się do szpitala okazało się dziecinnie proste, wystarczyło poćwiczyć przed lustrem błędny wzrok, a potem poskarżyć się lekarzowi na bóle głowy i problemy z pamięcią. To zachowanie zdrowia psychicznego w środku okazało się wyzwaniem.

Na dzień dobry Nellie została rozebrana do naga i wsadzona do wanny, a następnie poddana XIX-wiecznej wersji „waterboardingu” i oblana trzema wiadrami lodowatej wody. W celi do snu kołysały ją krzyki, płacz i modlitwy dochodzące z sąsiednich pomieszczeń. Posiłki w szpitalu, obrzydliwe, często z zepsutych produktów, ledwo zaspokajały głód, a szpitalne ubrania nie chroniły przed zimnem. Każdy sprzeciw kończył się brutalnym biciem. Rano pensjonariuszki szły na spacer „jak pobita armia na paradzie, w rzędach po dwie lub trzy, wszystkie ubrane identycznie, w proste perkalikowe sukienki i ta- nie słomkowe kapelusze, część mamrocząc do siebie, inne krzycząc, płacząc, śpiewając bądź patrząc martwo przed siebie”. Potem sadzano je na ławkach w pokoju dziennym, a gdy próbowały rozmawiać, kazano im się zamknąć. Gdy zmieniały pozycję, słyszały, że mają się nie ruszać. „Co poza torturami do- prowadziłoby szybciej do niepoczytalności?” – pisała Bly.

Spędziła w Blackwell dziesięć dni. Dziesiątego dnia wyciągnął ją prawnik gazety, a tydzień później w „The World” pojawił się tekst „Za kratami domu wariatów”. Prokuratura rozpoczęła dochodzenie, kilku pracowników szpitala pożegnało się z posadami, a Nellie z dnia na dzień stała się gwiazdą dziennikarstwa.

Przez kolejne dwa lata regularnie tropiła nowojorskie patologie. Pisząc o handlu ludźmi, sfingowała sprzedaż niemowlęcia, przepracowała kilka dni w fabryce, a gdy po Manhattanie zaczęły krążyć historie o tajemniczym powozie, którego woźnica porywał dziewczyny z Central Parku, sama dała się porwać. Nie gardziła także lżejszymi tematami – dla czytelników „The World” nauczyła się jeździć na rowerze, trenowała z bokserem i wystąpiła na Broadwayu. Zaproponowała też, że okrąży świat szybciej niż Phileas Fogg, ale usłyszała, że nie godzi się, by młoda dama podróżowała bez przyzwoitki. Rok później, gdy sprzedaż „The World” spadła, a redakcja na gwałt szukała czegoś, co przyciągnie czytelników, naczelny wrócił do tematu. – Ruszasz pojutrze – usłyszała Nellie.

Amerykańska dziewczyna i piękny lampart

Poranek 14 listopada 1889 roku był zimny, ale słoneczny, Nowy Jork właśnie się budził, a Nellie usiłowała nie dać odprowadzającym ją przyjaciołom poznać, jak bardzo jest przerażona. Trasa reporterki „The World” wiodła przez Atlantyk do Anglii, następnie do portu w Calais we Francji, a stamtąd pociągiem przez pół Europy do Włoch. Tam czekała ją kolejna przesiadka na statek, który przez Morze Śródziemne, Kanał Sueski i Morze Arabskie płynął najpierw na Cejlon, a potem do Hongkongu i Jokohamy. Z Japonii kolejnym statkiem Nellie miała przepłynąć Pacyfik do San Francisco, a potem koleją do Nowego Jorku.

Na papierze wszystko wyglądało jasno i prosto, ale wystarczyłoby jedno spóźnienie, a mogła się pożegnać z pobiciem rekordu. O tej porze roku zarówno północny Atlantyk, jak i Pacyfik nawiedzały gwałtowne sztormy, które mogły spowolnić, a nawet zatopić statek. Gdyby przegapiła szybki pociąg pocztowy z Calais, mogłaby równie dobrze wracać do domu. Mogła zapaść na którąś z tropikalnych chorób albo złapać zapalenie płuc z powodu częstych zmian temperatury.

Gdy Bly wsiadała na pokład „Augusty Victorii”, udawała się w nieznane, gdzie wszystko mogło się zdarzyć. Nellie zapewniła, że jest gotowa. Nie przewidziała jedynie, że będzie miała konkurencję.

Tego samego poranka John Brisben Walker, naczelny miesięcznika „Cosmopolitan”, przeczytał na pierwszej stronie „The World” o wyprawie Nellie Bly. Natychmiast uderzyły go trzy rzeczy: potencjał marketingowy, jaki miała taka podróż, fakt, że o tej porze roku szybciej podróżowało się w przeciwnym kie-runku, oraz świadomość, że „Cosmopolitan” też ma dziennikarkę, którą mógłby na taką wyprawę posłać – co więcej, która mogłaby pannę Bly wyprzedzić. Walker nie należał do mężczyzn, którzy się długo zastanawiają – kazał zaplanować trasę i kupić bilety, a następnie posłał po Elizabeth Bisland.

Panna Bisland miała 28 lat i była zupełnym przeciwieństwem typowej amerykańskiej dziewczyny, którą uosabiała Bly. Bisland była estetką i intelektualistką, pisała do „Cosmopolitan” wyrafinowane szkice o literaturze i była bardzo piękna. Każda prasowa wzmianka o Elizabeth Bisland wspominała o jej urodzie, podobnie jak do opisów Nellie nieodmiennie dodawano słowo „plucky”, czyli po polsku coś pomiędzy dzielną, chwacką a morową. Wysoka, ciemnooka i ciemnowłosa, o nieskazitelnie białej cerze i niskim głosie Bisland była powszechnie uznawana za najładniejszą dziennikarkę w Nowym Jorku. Nazywano ją „boginią”, „pięknym, niebezpiecznym lampartem”, jeden wielbiciel napisał: „Jest jak haszysz, gdy opuszczam jej dom, kręci mi się w głowie, obijam się o ludzi na ulicy i gubię drogę”.

Ona sama zdawała sobie sprawę zarówno ze swojej urody, jak i z tego, że nie potrwa ona wiecznie („Gdy kobieta przestaje być seksualnie atrakcyjna, nie ma w Ameryce żadnej władzy” – pisała), i wolała polegać na własnym piórze. Pochodziła z Południa, ze zrujnowanej po wojnie secesyjnej rodziny plantatorów, przyjechała do Nowego Jorku z 50 dolarami w kieszeni, a tysiące, które miała teraz na koncie, zarobiła sama. Kochała książki, sztukę, teatr i dyskusje o nich, była czarującą gospodynią salonu, w którym zbierała się nowojorska bohema, i nie miała najmniejszej ochoty się z niego ruszać. A już najmniej w pośpieszną podróż dookoła świata. Argument: „Jedziesz albo żegnasz się z posadą”, okazał się jednak wystarczająco przekonujący. Elizabeth dostała siedem godzin na spakowanie się i o godz. 6 miała wsiąść do pociągu, który zawiezie ją do San Francisco. Miała osiem i pół godziny straty do Nellie Bly.

Jedna suknia i kilka piór

Nellie postanowiła, że pojedzie z jedną tylko podręczną torbą (Bisland wzięła kufer i walizę). Zmieściła w niej jedwabną koszulę, trzy welony, pantofelki, przybory toaletowe, ale nic do makijażu (tylko prostytutki i arystokratki ośmielały się poprawiać urodę), kałamarz, pióra, ołówki i papier, szpilki, igły i nici, szlafrok, sweter, manierkę i kubek, kilka zmian bielizny, chusteczki, słoik kremu do twarzy oraz 200 funtów i 2,5 tys. dolarów. Letnia sukienka już się nie zmieściła, więc Nellie Bly podjęła decyzję numer dwa: objedzie świat w jednej, zimowej.

Strój, typowa wiktoriańska suknia składająca się z szerokiej spódnicy i zapinanego po samą szyję żakietu, powstał tego samego dnia. Krawiec uszył ją z niebieskiego sukna z lamówką z wielbłądziego włosa. Suknia płaszcz w biało-czarną kratkę oraz niewielka czapeczka przypominająca tę noszoną przez Sherlocka Holmesa miały stać się znakiem rozpoznawczym Nellie Bly i najsłynniejszym zestawem zimy 1889/1890.

Cuda Orientu

Podróż przez Atlantyk przebiegła bez większych przygód, a na brytyjskim brzegu Nellie znalazła się w terminie. We Francji spotkała się z państwem Verne, ale na krótko, bo musiała pędzić na kolejny pociąg, tym razem do Włoch. Przed wejściem na statek, który miał ją zabrać aż do Chin, zdążyła tylko zatelegrafować do gazety, że żyje i że podróż idzie zgodnie z planem. Podobnie wyglądały kolejne etapy: Nellie, która w Nowym Jorku była niestrudzoną reporterką, w podróży interesowała się jedynie rozkładami jazdy pociągów i statków. Nie zeszła pod pokład „Augusty Victorii”, żeby opisać, w jakich warunkach podróżują stłoczeni jak sardynki pasażerowie trzeciej klasy, podczas gdy ci z klasy pierwszej jedzą 12-daniowe posiłki. Na temat mieszkańców odwiedzanych krajów miała tylko pobieżne i raczej rasistowskie obserwacje: Hindusi „nie używali mydła”, Chińczycy byli „najbrudniejszymi ludźmi na Ziemi”, a arabscy żebracy „narzucali się ze swoim kalectwem”. Większe wrażenie zrobiło na niej jedynie więzienie w Kantonie, na którego dziedzińcu wykonywano karę śmierci przez obcięcie głowy; krew nie zdążyła jeszcze wsiąknąć w ziemię po egzekucji 11 mężczyzn poprzedniego dnia. Kobiety, wyjaśnił jej przewodnik, przywiązywano do drewnianego krzyża i systematycznie wycinano mieczem kawałki ciała, zaczynając od piersi, przez nos, uszy i palce; w rękach wprawnego kata ofiara długo nie umierała, a tortura nazywała się ling-chi, tysiąc cięć.

Chętnie pisała za to o własnych przygodach. Na statku oświadczył się jej drugi syn hrabiego, który miał błękitną krew, ale zero szans na tytuł i pieniądze, chyba że jego brat zszedłby z tego świata. Nellie, uznał, jest amerykańską dziedziczką, która o niczym innym nie marzy, jak tylko o ślubie z arystokratą.

– Co byś ze mną zrobiła, gdybyśmy się pobrali? – zapytał kokieteryjnie. – Posłałabym cię do pracy – odparła Nellie. Hrabia rakiem wycofał się z oświadczyn.

Bisland, choć tak niechętna podróży, wyciągnęła z niej dużo więcej. Od kiedy opuściła port w San Francisco, każdy kolejny kraj odkrywał przed nią kolejne cuda. Zakochała się w Japonii, którą zwiedzała jak każdy ówczesny biały podróżnik – w lektyce albo rikszy. Piękno krajobrazu, jak skopiowanego z japońskich akwarel, zaparło jej dech, podobnie jak góra Fudżi i świątynie przypominające bogato zdobione filigranowe pudełka na biżuterię. Zachwyciła się kimonami, obyczajami Japończyków oraz skarbami Orientu, które można było kupić na targach za ułamek zachodniej ceny, czego nie omieszkała zauważyć. „Przybyłam z kraju zdrowego rozsądku, maszyn parowych i gazet do krainy porcelany i poezji, gdzie nawet najzwyklejsze rzeczy są piękne” – pisała.

Triumf cesarzowej

Gdy Bly ponownie znalazła się na amerykańskiej ziemi, w San Francisco przywitała ją okropna wiadomość: najcięższa zima za ludzkiej pamięci zasypała tory do Chicago kilkumetrową warstwą śniegu. Redakcja „The World”, która od dwóch miesięcy prowadziła loterię pod hasłem: „Przewidź dokładny czas, w jakim Nellie Bly okrąży świat” (nagrodą była podróż dookoła Europy, a nakład rósł jak na drożdżach), opłaciła jednak specjalny pociąg, którym reporterka przez południowe stany miała się dostać do Nowego Jorku.

Podróż Bly przez USA przypominała bardziej triumf rzymskiego cesarza: na każdej stacji witały ją tłumy z kwiatami i prezentami, lokalni dziennikarze bili się o wywiady, a czytelnicy „The World” śledzili każdą milę. Nellie Bly nie pisała już newsów – sama była newsem. Kulminacja nastąpiła 25 stycznia 1890 roku na dworcu w Jersey City. O 15.51 jej pociąg zatrzymał się na stacji, a Nellie postawiła obie stopy na peronie. Podróż dookoła świata zajęła jej dokładnie 72 dni, 6 godzin, 11 minut i 14 sekund (zwycięzca obstawiania w „The World” pomylił się tylko o 2/5 sekundy).

Zgromadzony na dworcu tłum, dotychczas czekający z zapartym tchem, zaczął krzyczeć i klaskać. Wszystkie statki w zatoce uruchomiły swoje parowe gwizdki, a armaty oddały honorowy salut. Tłumy towarzyszyły Nellie na promie na Manhattan i przez całą drogę do redakcji, blokując ulice. Bly z triumfalnym uśmiechem całą drogę stała w powozie i machała wielbicielom swoją słynną czapeczką. – Tak się cieszę, że jestem w domu! – powiedziała, zanim zniknęła za drzwiami redakcji.

Naczelny „Cosmopolitan”, uznając swoją porażkę, przesłał jej kosz róż. Bisland, którą na ostatniej prostej spowolniły atlantyckie sztormy, przybyła do Nowego Jorku 30 stycznia po 76 dniach podróży. Nie witały jej tłumy.

Rekord i po rekordzie

Zanim szał na Nellie Bly się skończył, globtroterka postanowiła wycisnąć z niego, ile się tylko dało. Rzuciła pracę w „The World” i ruszyła po kraju z cyklem wykładów. Podróż ta okazała się finansową porażką, podobnie jak kontrakt na pisanie powieści w odcinkach. Nie minął rok od triumfalnego wjazdu do Nowego Jorku, a słynna podróżniczka była bez pracy, przykuta do łóżka po wypadku i w depresji.

W 1893 roku nowy naczelny „The World” zaproponował jej powrót do gazety, ale wywiady z celebrytami i reportaże z gatunku „noc w nawiedzonym domu” nie przynosiły jej satysfakcji. Nellie Bly była zmęczona, zniechęcona i sfrustrowana; z piszącej z pasją reformatorki zostało niewiele.

W 1894 roku w pociągu poznała przemysłowca Roberta Seamona. Po tygodniu byli już po ślubie. Panna młoda miała wówczas 30 lat, pan młody 70 oraz majątek szacowany na 5 mln dolarów.

Udało jej się więc osiągnąć czwarty cel; co do trzeciego – zakochania się – zdania są podzielone. Sam małżonek nie był tego pewien, bo regularnie wynajmował prywatnych detektywów, którzy śledzili panią Seamon.

Małżeństwo trwało dziesięć lat, a po śmierci męża Nellie przejęła stery jego firmy. Okazała się jednak kiepskim menedżerem (– Finanse straszliwie mnie nudzą – mawiała), pracownicy regularnie ją okradali i ostatecznie musiała ogłosić bankructwo. Nie zamierzała jednak skazać się na życie w nędzy – zamiast spłacić wierzycieli, wzięła ostatnie pieniądze i uciekła z kraju. Trafiła do Europy w sierpniu 1914 roku, kilka dni po wypowiedzeniu przez Austro-Węgry wojny Serbii.

Wróciła po pięciu latach już bez pieniędzy i ponownie spróbowała w Nowym Jorku. Przez 30 lat dziennikarstwo bardzo się jednak zmieniło i zmieniła się sama Nellie. W korpulentnej starszej pani z kokiem siwych włosów trudno było rozpoznać szczupłą brunetkę, a młodsi koledzy patrzyli na nią jak na relikt zapomnianych czasów. Wykorzystując dawne przyjaźnie, dostała kolumnę w „Evening Journal” płatną 100 dolarów tygodniowo, połowę tego, co dostawała w 1890 roku. Nieoczekiwanie jednak felieton Bly – katalog ludzkich nieszczęść przypisanych do konkretnych twarzy plus prośba o pomoc – okazał się sukcesem. Dzięki Nellie dzieci z sierocińca dostawały prezenty na Gwiazdkę, wielodzietne rodziny – węgiel i ciepłe ubrania, a porzucone niemowlęta, które „potrzebują jedynie szansy, by stać się piękne i mądre” – nowe domy.

Zmieniając świat, nawet jeśli tylko dla biednych nowojorczyków (cel numer dwa z jej listy), Bly pracowała po kilkanaście godzin dziennie, nie dosypiała i nie dojadała, co odbiło się na jej zdrowiu. W styczniu 1922 roku zapadła na ciężkie zapalenie płuc i kilka dni później umarła. Miała 57 lat.

Elizabeth Bisland przeżyła Nellie Bly o siedem lat. Do końca życia pisała, głównie eseje o literaturze (w jednym z nich tak podsumowała kobiece bohaterki powieści tworzonych przez mężczyzn: „Niekończący się łańcuch rumianych, uśmiechniętych, przyjemnych młodych osób z moralnością królików i umysłowością motyli”) oraz relacje z podróży.

Ostatnią książkę poświęciła przemijaniu.

„Zima jest jak starość – pisała – pozbawia iluzji miękkich konturów; pokazuje wszystkie żyły i przeguby na biednym szkielecie, dawniej ubranym w gładką skórę i w bujne listowie”.

Zmarła w 1929 roku w wieku 67 lat, także na zapalenie płuc. Jej nekrolog w „New York Timesie” nie wspominał o podróży dookoła świata.

***

Gdzie są nasze PatronkiGdzie są nasze Patronki BNP

90 proc. patronów polskich szkół to mężczyźni. Bank BNP Paribas wychodzi naprzeciw tej dysproporcji i rozpoczyna akcję "Gdzie są nasze patronki". Ma ona zachęcić szkoły do obsadzenia w roli patronki jednej z wyjątkowych kobiet, które zapisały się na kartach historii Polski i świata. Do akcji można się zgłaszać za pośrednictwem strony Patronki.pl. Można tam znaleźć także gotowy scenariusz lekcji o kobietach: „Kobieca strona historii”.

„Wysokie Obcasy” objęły patronatem akcję „Gdzie są nasze patronki”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.