Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Anna J. Dudek: Barbie Shero, wyróżnienie przyznawane w Dzień Kobiet, ma zwracać uwagę na zjawisko tzw. dream gap, które polega na utracie przez małe dziewczynki pewności siebie i wiary we własne możliwości. Wskazuje wybitne osobowości, które mogą inspirować. Jak się pani czuje w tej roli?

Anita Włodarczyk: Nie myślę o tym w ten sposób, choć wiem, że sportowcy przykuwają uwagę i rozpalają emocje. Sport jest świetnym lekarstwem na niskie poczucie własnej wartości i brak wiary w siebie, dlatego zawsze podczas spotkań z młodzieżą namawiam do poszukiwania własnej dyscypliny, której uprawianie sprawi satysfakcję i nauczy wytrwałości, niepoddawania się po pierwszych niepowodzeniach. Sama przygodę ze sportem zaczynałam od speedroweru, potem trenowałam pchnięcie kulą i rzut dyskiem, a młot odkryłam przypadkiem.

Jak zareagowała pani na wieść o tym, że lalka, która towarzyszy wyróżnieniu, będzie wzorowana na pani?

Kiedy dowiedziałam się, że tak doceniono moje osiągnięcia sportowe, przeżyłam szok. Będąc małą dziewczynką, nigdy bym nie pomyślała, że będę kiedyś miała lalkę młociarkę Anitę. Od razu zadzwoniłam do mamy, bo mama zostawiła kilka moich zabawek z dzieciństwa. Między innymi lalkę Barbie, którą tata przywiózł mi z Niemiec. „Mamo – mówię – zobacz, zostawiłaś moją lalkę ponad 30 lat temu, a ja po tylu latach będę miała swoją własną!” Cieszę się, że zostałam doceniona. Że dziewczynki na całym świecie zobaczą, że można wszystko. Można odnosić sukcesy, można być kobietą, można robić wszystko to, o czym się marzy. Skoro udało się mnie, uda się każdej z was.

Czy pani miała jakiś kobiecy wzór?

Na początku kariery fascynowała mnie Kamila Skolimowska [lekkoatletka uprawiająca rzut młotem, złota medalistka Igrzysk Olimpijskich 2000 w Sydney, zmarła w 2009 roku]. Była dla mnie wielką motywacją do pracy, chciałam dorównać jej osiągnięciom. Po śmierci Kamili jej rodzice podarowali mi jej skórzaną rękawicę, w której startuję do dziś. Zawsze w czasie konkursów proszę Kamilę o wsparcie.

Anita Włodarczyk i przygotowana przez firmę Mattel lalka BarbieAnita Włodarczyk i przygotowana przez firmę Mattel lalka Barbie Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Od lat jest pani w rozjazdach. Czego brakuje pani wtedy najbardziej?

Rozłąka jest zawsze trudna. Trudna była, kiedy zaczynałam, i trudna jest dziś, po przeszło 20 latach. Namiastką są rozmowy wideo. Na pierwszym zgrupowaniu w Katarze, kiedy byłam 83 dni poza domem, najbardziej brakowało mi rodziny i przyjaciół. Wróciłam na dziewięć dni ze świadomością, że za chwilę znowu wylatuję. Igrzyska olimpijskie są najważniejsze, wszystko jest zorganizowane pod nie. Bliscy to rozumieją. Ich wsparcie jest nieocenione.

Jak sobie pani radzi z samotnością?

Samotność jest wkalkulowana w sport. Wiedziałam o tym, kiedy podejmowałam decyzję o takiej karierze. Wiedziałam, że będę musiała zdobyć się na wyrzeczenia. Moi bliscy to rozumieją, nie katują mnie wyznaniami w stylu: ojej, jaka szkoda, że musisz już jechać.

Miewa pani myśli, że po zakończeniu kariery w końcu będzie czas na wysypianie się do 9, leniwe picie kawy, długie spotkania z przyjaciółmi?

Pierwszy plan był taki, że po igrzyskach w Tokio w 2020 roku zakończę karierę, jednak pandemia wywróciła wszystko do góry nogami. Ale miałam takie pomysły, jasne. Co prawda nie jestem typem, który lubi długo spać, bo zawsze byłam rannym ptaszkiem, ale zaczęłam myśleć o tym, że w końcu będę miała więcej czasu dla siebie.

W pandemii wszystko zwolniło, także sport. Więcej było tego czasu dla siebie?

Jestem po dwóch zabiegach, miałam przerwę przeznaczoną na rehabilitację. To była taka namiastka sportowej emerytury. Było to fajne doświadczenie, intensywne. Na co dzień żyję w ostrym reżimie. Wreszcie nasyciłam się spotkaniami, odpoczynkiem. Ale miałam świadomość, że to chwilowe.

Jednak ta sportowa emerytura jest nieuchronna. Cieszy się pani na nią?

Życie będzie zupełnie inne. Gdy trenuję, wszystko jest poukładane: trening, odpoczynek, pory posiłków. Lubię ten porządek. Na początku, kiedy miałam rehabilitację, nie mogłam się przyzwyczaić do czasu wolnego. Miałam poczucie, że go marnuję. To nie było łatwe, bo przecież przez 20 lat kariery wszystko miałam zaplanowane co do minuty. Teraz wiem, jak smakuje taka wolność. Te dziewięć miesięcy odpoczynku dało mi do myślenia. Wiem na pewno, że muszę mieć zaplanowane życie po karierze, bo inaczej trudno byłoby mi to psychicznie dźwignąć.

Przejście na emeryturę bywa trudne. Ludzie czują, że stracili sens. Czują się niepotrzebni.

Boję się tego. Takie myśli towarzyszyły mi, kiedy byłam kontuzjowana. Pierwsze dwa tygodnie były wspaniałe, odpoczywałam, oglądałam filmy, czytałam książki, ale wkrótce zaczęło mi brakować adrenaliny. Widzę to po innych: kiedy przechodzą na emeryturę, zamykają się w domu. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Będę musiała się dobrze zorganizować.

Ma pani już jakieś pomysły?

10 lat temu byłam pewna, że będę chciała być trenerką. Dziś wiem, że to nie jest moja droga. Ukończyłam Akademię Wychowania Fizycznego i mam dyplom trenera lekkoatletyki, ale całe życie spędziłam na walizkach i nie sądzę, bym chciała to dalej robić.

Więc co?

Na pewno będę chciała założyć fundację. Bardzo lubię spotykać się z dziećmi i młodzieżą, cenię spotkania z nimi i myślę, że im też sporo dają. Będę chciała robić wszystko, by zachęcać młode osoby do sportu. Myślę, że to ważne zwłaszcza dzisiaj, kiedy tak wielu młodym osobom trudno się odnaleźć.

Sytuacja dzieci i młodzieży w Polsce jest trudna. Psychiatria jest w tragicznym stanie, pandemia i zamknięcie w domach źle wpływają na młodych, pozbawionych kontaktu z rówieśnikami. Sport może być receptą?

Mam ciągły kontakt z młodymi ludźmi i widzę, w jakim są stanie. To trudny wiek, młodzież boryka się z wieloma problemami, których dorośli zwyczajnie nie rozumieją. Pandemia je pogłębiła. Myślę, że sport może przyjść w sukurs. Jasne, nie wszyscy zostaną zawodowcami, ale nie o to chodzi.

A o co?

Żeby zobaczyć świat poza ekranem telefonu i monitorem komputera. Zwyczajnie. Pobyć z innymi, zobaczyć się w relacji z nimi. Ja miałam inne dzieciństwo, zawsze byłam aktywna, biegałam po podwórku. Kiedy opowiadam o tym młodym – ja i inni sportowcy – to dla nich dobra motywacja. Oczywiście ogromną rolę odgrywają rodzice. Apeluję do nich: ostrożnie z tymi tabletami i telefonami, lepiej pójść na spacer.

Jaka pani była jako dziecko?

Bardzo nieśmiała. Jako dziewczynka zawsze dużo broiłam, byłam łobuzem, wolałam spędzać czas z chłopakami. Rodzice nie mieli ze mną łatwo. Większość czasu spędzałam na dworze i dzięki temu trafiłam do sportu. To był przełom – dzięki treningom nabrałam pewności siebie.

Rodzice oboje są sportowcami, zachęcali panią do aktywności?

Tak, to dla nich była naturalna droga. Mama trenowała koszykówkę, a tata – piłkę nożną. Ale zawsze też przestrzegali…

Przed?

Mówili, żebym uważała, jak przyjdą sukcesy. Żebym została sobą.

Jeden z pani tytułów to najlepsza lekkoatletka na świecie. Jeden z wielu. Kiedy jest się najlepszym/ą na planecie, łatwo popaść w samozachwyt.

Mnie to chyba nie groziło właśnie ze względu na rodziców. Zawsze mnie uczulali, żeby mi sodówka nie uderzyła do głowy. Wcześnie zaczęłam pracować z psychologiem, dzięki czemu mam dobrze poustawiane wartości i ich hierarchię. Fakt, wszystko, co mogłam osiągnąć w sporcie, osiągnęłam. Ale nie rozpamiętuję tego. Jasne, jest przyjemnie, ale cały czas patrzę do przodu. Mam wyznaczone cele, do których dążę: mam igrzyska albo mistrzostwa, jadę po medal. Jak już go mam – zrealizowałam cel, jadę dalej. Jestem rekordzistką świata, mistrzynią olimpijską – OK, czas na kolejny rozdział. Doceniam to, ale nie mam czasu na roztrząsanie tego. Bo co, mam chodzić z zadartym nosem i głową w chmurach? Nie, trzeba stąpać mocno po ziemi. Nigdy od nikogo nie usłyszałam, że mam zejść na ziemię albo że się zmieniłam. Zawsze słyszałam w głowie słowa rodziców: „Zostań sobą. Nawet jak przyjdą sukcesy. Zwłaszcza wtedy”.

To rodzice są opoką?

Od początku mnie wspierali i mi kibicowali. A znam przypadki, że rodzice nawet nie pytali, jak było na zawodach. U mnie do dzisiaj jest tak, że rodzice zawsze są na stadionie. To dla mnie dodatkowe wsparcie.

Wielu sportowców lubi wystawne życie. Pani lubi się rozpieszczać?

Nie. Mam chłodną głowę. Na wiele rzeczy mogę sobie pozwolić, ale nie ma co przesadzać. Po zakończonym sezonie zawsze sprawiam sobie prezent. Kupuję sobie coś, o czym marzyłam.

Na przykład co?

Po jednym sezonie poleciałam na wakacje do Stanów Zjednoczonych. Lubię gotować, więc kupiłam sobie dobry sprzęt kuchenny. Czasem buty, ciuch. Czasem na zgrupowaniu marzę, żeby włożyć sukienkę, buty na obcasie, bo przecież większość czasu spędzam w dresie. A moja konkurencja w dodatku jest mocno „męska”, więc muszę jakoś tę kobiecość pielęgnować. Zawsze mam pomalowane paznokcie, to mój rytuał przed zawodami. Taki manifest.

Wzorowana na pani lalka ma pomalowane paznokcie?

Nie, ale ma inne moje atrybuty. Moja manikiurzystka się śmiała z tego, pytała: „A gdzie pazury pomalowane?”. Rozmawiałam z firmą Mattel o lalce. Jest więc w sportowym stroju w biało-czerwonych barwach, z orłem na piersi i z młociarską rękawicą w lewej dłoni. Ma młot i dwa olimpijskie medale na szyi.

Mówi pani o biało-czerwonych barwach, orle na piersi. Co dla pani znaczy patriotyzm?

Kiedy zdobywam medal i słyszę Mazurek Dąbrowskiego, czuję dumę. Czuję, że te medale zdobywam nie tylko dla siebie, ale też dla innych. To dodatkowa motywacja.

Mam możliwość i propozycje, by mieszkać za granicą. Ale nie. Teraz siedziałam trzy miesiące w Katarze i nie mogłam się doczekać, aż wrócę. Moje miejsce jest w Polsce.

Śledzi pani, co dzieje się w kraju?

Tak, nawet kiedy jestem na zgrupowaniach. Wiem, że nie jest łatwo, ale jestem o Polki spokojna. A i lęków we mnie niewiele. Staram się pozytywnie patrzeć w przyszłość i nie spalać się ze strachu. To także jest moje przesłanie dla dziewczynek – by wierzyć w siebie. Damy radę.

Kobiety muszą mieć prawo wyboru. Nie chcę, żeby ktoś mi mówił, co mam robić i jakie decyzje podejmować. Musimy o siebie walczyć.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.