Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Dulina!”, „Jesteśmy dumni!”, „Viva Dulina!”, „Swobodu!”, „Żywie Biełaruś!”, te i wiele innych haseł skandowało kilkaset studentek i studentów Mińskiego Państwowego Uniwersytetu Lingwistycznego, którzy zebrali się 30 października rano przed jego gmachem. Dzień wcześniej dowiedzieli się, że jedna z najbardziej aktywnych i wspierających ich w proteście wykładowczyń, liderka uczelnianego strajku, italianistka Natalia Dulina została zwolniona z dnia na dzień. Tego dnia zebrali się przed uniwersytetem, by okazać jej wsparcie i wyrazić niezgodę na działania władz uczelni pozbywającej się tych studentów i wykładowców, którzy nie kryli swoich opozycyjnych poglądów.

„Oficjalnym powodem mojego zwolnienia dyscyplinarnego jest odwoływanie zajęć w ramach trwającego od poniedziałku [26 października] strajku. Nie podpisałam na razie żadnych papierów, bo w dalszym ciągu strajkuję!”, tymi słowami zwróciła się wykładowczyni do czekających na nią z plakatami i transparentami studentów, po czym zniknęła za drzwiami uniwersytetu. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że zaledwie kilka godzin później zostanie w tym samym miejscu zatrzymana, a raczej porwana przez funkcjonariuszy struktur siłowych. Grupa mężczyzn w kominiarkach wciągnęła ją do nieoznakowanego samochodu i odwiozła do mińskiego aresztu Okrestino – tego samego, w którym zaledwie kilka tygodni wcześniej zatrzymani podczas protestów Białorusini byli bici i torturowani przez OMON. Wykładowczyni spędziła tam czternaście dni.

"Nie można sobie na to pozwolić"

Natalia Olegowna Dulina studia językowe rozpoczęła w 1980 r. Dostała się na nie bez problemu. Prymuska, zakochana w językach obcych, szkołę średnią ukończyła z wyróżnieniem. Italianistyka okazała się jej prawdziwą pasją, Dulina szybko się doktoryzowała i pozostała na uczelni, gdzie wykładała przez trzydzieści lat. Jej wiedza i osiągnięcia zostały docenione, dzisiaj międzynarodowe środowisko językoznawcze uważa ją za wiodącą italianistkę Białorusi.

Mimo że Dulina przez całe życie pracowała na państwowej uczelni, nigdy nie popierała władzy: ani radzieckiej, ani białoruskiej. Podczas jednej z pierwszych akcji studenckich protestów, które rozpoczęły się na Białorusi we wrześniu, wraz z początkiem roku akademickiego, powiedziała: „Dwadzieścia sześć lat temu dobrze wiedziałam, co to za człowiek. Nigdy nie głosowałam na Aleksandra Łukaszenkę. Przez te wszystkie lata wszyscy przywykliśmy do stania na uboczu, aż nadszedł czas, kiedy nie można sobie dłużej na to pozwolić”.

Natalia Olegowna postanowiła nie tylko zejść z metaforycznego pobocza, ale też wziąć aktywny udział w walce z reżimem. Jako wieloletnia pedagożka wykładowczyni czuła się odpowiedzialna za swoich studentów, którzy hardo, odważnie i dumnie stawiali czoła uzbrojonym po zęby funkcjonariuszom milicji i OMON-u. Chodziła więc z nimi na wszystkie akcje, by nad nimi czuwać. „Studenci – jesteście wspaniali!”, z takim plakatem można było zobaczyć ją w biało-czerwono-białym tłumie na ulicach Mińska. Kiedy siłowicy zatrzymywali jej studentów, jak sama później przyznała, czuła wstyd, że „jej dzieci” siedzą w areszcie, a ona pozostaje na wolności. Podczas sobotnich i niedzielnych marszów razem z nimi skandowała: „Żywie Biełaruś!” i „Swobodu!”, od poniedziałku do piątku, na dużych przerwach śpiewała z nimi "Kupalinkę", "Pieriemien", a nawet "Marsyliankę", by później powrócić do prowadzenia zajęć – studenci nie chcieli ich opuszczać, nawet ze względu na protesty.

Kiedy sytuacja w kraju jeszcze bardziej się zaostrzyła, siłowicy zaczęli zatrzymywać studentów nie tylko podczas protestów, ale także na terenie uczelni, nie wytrzymała. Pod koniec października w niedzielę zwróciła się do nich za pośrednictwem komunikatora Telegram: „Nasi drodzy studenci! Doceniamy każdego z was! Waszą wiedzę, umiejętności, talent, chęć uczenia się nowych rzeczy, pragnienie wyrażania siebie i samodoskonalenia. Zawsze uczyliśmy was myśleć, wyrażać swoją opinię, nawet jeśli było to sprzeczne z opinią nauczyciela. Niestety, są to trudne czasy dla nas wszystkich, kiedy każdy musi dokonać wyboru dla siebie dla przyszłości swojego kraju. Bez tego my jako nauczyciele po prostu nie będziemy w stanie wejść do was do sali i spojrzeć wam w oczy. Dlatego chcemy poinformować, że od 26.10.2020 bierzemy udział w ogólnokrajowym strajku. Dbajcie o siebie i bądźcie wierni sobie, waszym sercom i sumieniom”.

Od tego dnia Natalia Dulina, wspierana przez ok. pięćdziesięciu innych wykładowców uniwersytetu, którzy się do niej przyłączyli, mimo świadomości braku zgody władz uczelni na podobne działania nie prowadziła zajęć. Zyskała sobie tym zarówno wielu zwolenników, jak i jawnych wrogów.

"Nie mogłam ich nie wesprzeć"

Już następnego dnia na strajk studentów i wykładowców zareagował Aleksander Łukaszenka, który 27 października oświadczył: „Kto, naruszając prawo, brał udział w nieautoryzowanych przez władze akcjach, jest pozbawiony prawa do bycia studentem. Miejsce takich ludzi jest w wojsku albo na ulicy. Muszą zostać wydaleni z uniwersytetu. To samo dotyczy nauczycieli, którzy zachowują się paskudnie na uniwersytetach”.

„Tak naprawdę to właśnie wtedy zostałam zwolniona z pracy. Wszystko, co wydarzyło się później, to tylko efekt rozkazów Łukaszenki”, skomentuje później Dulina.

Do kolegów z uczelni miała tylko jedną prośbę: by nie ukrywali przyczyny jej zniknięcia z pracy. „Poprosiłam szefa wydziału i studentów, aby nie ukrywali powodu mojej nieobecności. Strajkowałam, aby cały kraj widział naszą solidarność. Początkowo wspierałam studentów, którzy postanowili otwarcie wyrazić swój protest, swoje stanowisko obywatelskie. Bardzo z tego powodu ucierpieli na początku września, kiedy zostali zatrzymani na uniwersytecie. Nie mogłam ich nie wesprzeć”, opowiadała.

Oskarżona o organizację strajku i udział w nielegalnych zgromadzeniach wykładowczyni została skazana na dwa tygodnie więzienia. Paradoksalnie odetchnęła wtedy z ulgą. Miała świadomość, że z powodu utraty pracy, a wcześniej niewysokiej pensji i braku większych oszczędności, opłacenie kary grzywny stanowiłoby dla niej większy problem niż odsiedzenie czternaście dni w areszcie – za pobyt w więzieniu co prawda na Białorusi również trzeba zapłacić, ale znacznie mniej. W więzieniu poznała m.in. aktorkę, bibliotekarkę, dyrygentkę chóru. Wielu osobom była znana ze względu na swoją aktywność. Kiedy dowiedziała się od jednej z osadzonych, która trafiła do aresztu już po niej, że w ramach akcji solidarności z nią białoruscy studenci noszą na rękach niebieskie wstążki, rozpłakała się. Wzruszała ją też liczba otrzymywanych listów: „Przez całe życie nie dostałam tylu listów, nawet od obcych osób”, opowiadała. Przyznała też, że niczego nie żałuje i zamierza dalej walczyć z reżimem – na miarę swoich możliwości.

Dla białoruskich studentów Natalia Olegowna Dulina stała się nie tylko symbolem walki o wolność słowa, ale też przykładem wzorowego pedagoga. Bo choć podczas strajku takich jak ona było jeszcze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset, to nie wszyscy studenci mogli liczyć na wsparcie i zrozumienie swoich wykładowców. Poskutkowało to zresztą masowymi skreśleniami z listy studentów na wielu białoruskich uniwersytetach i licznymi wypowiedziami przedstawicieli władz uczelni, którzy, jak rektorka Białoruskiej Państwowej Akademii Sztuk Pięknych Natalia Karczewska, potępili protesty opozycji.

Dzisiaj Natalia Dulina działa w opozycyjnej Radzie Koordynacyjnej. Szuka pracy, ale nie myśli o powrocie na uczelnię, bo wie, że nic się tam nie zmieniło. Zapytana o to, jaką widzi Białoruś w przyszłości, bez wahania odpowiada: „Wolną”, a później dodaje: „Chciałabym, by była demokratycznym, europejskim krajem, w którym ludzie mówią w różnych językach, ale przede wszystkim – po białorusku”.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.