Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Poniedziałkowe przedpołudnie w centrum Mińska. Krótkowłosa, wysoka blondynka szybkim krokiem mija budynek Narodowego Muzeum Sztuki. Spieszy się. Nagle znikąd, za jej plecami, pojawia się grupa nieumundurowanych mężczyzn w maskach i kominiarkach. Podbiega ich do niej kilku, obezwładnia ją, siłą zaciąga do nieoznakowanego busa z napisem „Sieć”. Telefon wypada z dłoni kobiety, z głuchym stukiem upada na bruk. Jeden z mężczyzn podnosi go, po czym, w ślad za resztą, wsiada do samochodu. Bus odjeżdża. Wszystko trwa kilkanaście sekund.

Tak wyglądało poniedziałkowe zatrzymanie, a raczej porwanie Maryi Kalesnikawej, szefowej sztabu niedoszłego kandydata na prezydenta Wiktara Babaryki, członkini prezydium opozycyjnej Rady Koordynacyjnej, nieoficjalnej liderki białoruskiej opozycji, obecnej na każdym marszu protestu. Relacjonująca porwanie polityczki przypadkowa dziewczyna, która akurat w tym czasie również znalazła się na ulicy Lenina, nie zdążyła nawet wyciągnąć telefonu, by nagrać zajście. Jak sama zresztą później przyznała, jeśli czas pozwoliłby jej na utrwalenie momentu, bałaby się, że podzieli los kobiety. Gdyby nie fakt, że opowiedziała ona o nim niezależnemu, białoruskiemu portalowi TUT.BY, można byłoby pomyśleć, że Maryja Kalesnikawa, najbardziej znana dzisiaj białoruska polityczka, w biały dzień rozpłynęła się w powietrzu.

„Nie mamy kontaktu z Maryją, nie wiemy, dokąd została zabrana”, potwierdził wkrótce później informację o zniknięciu opozycjonistki jej sekretarz prasowy Gleb German.

W niewyjaśnionych okolicznościach w poniedziałek zniknęło także dwóch innych członków opozycyjnej Rady Koordynacyjnej, powołanej dzięki inicjatywie Swiatłany Cichanouskiej w celu przeprowadzenia z Aleksandrem Łukaszenką negocjacji o bezkrwawym przejęciu władzy. Członkowie rady poinformowali media, że kontaktu nie mają również z sekretarzem prasowym Antonem Rodnienkowem i jej sekretarzem wykonawczym Iwanem Krawcowem. U tego ostatniego w domu przeprowadzono rewizję.

Mimo że w białoruskiej stolicy zaginęły wczoraj trzy osoby, ani milicja, ani komitet śledczy nie były w stanie udzielić jakichkolwiek informacji na ten temat. Sekretarz prasowy MSW Olga Czemodanowa również nie umiała odpowiedzieć na pytania dotyczące zniknięcia przedstawicieli opozycji. Głos zabrała jednak Swiatłana Cichanouska, alternatywna kandydatka na urząd prezydenta, która po złożeniu w CKW odwołania, twierdząc, że wyniki wyborów zostały sfałszowane, została zmuszona przez władze do opuszczenia kraju: „Reżim po raz kolejny udowadnia, że jego głównym sposobem działania jest zastraszanie. Porwanie Maryi Kalesnikawej, Antona Rodnienkowa i Iwana Krawcowa to próba uniemożliwienia pracy Radzie Koordynacyjnej. To nas nie powstrzyma. Im bardziej nas zastraszają, tym więcej ludzi wyjdzie na ulice”, mówiła.

Po wielu godzinach niepokojącej ciszy, we wtorek nad ranem, pojawiły się pierwsze informacje opublikowane przez agencję Interfax, z których wynikało, że Rodnienkow i Krawcow zostali siłą deportowani z kraju i wywiezieni na Ukrainę przez przejście graniczne „Aleksandrowka”, na które trafili prosto z aresztu.

Kalesnikawa, mimo że przewieziona na granicę była razem z nimi, na Ukrainę nie dotarła i to z własnej inicjatywy: tuż przed przejściem kontroli granicznej polityczka porwała na strzępy swój paszport, by uniemożliwić ukraińskim pogranicznikom przepuszczenie jej.

W efekcie została ponownie zatrzymana, a następnie, jak wynika z najnowszych informacji, których udzielił dziennikarzom sztab Wiktara Babaryki, opierając się na anonimowe doniesienia, przewieziona i osadzona na terenie jednostki wojskowej w obwodzie homelowskim.

Prorządowe białoruskie media natychmiast przekazały Białorusinom własną wersję wydarzeń, z której wynika, że siejąca zamęt, narażająca obywateli na przemoc i niebezpieczeństwo opozycja postanowiła zostawić swoich zwolenników i ratować własną skórę. Informacjom tym zaprzeczył sztab Wiktara Babaryki oraz opozycyjna Rada Koordynacyjna.

Jeden z członków prezydium, Maksim Znak, powiedział: „Kiedy rozmawialiśmy o sytuacji Olgi Kowalkowej, którą niedawno zmuszono do opuszczenia Białorusi i wyjazdu do Polski, Maryja podkreśliła, że sama nigdy nie zgodzi się na wywiezienie z kraju”.

W chwili pisania tego tekstu nadal nie ma z nią żadnego kontaktu. Jej telefon nie odpowiada.

Kim jest Maryja Kalesnikawa

Maryja Kalesnikawa nie ma większego doświadczenia politycznego. Z zawodu i wykształcenia jest flecistką oraz dyrygentką. Studiowała na Akademiach Muzycznych na Białorusi i w Niemczech, grała i organizowała koncerty, jako dyrektorka artystyczna niemieckiego centrum kultury OK16 realizowała liczne projekty muzyczne, m.in. o charakterze edukacyjnym. Uczyła także gry na flecie w gimnazjach muzycznych. Dzięki swojej działalności poznała Wiktara Babarykę, który zaangażował się w organizowane przez nią wydarzenia kulturalne na Białorusi. Szybko okazało się, że łączą ich nie tylko zainteresowania muzyczne, ale również wizja nowej, wolnej Białorusi.

Kalesnikawa była jedną z pierwszych osób, której Babaryka zwierzył się z chęci kandydowania na urząd prezydenta, a ona od razu tę decyzję poparła. Kiedy Babaryka trafił do więzienia KGB, Maryja niejako zajęła jego miejsce, wspierając Cichanouską w sztabie i walcząc o nowe, uczciwe, demokratyczne wybory oraz uwolnienie więźniów politycznych.

Kiedy spotykam się z nią w Mińsku, białoruskie społeczeństwo jest przerażone i zszokowane trzydniową serią aktów brutalnej pacyfikacji protestów obywateli przez OMON. Sama Kalesnikawa jest skoncentrowana, zajęta i poważna. Pod oczami, mimo starannego makijażu, widać cienie, w oczach – determinację i zmęczenie. Mimo odpowiedzialności i liczby obowiązków, jakie na nią spadły, Maryja bywa nawet bardziej responsywna od swojego sekretarza prasowego. Nie zostawia bez odpowiedzi żadnego telefonu, a na każdą wiadomość, którą jej wysłałam, otrzymałam wyczerpującą odpowiedź. Ze względu na brak czasu, na wywiad wpada jak po ogień, tuż przed nagrywa materiał video, w którym zwraca się do Białorusinów uczestniczących w protestach z prośbą, by unikali prowokacji siłowików, z kolei od razu po ma naradę.

– Nie czuję się politykiem, ale wiem, że ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność. Wiele osób pokłada we mnie ogromne nadzieje. A ja robię wszystko, by moich rodaków nie rozczarować – mówiła.

Kalesnikawa, jako jedyna z tria kobiet tworzących opozycyjny, zjednoczony sztab, pozostała na Białorusi. „Pójdę do końca” - mówiła mi podczas naszej ostatniej rozmowy. Idzie. Nie ustaje.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.