Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nazwisko Swiatłany Cichanouskiej od wielu tygodni nie schodzi z ust Białorusinów. Skandują je na ulicach podczas pokojowych protestów i akcji solidarności, noszą na koszulkach i bransoletkach, narażając się przy tym na utratę wolności, bo w państwie milicyjnym, jakim za sprawą Aleksandra Łukaszenki stała się Białoruś, tego rodzaju gesty nierzadko skutkują zatrzymaniami i przemocą.

Tuż po ogłoszeniu wyników sfałszowanych wyborów prezydenckich przekonało się zresztą o tym tysiące zatrzymanych i pobitych przez OMON osób, które znalazły w sobie odwagę, by walczyć o Swietę i sprawiedliwość na ulicach białoruskich miast.

We wtorek, 18 sierpnia, do sieci trafiło nagranie Cichanouskiej, w którym zaapelowała do przywódców krajów europejskich, by nie uznawali sfałszowanych wyników wyborów na Białorusi. - Drugi tydzień z rzędu mój naród walczy pokojowo o własne prawo do wolnych wyborów. Te wybory z 9 sierpnia nie były ani uczciwe, ani przejrzyste, a wyniki zostały sfałszowane - mówi Cichanouska.

Przywódczyni opozycji poinformowała również, że zainicjowała Narodową Radę Koordynacyjną Białorusi. - Będzie ona prowadzić proces pokojowej transformacji władzy poprzez dialog. Wezwie do przeprowadzenia nowych, uczciwych i demokratycznych wyborów prezydenckich pod międzynarodowym nadzorem – tłumaczyła. Na koniec jeszcze raz zaapelowała o poparcie oraz poszanowanie zasad prawa międzynarodowego, ale także suwerenności Białorusi i jej mieszkańców.

W swoim wcześniejszym nagraniu przebywająca na Litwie Cichanouska zapowiedziała, że jest gotowa wziąć na siebie odpowiedzialność i zostać przywódczynią narodu.

"Kura domowa" i "agentka zagranicy"

Jeszcze do niedawna, przynajmniej w oficjalnej narracji, Cichanouska była jedynie „kurą domową” i „nieszczęsną dziewczynką”. Obiektem drwin. Kandydatką dopuszczoną do udziału w wyborach nawet nie tyle przez przeoczenie władz, dokładających wszelkich starań, by w politycznym wyścigu o fotel prezydencki nie mógł wziąć udziału nikt, kto stanowiłby realne zagrożenie dla panującego od 26 lat Aleksandra Łukaszenki, ile zupełnie świadomie – dla rozrywki, jako obiekt kpin i żartów. Żartów charakterystycznych zresztą dla wschodniej, nacechowanej patriarchalnymi stereotypami kultury, w której miejsce kobiety jest w domu, najlepiej przy dzieciach i w kuchni.

Jednak traktowana zupełnie niepoważnie przez władze „kura domowa”, w najlepszym razie określana przez Łukaszenkę mianem „agentki zagranicy”, a przynajmniej jako osoba sterowana z zewnątrz w celu wprowadzenia chaosu i pozbawienia Białorusi „suwerenności”, okazała się prawdziwym tuzem białoruskiej opozycji.

Cichanouska, trafiając na scenę polityczną zupełnie przypadkiem, w rezultacie spontanicznej, emocjonalnej decyzji podjętej z chęci kontynuowania działalności uwięzionego, bezsilnego wobec systemu męża, stała się pierwszą osobą w kraju. „Za każdym silnym mężczyzną stoi silna kobieta” – powie później. Stała się liderką, jakiej potrzebują dzisiaj wszyscy ci, których systemowy zamordyzm, przemoc, dramatycznie trudna sytuacja ekonomiczna i okazywana przez władzę pogarda do zwykłego człowieka przez ostatnie 26 lat najpierw wyczerpały i zmęczyły, a później, paradoksalnie, dały siłę, zapał i – co najważniejsze – odwagę do walki o swoje prawa.

Aleksander Łukaszenka, którego Białorusini wprost nazywają dzisiaj dyktatorem, o Swiatłanie Cichanouskiej, alternatywnej kandydatce na urząd prezydenta Białorusi, którą według nieoficjalnych danych poprzeć mogło nawet powyżej 80 proc. Białorusinów, przed wyborami wypowiadał się wielokrotnie. Zawsze prześmiewczo i protekcjonalnie: „Oczywiście, że jestem gotów rozmawiać ze wszystkimi, ale z mojej strony byłoby to [debata z Cichanouską] wręcz nietaktowne.

- O czym miałbym z nią rozmawiać? Rozmawiać z nią nie ma o czym. Przecież wiem, że ją wypchnęli i rozwinęli jak swego rodzaju sztandar. A ona? No cóż, usmażyła może dobre kotlety, nakarmiła dzieci i jeszcze czuć zapach tych kotletów, a tutaj debaty mielibyśmy prowadzić? Znam jej możliwości – kpił w jednym z wywiadów.

Wszystko wskazuje jednak na to, że „wąsaty baćka” albo dyktator, bo tak najczęściej mówią o prezydencie Białorusini, nie tylko przecenił swoją rolę i poparcie, ale też nie brał nawet pod uwagę, że nieznana nikomu kobieta bez jakiegokolwiek doświadczenia medialnego czy politycznego będzie w stanie zdobyć zaufanie, wsparcie i sympatię milionów obywateli.

"Jestem prostym człowiekiem"

Sama Cichanouska, z wykształcenia tłumaczka, ale niepracująca zawodowo od momentu urodzenia dzieci, nigdy nie starała się przedstawiać jako ktoś inny niż w rzeczywistości.

Przyznaje, że nigdy wcześniej nie interesowała się specjalnie polityką, nie ma wyrobionego zdania na każdy temat, nie zna historii. Z rozbrajającą szczerością obiecywała w wywiadzie dla rosyjskiej redakcji, że sprawdzi, co oznacza termin „dekomunizacja”, bo na razie nie jest w stanie się na ten temat wypowiedzieć. Nikt nie powiedziałby o niej, że jest uosobieniem podręcznikowego feminizmu, bo od początku podkreśla, umniejszając przy tym swą rolę, że bierze udział w walce o prezydenturę „tylko” po to, by odebrać Łukaszence władzę, a państwem rządzić później będzie prezydent wybrany w zorganizowanych przez nią uczciwych, demokratycznych wyborach.

Niewysoka brunetka, liderka zjednoczonego sztabu trzech kobiet, podczas licznych organizowanych na terenie całego kraju wieców zawsze stała pośrodku – między Wieraniką Capkałą, pracownicą Microsoftu, a Maryją Kalesnikawą, byłą szefową sztabu Wiktara Babaryki, niedoszłego kandydata na urząd prezydenta, którego KGB aresztowało na progu CKW, nim zdążył zarejestrować swoją kandydaturę. Z całej trójki to właśnie ona ma najmniejsze doświadczenie w wystąpieniach publicznych i, jak sama podkreśla, wiedzę na temat polityki. W rozmowie, której zgodziła się mi udzielić w Mińsku pewnego przedwyborczego dnia, podobnie zresztą jak 20 innym dziennikarzom, mówiła, że nie może doczekać się momentu, kiedy z więzienia zostanie wypuszczony Siarhiej Cichanouski, jej mąż, znany z krytyki władzy bloger, którego ze względu na jego rosnące poparcie oraz działalność „profilaktycznie” usunięto z wyścigu o fotel prezydenta jeszcze przed startem kampanii.

„Mówią mi, że jestem politykiem, że od tego już nie będzie odwrotu, ale ja tego nie czuję. Jestem prostym człowiekiem. Nie mogę doczekać się powrotu do domu, do wychowywania dzieci, bycia przy mężu. To moje życie”.

W tej samej rozmowie Cichanouska powie mi, że siłę do walki nawet nie tyle z Łukaszenką, ile o wolność i sprawiedliwość dla narodu i kraju daje jej miłość. Początkowo, jak mogłoby się wydawać, romantyczna, bo żywiona do męża pozbawionego wolności z powodu chęci wprowadzania zmian i demokratyzowania kraju. Później już także patriotyczna: „Odkryłam w sobie pokłady miłości do mojego narodu i ojczyzny, a także siłę, o jaką nigdy bym siebie nie podejrzewała”.

Wystąpienia Swiatłany sprawiają, że Białorusini zaczynają wierzyć w to, iż mury, o których przetłumaczonymi na język rosyjski słowami Jacka Kaczmarskiego śpiewa dzisiaj cały kraj, rzeczywiście mogą runąć. Ona sama zaś traktowana jest przez wielu już nie tylko jako osoba, której zadaniem jest „jedynie” odsunięcie Łukaszenki od władzy, lecz także jako nowa liderka, pełna empatii, wrażliwości, bliska „zwykłym” ludziom i świadoma ich problemów dnia codziennego.

– Swiatłana jest naszą liderką, naszą przyszłą prezydentką, to ona tak naprawdę wygrała już na starcie te wybory, mimo że białoruska CKW po ich przeprowadzeniu i rzekomym podliczeniu głosów twierdzi inaczej. Swieta jest nasza, bardzo jej potrzebujemy. Od samego początku zachwycam się tą kobietą – mówi mi Lena, mieszkanka Mińska, która każdego wieczora wychodzi na ulice miasta, by wyrazić swoją niezgodę na dalszą prezydenturę Aleksandra Łukaszenki, fałszowanie wyborów i przemoc ze strony siłowików.

Podczas wieców Cichanouska sprawia wrażenie speszonej, nieśmiało uśmiecha się do zgromadzonego tłumu, który skanduje: „Swieta! Swieta! Swieta!” i „Wierzymy! Możemy! Zwyciężymy!”. W trakcie jednego z pierwszych wystąpień liczba zebranych osób tak bardzo ją porusza, że przez pierwszą minutę płacze. A później przemawia – mocno i mądrze, wzbudzając zachwyt Białorusinów.

„Jestem tutaj nie dla władzy. Jeśli wygram, w ciągu pół roku zorganizuję nowe, uczciwe, sprawiedliwe wybory z udziałem wszystkich kandydatów. Po raz pierwszy od 20 lat mamy tyle siły, że możemy zwyciężyć. Mamy dwie drogi: słuchać dalej obietnic albo wziąć sprawy w swoje ręce i zbudować nową Białoruś. Jestem prostym człowiekiem, kobietą, matką, która chce, byśmy w końcu mieli takie życie, na jakie zasługujemy” – obiecywała.

Póki jest wolna, ma szansę, by działać i coś zmienić

Oficjalnie w wyborach prezydenckich, w których Aleksander Łukaszenka zdobył rzekomo ponad 80 proc. głosów, zajęła drugie miejsce. CKW twierdzi, że największe poparcie Swiatłana Cichanouska zdobyła w Mińsku – 15 proc. głosów, co jest absurdalne dla każdego, kto brał udział w organizowanych przez nią spotkaniach przedwyborczych albo później, w protestach, w których ludzie ryzykowali zdrowie, wolność i życie, skandując na ulicach białoruskich miast jej imię.

Cichanouska, podobnie zresztą jak pozostali kandydaci – wszyscy z wyjątkiem „zwycięzcy” – zażądali ponownego przeliczenia głosów i uznali wyniki głosowania za sfałszowane.

Ta kolejna rzucona władzy przez Cichanouską rękawica sprawiła, że musiała dokonać wyboru, którego tak bardzo się obawiała i o którym mówiła w wywiadzie dla „Wyborczej” – między życiem a śmiercią, wolnością a jej brakiem, możliwością dalszego wychowywania dzieci a ich stratą.

Po jej nagłym wyjeździe z kraju i – jak wielu przypuszcza, a Maryja Kalesnikawa właściwie potwierdza – nagranym pod wpływem nacisków ze strony władz i siłowików, najprawdopodobniej w gabinecie przewodniczącej białoruskiej CKW Lidzii Jarmoszyny, apelu do Białorusinów, by zaprzestali protestów, nikt się od niej nie odwrócił.

„Swiatłana postąpiła właściwie. Gdyby pozostała w Białorusi, już teraz byłaby w więzieniu. Potrzebujemy jej na wolności. Póki jest wolna, ma szansę, by działać i coś zmienić” – mówi mi Aleksandr Bielikow, aktywista wielokrotnie zatrzymywany i bity przez siłowików podczas akcji protestacyjnych. Z kolei jedyna z trójki kobiecego sztabu, Maryja Kalesnikawa, która zdecydowała się pozostać w kraju, powiedziała mi podczas wywiadu: „Wspieram Swiatłanę całym sercem, rozumiem i szanuję jej decyzję”.

Zaledwie dwa dni później Cichanouska, już z Litwy, wyraźnie mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, zwraca się do Białorusinów ponownie: „Dziękuję wszystkim protestującym i strajkującym. Jeszcze pół roku temu nikt by nie uwierzył, że uda nam się zjednoczyć i powiedzieć »nie« dawnej władzy. Ale to się stało. Dokonaliśmy wyboru. Dziękuję wszystkim tym, którzy byli przez cały ten czas ze mną. Dziękuję każdemu, kto głosował za zmianą. Białorusini nigdy już nie będą chcieli żyć ze starą władzą. Bronimy swoich głosów w sposób uczciwy i legalny. Władze zmieniły pokojowe protesty w krwawe boje. Patrzę na to i czuję ból. Życie ludzkie jest najcenniejszą wartością. Wzywam władze do zaprzestania przemocy i nawiązania dialogu. My, Białorusini, jesteśmy otwartymi, uczciwymi ludźmi. Razem uda nam się obronić nasz wybór. Nasze głosy muszą zostać usłyszane”.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.