Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kariera Naomi jako modelki rozpoczęła się dzięki przypadkowemu spotkaniu na londyńskiej ulicy, gdy po skończonych zajęciach spędzała czas ze znajomymi ze szkoły w rozrywkowej dzielnicy Covent Garden.

"Podeszła do mnie kobieta i spytała, czy chciałabym spróbować pracy w modelingu. To była Beth Boldt, szefowa agencji Synchro. Byłam podekscytowana, ale kiedy powiedziałam o tym mamie, usłyszałam: 'Nie ma mowy'. Mama chciała, żebym najpierw skończyła szkołę. Miałam wtedy 15 lat" - wspomina modelka.

Wiedziała jednak, że takiej okazji nie można przepuścić. Na spotkanie z Boldt udała się sama, w tajemnicy przed matką. Boldt od razu zorganizowała jej sesję zdjęciową, a Campbell pozowała tak, jak przyszła, w szkolnym mundurku. Był 1985 rok. Tak narodziła się supermodelka. 

Prekursorka

Pierwszą dużą sesję z jej udziałem opublikowała brytyjska edycja "Elle". Potem wszystko potoczyło się lawinowo. Nie tylko chodziła po wybiegach największych projektantów i pozowała dla takich sław jak Peter Lindebergh, ale stała się też tą, która całkowicie zmieniła oblicze modelingu. 

Przed Naomi Campbell dziewczyny z okładek rzadko chodziły w pokazach.

Modelki albo dobrze radziły sobie przed obiektywem, albo sprawdzały się na wybiegu. Naomi okazała się świetna w obu rolach.  

Z przyjaciółkami po fachu - Lindą Evangelistą, Christy Turlington (słynny fotograf Stevena Meisela nazywał je “Trójcą"), Cindy Crawford, Claudią Schiffer i Tatjaną Patitz przedefiniowały pojęcie “supermodelki”. Od tej pory elita modelek była niczym największe gwiazdy filmowe. To one dyktowały warunki, na jakich je zatrudniano, a ich życie śledzili dziennikarze plotkarskich magazynów. Modelki nie tylko przestały być anonimowe, ale też stały się sławniejsze od projektantów, których stroje na co dzień prezentowały. 

Nigdy wcześniej, ale też już nigdy później, modelki nie stanowiły takiego fenomenu społeczno-kulturowego.  

Kariera była jej pisana. Jej pochodząca z Jamajki mama, Valerie, była tancerką. Dom Naomi wypełniony był muzyką i tańcem, jednak jako pięciolatka początkowo trafiła do londyńskiej szkoły aktorskiej. Za jej pierwszy publiczny występ uznaje się teledysk do utworu "Is This Love" Boba Marleya. Wysoka dziewczynka w eleganckim płaszczyku, która maszeruje ulicą ramię w ramię z Marleyem, to właśnie Naomi. Miała wtedy siedem lat. 

Ojca nigdy nie poznała, opuścił Valerię, gdy ta była w czwartym miesiącu ciąży. Modelka przyjęła nazwisko ojczyma, a za swojego "duchowego" tatę od lat uznaje producenta muzycznego, Quincy'ego Jonesa. 

Valerie występowała dużo i często, małą Naomi zajmowała się wtedy babcia i nianie. Wychowanie w damskim domu miało więc niewątpliwie wpływ na ukształtowanie niezależnego charakter Campbell. Z mamą do dziś łączy ją silna więź, a córka uważa ją za swoją mentorkę. Być może gdyby nie Valerie, Naomi nie byłaby, “tą Naomi”.

“To nie tak, że nie umiałam chodzić. Mama pokazała mi, jak robić to stylowo, jak wsłuchać się w muzykę i rytm, ale też jak iść, kiedy tej muzyki nie ma. Modelka musi pamiętać, że to nie ona jest najważniejsza podczas pokazu, najważniejsze jest znalezienie w sobie charakteru projektanta, którego ubrania się nosi" - podkreśla Campbell.

I słowa dotrzymuje. Kiedy idzie, widzowie czują, jak pewną siebie jest osobą, ale nie przyćmiewa sobą całego pokazu. W znajdywaniu złotego środka jest mistrzynią.  

 

Słynny chód Campbell jest jej wizytówką od lat. Nie ma chyba drugiej takiej modelki, która przez wybieg idzie tak energetycznie i stylowo zarazem. Powstała niezliczona ilość kompilacji wideo w hołdzie dla profesjonalizmu Naomi. To na niej wzorowała się Beyonce, kiedy kręciła układ choreograficzny do teledysku “Crazy in Love”.

Co ciekawe, modelka na wybiegu przewróciła się tylko raz, w 1993 roku podczas pokazu Vivienne Westwood.

Trudno ją o to winić, bo wystąpiła wtedy w niebotycznie wysokich koturnach. Jednak Campbell wspominała po pokazie, że to jej wina, bo za mało czasu poświęciła na próby i źle rozłożyła ciężar stopy. Słynne buty wystawiono potem w Victoria and Albert Museum w Londynie. 

Musisz być dwa razy lepsza od innych

Tylko raz zdarzyło się jej też płakać po pokazie. W 2019 roku dom mody Valentino zaprosił do współpracy przy pokazie kolekcji wiosna-lato aż 40 czarnych modelek, w tym samą Campbell. Modelka przyznała, że dopiero wtedy poczuła, ile lat funkcjonowała w przemyśle naznaczonym rasizmem. "Płakałam, bo byłam przytłoczona i zarazem szczęśliwa. Kiedy spojrzałam na dziewczyny, które przyszły po mnie, pomyślałam: te 33 lata w branży miały znaczenie. Warto było głośno się sprzeciwiać, warto było walczyć razem z Iman, aby teraz te piękne dziewczyny mogły być traktowane jak należy".

Choć zawsze podkreślała, że nigdy nie chciała być faworyzowana ani postrzegana przez pryzmat koloru skóry, przez wiele lat swojej kariery spotykała się z rasistowskim podejściem w tak, wydawałoby się postępowym środowisku, jak modelingu. Wprawdzie zapisała się w historii jako pierwsza czarna modelka, która pojawiła się na okładce paryskiego wydania "Vogue", ale stało się to dopiero wtedy, gdy zainteresował się nią sam Yves Saint Laurent. Projektant miał zagrozić, że jeśli na okładkę wybiorą znowu białą modelkę, wycofa z magazynu wszystkie swoje reklamy.

Gwiazdy żegnają zmarłego fotografa Petera LindberghaGwiazdy żegnają zmarłego fotografa Petera Lindbergha / Capital Pictures/East News

Rok wcześniej, w 1987 roku, mniej obaw miało brytyjskie wydanie, choć do zmiany dojrzewali ponad dwadzieścia lat. Poprzednia czarnoskóra modelka, Donyale Luna, pojawiła się u nich na okładce w 1966 roku. Także na wybiegu nie było idealnie. Jej przyjaciółki z "Trójcy" miały zagrozić, że jeśli Dolce&Gabbana nie zatrudni Campbell, one też zrezygnują. “Szybko zorientowałam się, co oznacza bycie czarną. Już na starcie musisz być dwa razy lepsza od innych” - wspomina dziś.

Teraz to ona pomaga młodszym koleżankom. Wraz z Iman i Bethann Hardison założyła "Diversity Coalition", która walczy z przejawami rasizmu na wybiegach.

Zakładniczka przeszłości

Bycie silną, niezależną, walczącą o swoje i wyrazistą kobietą, w przypadku Campbell oznaczało też nieradzenie sobie z emocjami. Przez ponad 30 lat w branży zdobyła reputację trudnej i konfliktowej. Przez krytyków nazywana “diwą”, przez Tyrę Banks, która stała się jej konkurentką, “podłą suką, która patrzyła na mnie tak, jakby chciała mnie wyrzucić z wybiegu”. Naomi zawsze odnosiła się do tego ze spokojem, podkreślając że wie, iż nie jest ideałem i że nie jest dumna ze wszystkiego, co robiła, zauważając przy okazji, że już zawsze “będzie zakładniczką swojej przeszłości”. A jest w tej przeszłości kilka kart, które zapewne wolałaby spalić.  

Jako pierwsza problem z charakterną Naomi Campbell miała agencja "Elite", która reprezentowała ją od 1987 roku. Zrywając z nią kontrakt, i to u szczytu jej sławy, przedstawiciele agencji tłumaczyli, że "żadna ilość pieniędzy, jaką zarabiała, ani posiadany przez nią prestiż nie były w stanie usprawiedliwić przemocy wobec reprezentantów agencji i klientów". Modelka broniła się potem, że to ona sama chciała zakończyć współpracę, a agenci tylko ją ubiegli. Prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść.

W przeciągu dziesięciu lat modelka: rzuciła telefonem w pokojówkę, wdała się w bójkę z pomocą domową, asystentką i sekretarką, a paparazzo uderzyła torebką. 

Najdrożej kosztował ją jednak atak na policjanta, od tego czasu nie może podróżować British Airways. Funkcjonariuszy policji na lotnisku zaatakowała po tym jak wezwano ich, aby uspokoili modelkę awanturującą się z powodu zagubionego bagażu. 

Część z tych zdarzeń miało też potem finał w sądzie, a Campbell krewki charakter odpokutowywała pracami społecznymi. Niestety nie przysporzyła tym sobie wielu zwolenników, bo do mycia okien i sprzątania podłóg potrafiła stawić się w sukniach haute-couture. Paparazzi przyłapali ją też na ulicy w koszulce z napisem: "Naomi uderzyła mnie... i bardzo mi się to spodobało". 

Honorowa wnuczka

Czarny PR zaczął jednak w końcu dawać się jej we znaki, bo po zajęciach z kontrolowania złości, przyznała w końcu w wywiadzie dla “Vogue”, że “zrozumiała, że milczenie jest złotem”. Zaangażowała się w działalność charytatywną. Przez wiele lat współpracowała z Czerwonym Krzyżem. W 2005 założyła organizację "Kochamy Brazylię”, która zbiera fundusze na walkę z ubóstwem w tym kraju. Jest założycielką i ambasadorką “Fashion For Relief”, która za pośrednictwem serii charytatywnych pokazów i aukcji, zebrała miliony dolarów na rzecz ofiar huraganu Katrina, tsunami w Japonii w 2011 roku czy walkę z epidemią wirusa Eboli w Afryce. Przez wiele lat wspierała też kampanie polityczne Nelsona Mandeli, przekazała też dużą sumę pieniędzy ze swojej sesji zdjęciowej w Tanzanii dla Afrykańskiego Kongresu Narodowego.

Sam Mandela nazywał ją potem swoją "honorową wnuczką".

I choć Campbell ma jamajskie dziedzictwo często mówi, że najszczęśliwsza jest właśnie w Afryce: "Tam czuję spokój, bardzo prawdziwy wewnętrzny spokój”. Sama mówi też o sobie, że jest „globalnym twórczynią zmian”. Zachęca do inwestowania w rozwój szkół w Ghanie, Nigerii i Kenii. "Wiele firm mieni się globalnymi, ale tak nie jest. Nie są globalni, bo przegapili wielki kontynent złożony z kilkudziesięciu krajów, z niezwykle mądrymi ludźmi, którzy zasługują na to, aby móc uczyć się tego, co my i mieć takie same możliwości” - tłumaczy.  

Dziś Naomi Campbell to przede wszystkim marka. Kiedy w 1998 roku magazyn "The Time" ogłosił koniec ery supermodelek, była tą, która wprawdzie pojawiała się na czołówkach tabloidowych magazynów w związku ze swoimi wyskokami, ale nie przestała przy tym ciężko pracować. Zniknęła z wybiegów, ale nadal pozowała do zdjęć, występowała w teledyskach, filmach, zainwestowała w sieć restauracji Fashion Cafe, była jurorką popularnego programu “The Face”, a przede wszystkim otworzyła własny biznes - stworzyła linię perfum sygnowanych swoim imieniem. I w tej dziedzinie była z pewnością prekursorką dla współczesnych celebrytek. Perfumy spotkały się z tak dobrym przyjęciem, że dotychczas w sprzedaży pojawiło się już ponad dwadzieścia zapachów. Być może dlatego, że doskonale odzwierciedlały samą Naomi – jej zapachy są drapieżne, silne, o zdecydowanej nucie. 

Nie wszystkie jej przedsięwzięcia zostały jednak dobrze przyjęte. Kiedy dla brytyjskiego magazynu "GQ" zaczęła przeprowadzać wywiady, dość niefortunnie dobierała rozmówców. Potrafiła zachwycić się Sylvio Berlusconim i Władimirem Putinem, a Hugo Chavezem była tak zauroczona, że plotkowano nawet o ich rychłym ślubie. Próbowała też sił jako autorka książek - wydała niezbyt przychylnie przyjętą nowelkę "Łabędź", która opowiadała historię szantażowanej modelki - oraz jako piosenkarka, jej jedyny album "Baby Woman", odniósł sukces jedynie w Japonii. 

Dla współczesnych modelek wciąż jest jednak mentorką. Campbell nie obawia się już też upływającego czasu. “Nie boję się 50. Tego dnia mam zamiar tańczyć z przyjaciółmi, otoczona ludźmi, których kocham i którzy byli ze mną na dobre i na złe. Mam to szczęście, że dziś jestem na uprzywilejowanej pozycji, ale ile razy nazywano mnie suką, bo walczyłam o siebie? Teraz wreszcie odzyskałam spokój".

***

Więcej portretów silnych kobiet do przeczytania w magazynie "Kobiety rządzą światem", specjalnym wydaniu "Wysokich Obcasów". Magazyn do kupienia w salonach prasowych oraz na kulturalnysklep.pl

Magazyn 'Kobiety rządzą światem'Magazyn 'Kobiety rządzą światem' 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.