Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wróżba brzmiała tak: „Widzę, że żyje pani w poświęceniu. Opiekuje się pani starszą osobą, być może swoją chorą matką. Jest w pani coś, czego nie potrafię rozpoznać. Może w pani głowie, a może to coś poza nią. Resztę widzę wyraźnie. Uda się pani sama w daleką podróż. Spotka ciemnego mężczyznę. Jest związany, a pani musi znieść wielki smutek. Jeśli się pani uda, mężczyzna będzie pani szukał. Będziecie szczęśliwi, urodzi się wam dwóch synów. Umrze pani w białym zamku nad płynącą wodą”.

Tę wróżbę pod koniec lat 40. usłyszała moja ciotka Ricky od pewnej wróżki w Sztokholmie. Dowiedziałam się o tym kilka lat później, kiedy miałam 12 lat, a wróżba właśnie zaczynała się spełniać. Ricky, która do tej pory była samotna, w wieku lat prawie 40 postanowiła wyjechać w podróż na Maderę i tam poznała mężczyznę swojego życia. Był żonaty. Ciotka popadła w wielkie przygnębienie, ale nie trwało to długo, bo mężczyzna zdecydował się dla niej odejść od żony. Wkrótce urodził im się syn, którego kochali nad życie. Mieli tylko jedno dziecko, tu akurat wróżka się pomyliła w kalkulacjach. Byli autentycznie szczęśliwi.

Gdy byłam dzieckiem, fascynowało mnie, że wróżba sprawdza się niemal w stu procentach, bo to oznaczało, że wszystko jest możliwe: że istnieją ludzie, którzy mają wgląd w przyszłość, że być może gdzieś jest równoległy magiczny świat, którego nie da się objąć rozumem. To wszystko napawało mnie nadzieją, że życie i mnie będzie miało do zaoferowania coś nadzwyczajnego. Coś więcej niż smutek i codzienną walkę o przetrwanie.

Ta książka miała być początkowo opowiadaniem o pani ciotce. Co takiego się stało, że w trakcie pisania to opowiadanie zmieniło się w powieść autobiograficzną?

Chciałam napisać o Ricky, bo w dzieciństwie była dla mnie bardzo ważną postacią, choć – paradoksalnie – nie znałam jej za dobrze ani nie widywałam zbyt często. Na pewno ją trochę idealizowałam, ale wówczas bardzo potrzebowałam kogoś, z kim mogłabym się utożsamiać. Mama była pianistką, ale nie pracowała w zawodzie. Zajmowała się domem, mną i moimi dwiema siostrami i była bardzo nieszczęśliwa, że zrezygnowała z muzyki. Ojciec był matematykiem pochłoniętym swoją pracą. Uważał, że wszystko da się zmierzyć, policzyć, nawet dźwięki, co strasznie irytowało matkę, choć oboje mocno stąpali po ziemi. W ich życiu nie było miejsca na metafizykę i żadne z nich nie miało głowy do tego, żeby odpowiadać na moje „dziecinne” pytania: czy Bóg istnieje?, czym jest miłość?, kim jest człowiek? Ricky była inna. Traktowała mnie poważnie, z szacunkiem. I kiedy pytałam, cierpliwie odpowiadała. Różniła się też od znanych mi kobiet, zwłaszcza od mamy. Była niezależna, ubierała się ze smakiem. Pracowała jako architektka w biurze projektowym. Wydawała mi się taka... jak by to powiedzieć... kompletna. Ale w trakcie pisania o niej w pewnym momencie zorientowałam się, że na pierwszy plan wyłania się ktoś inny. Mała dziewczynka, którą wówczas byłam.

Dlaczego, pisząc o swoim dzieciństwie, częściej używa pani trzeciej osoby zamiast pierwszej?

Bo po to, żeby w ogóle móc coś napisać o tym, kim wtedy byłam, zobaczyć, co czułam, co myślałam, musiałam nabrać do siebie dystansu. Potraktować siebie jako „jakąś” dziewczynkę, której wnikliwie się przyglądam. Na początku w ogóle trudno mi się było z nią identyfikować. Im była starsza, tym łatwiej, bo zaczynała przypominać mnie z dzisiaj, więc pod koniec powieści, jak pani pewnie zauważyła, coraz częściej używam zaimka „ja”.

Nie lubiła pani tej dziewczynki, kiedy była młodsza?

Drażniła mnie. Wcześniej, ilekroć o niej myślałam, pojawiało się uczucie dyskomfortu. Wydawała mi się taka przymilna, usłużna, zawsze skupiona na tym, żeby zadowolić innych, po prostu sztuczna. Dopiero pisząc o niej, zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, dlaczego taka była. Ojciec był wykładowcą, więc rodzina ciągle zmieniała miejsce zamieszkania w zależności od tego, gdzie dostał pracę. Najpierw był Sztokholm, potem Lund, następnie Stany Zjednoczone, potem znów Sztokholm, na końcu Lund.

Ciągle nowe szkoły, nowi koledzy, nowi sąsiedzi. Kolejny wysiłek podejmowany po to, żeby zostać przyjętym, zbudować relacje.

W trakcie pisania te wszystkie emocje związane z poczuciem braku bezpieczeństwa, z lękiem przed odrzuceniem do mnie wróciły. Jedynie „wróżba” ciotki Ricky była czymś stałym, paradoksalnie. W miarę jak się wypełniała, dawała oparcie.

Do tego rodzice dziewczynki byli pogrążeni w permanentnym konflikcie, miała dwie młodsze siostry, którymi musiała się zajmować. Ciężki bagaż jak na jedno małe dziecko.

To też zrozumiałam, dopiero pisząc tę powieść. I to pozwoliło mi współczuć jej, a potem ją polubić. Wcześniej ten bagaż wcale nie był dla mnie oczywisty. Jasne, znałam fakty. Wiedziałam, że małżeństwo moich rodziców było nieszczęśliwe, a potem skończyło się rozwodem, co było traumą, ale wtedy nie potrafiłam tego wszystkiego dobrze ponazywać. Nie wiedziałam, czy mam do tego prawo. Przyznaję, że pisanie tej książki było dla mnie terapeutyczne, i nie wstydzę się tak o tym mówić. Ja w ogóle uważam, że pisanie ma leczniczą moc. Nawet jeśli się nie publikuje tego, co się pisze. I ciągle powtarzam to swoim studentom. Bo kiedy napisze się coś czarno na białym, dopiero wtedy można się z tym skonfrontować. Nieopisane pozostaje wirem. I dręczy.

Ile pani pamiętała?

Początkowo niewiele. Wiele zdarzeń, uczuć wyparłam. Ale sam proces pisania uruchomił pamięć.

Ufała pani tym wspomnieniom? Daniel Kahneman, znany psycholog i noblista, uważa, że istnieją dwa rodzaje „ja”. „Ja doświadczające”, które jest tu i teraz, przeżywa coś, oraz „ja pamiętające”, które wspomina to, czego doświadczyło. Te dwa „ja” się zasadniczo różnią. Okazuje się na przykład, że na to, jak zapamiętamy jakieś zdarzenie, ogromny wpływ ma to, jak się ono zakończyło. Jeśli koniec jest nieprzyjemny, to zabarwia całe wspomnienie, mimo że wcześniej doświadczyło się iluś dobrych rzeczy.

Nie znam prac Kahnemana, ale czytałam bardzo dużo na temat pamięci. Jest dla mnie oczywiste, że wspomnienia nie są wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości. One się też zmieniają. Na różnych etapach życia możemy widzieć to samo zdarzenie w innym świetle. Warto być na to uważnym. Z drugiej strony wspomnienia to jedna z kluczowych składowych budujących naszą tożsamość, która nadaje jakąś narrację naszemu życiu, zakorzenia nas. I chyba jednak nie mamy innego wyjścia, jak tym wspomnieniom zaufać. Bo jeśli podważymy to, kim wtedy byliśmy, co czuliśmy, to co nam pozostanie? Proszę spojrzeć choćby na ludzi, którzy utracili pamięć, na przykład w wyniku wypadku. Wielu z nich traci zmysły, bo traci orientację co do tego, kim są, gdzie przynależą. Podobnie z chorymi na alzheimera.

W odzyskiwaniu wspomnień pomogły mi też listy różnych członków rodziny, które dostałam od krewnych. „Ty jesteś pisarką, zaopiekuj się nimi” – powiedzieli mi, kiedy ich autorzy zmarli. Tak weszłam w posiadanie listów ojca, matki, dziadków i innych bliskich. Mniej więcej pięć lat temu przeczytałam je wszystkie od deski do deski, a następnie posegregowałam. Dzięki temu obraz mojej rodziny, a także mnie samej stał się dla mnie pełniejszy, prawdziwszy. Kiedy zabrałam się do pisania „Wróżby”, byłam już bogatsza o tę wiedzę.

Czego się pani z tych listów dowiedziała?

Na przykład tego, że ojciec prowadził ożywioną korespondencję ze swoimi rodzicami, kiedy ja i siostry byłyśmy małe. Dużo pisał o nas, ale też o mojej mamie. Mama była bardzo znerwicowana, często chorowała. Dla ojca to było brzemię. Czuł, że musi przejąć jej rolę. To prawda, był w stosunku do nas bardzo matczyny, troskliwy, ciepły, choć jednocześnie wymagający – kiedy z nami był. Ale pewnego dnia odszedł. Nagle i niczego nie tłumacząc. Te listy pozwoliły mi trochę lepiej go zrozumieć. Ojciec chyba w końcu zdał sobie sprawę, że nigdy nie będzie w stanie zaspokoić emocjonalnych potrzeb mojej matki. Wymagała od niego czegoś, czego nie potrafił jej dać. I dał za wygraną.

Była inna kobieta.

Która była łatwiejsza do życia. Bardziej radosna, spontaniczna, mniej wymagająca od matki, przynajmniej na początku. Ale miała rodzinę i nie chciała z niej zrezygnować, więc to się ostatecznie też nie udało.

Pani jako dziecko wiedziała o tym romansie.

On trwał przez lata. Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki. Matka nie wiedziała o niczym albo udawała sama przed sobą, że niczego nie widzi. Ja widziałam, ale ponieważ byłam dzieckiem, nie umiałam tego nawet nazwać.

Nie byłam pewna, czy moje przeczucia są prawdziwe, czy to raczej fantazje. Jeśli fantazje, fatalnie by to o mnie świadczyło – znaczyłoby, że jestem nieczysta, mam sprośne myśli. Byłam w tym bardzo pogubiona.

Pisanie tej książki pozwoliło mi wreszcie wypełnić słowami ciszę, która mnie wówczas otaczała i była pełna znaczeń. Dzięki temu mam dziś więcej zrozumienia i współczucia dla rodziców.

A wtedy?

Kiedy ojciec odszedł, matka popadła w czarną rozpacz. W tamtych czasach, w latach 60., porzucona, samotna kobieta to był dramat. Dla mnie jednak jej rozpacz miała sens, rozumiałam ją, choć też czułam do niej złość. Natomiast ojciec. Ten mój ukochany ojciec okazał się kompletną zagadką. Zachowywał się tak, jakby nic się nadzwyczajnego nie stało. Jakby to wszystko było normalne. I może dla niego rzeczywiście takie było. Nie sądzę, żeby zaplanował swoją wyprowadzkę. Po prostu któregoś dnia po raz kolejny pokłócił się z matką, wyszedł i już nie wrócił. Wynajął mały pokój, gdzie odwiedzałyśmy go potem z siostrami w sekrecie.

Nigdy o tym z panią nie rozmawiał?

Nigdy. Gdyby powiedział: „Słuchaj, jesteśmy skłóceni z matką. Na razie zamieszkam gdzie indziej, ale nie wiem, co się wydarzy. Będę cię informował”, czułabym się znacznie lepiej. Ale nie zrobił tego. I nie miałam pojęcia, czego on tak naprawdę chce. Czy ja w ogóle jestem w stanie go zrozumieć? Mieć na to jakiś wpływ? On chyba uważał, że po prostu powinnam to zaakceptować. Bez słowa.

Od tamtej pory nie tylko ojciec, ale i inni mężczyźni stali się dla mnie zagadką. Mężczyźni to byli ci, którzy nie mówią o uczuciach. Mają tajemnice, a tym samym władzę. To oni decydują. Matka z kolei, a z nią i reszta kobiet, kojarzyła mi się z bezsilnością, rozpaczą, upokorzeniem. Potem długo gardziłam swoją płcią. Czułam się przecięta na pół. Po jednej stronie istniał świat matki (kobiet), po drugiej – świat ojca (mężczyzn), i te dwa światy za nic nie mogły się spotkać. Ja nie mogłam do tego dopuścić!

Bo?

Bo w przeciwnym razie doszłoby do jakiejś tragedii. I przez tę dwoistość czułam się fałszywa.

Była pani kim innym, kiedy była z ojcem, i kim innym, kiedy była z matką?

Właśnie. Przy matce nie rozmawiało się o ojcu, a przy ojcu – o matce. Przez to czułam, że cały czas mówię nieprawdę albo tylko półprawdę, i nie wiedziałam, kim tak naprawdę jestem. Raz się przymilam do ojca, raz do matki. To kim jestem właściwie? Czy jestem kimkolwiek? Nie ufałam ani sobie, ani innym. I ten brak zaufania pozostał we mnie na długo.

Jako dziecko była pani bardzo pochłonięta związkiem rodziców. To chyba naturalne. Dziecko w sytuacji konfliktowej, nawet nie umiejąc nazwać tego, co się dzieje, próbuje związek rodziców „ratować”.

I bierze winę na siebie. Ja też to robiłam. Jak większość dzieci w podobnych okolicznościach próbowałam stać się „mostem ponad różnicami”. Dopiero rok po rozwodzie rodziców, kiedy miałam prawie 19 lat, zrozumiałam, że nic już nie wskóram. Nie scalę ich małżeństwa. Nie odzyskam naszej rodziny. Nie mam takiej mocy. Pamiętam dokładnie dzień, w którym poczułam, że jeśli nadal będę nieść na swoich barkach depresję matki, to sama się w niej pogrążę. To była równia pochyła. I kiedy to do mnie dotarło, zrozumiałam, że jeśli chcę się ratować, powinnam zadbać o siebie. Wtedy postanowiłam wyprowadzić się od mamy, a wkrótce w ogóle z Lundu. Wyjechałam do Göteborga na studia. Ta decyzja zbiegła się ze śmiercią Ricky. Chorowała już wtedy na raka mózgu. Kiedy widziałam ją po raz ostatni, była w szpitalu, w tym „białym zamku nad wodą”, który przepowiedziała jej wróżka. Choroba bardzo ją zmieniła fizycznie i psychicznie. Poczułam wtedy, że moje dzieciństwo dobiega końca. Śmierć Ricky, pierwsza śmierć bliskiej mi osoby, ten koniec przypieczętowała. Rozpoczęłam życie na własny rachunek.

Domyślam się, że to radykalne cięcie nie było takie proste.

Dręczyło mnie poczucie winy. Zostawiłam mamę, dla której byłam opiekunką i powiernicą. Zostawiłam siostry, szczególnie najmłodszą, dla której zawsze byłam oparciem. Kiedy wyjechałam, miała raptem 14 lat. Została sama z matką pogrążoną w rozpaczy. I to ona z naszej trójki zapłaciła największą cenę za to wszystko. Miała do mnie o to żal.

Jak sobie pani radziła z tym poczuciem winy?

Przez długi czas nawet nie wiedziałam, że je odczuwam. Próbowałam radzić sobie, jak umiałam. Ale kiedy rozpadało się moje pierwsze małżeństwo, zdecydowałam się pójść na terapię. Miałam wtedy około trzydziestki, córkę oraz poczucie, że coś jest ze mną nie tak, skoro mój mąż mnie nie kocha. Trafiłam wtedy na klasyczną psychoanalizę freudowską: kozetka, milczący terapeuta i mozolne snucie wolnych skojarzeń. Tak to mniej więcej wyglądało. Chodziłam na nią trzy lata, ale muszę przyznać, że niewiele mi ona dała. Nie zaszłyśmy daleko z terapeutką. Ledwośmy dotknęły mojego poczucia winy. Chyba byłam kiepską pacjentką.

Prawie niczego nie mogłam sobie przypomnieć z dzieciństwa, same nudne fakty. Tak bardzo moja psychika chroniła się przed cierpieniem.

Jakiś czas później trafiłam na terapię jungowską. I to było zupełnie co innego. Po pierwsze, mogłam swojej terapeutce patrzeć prosto w oczy, to tworzyło między nami więź, której potrzebowałam. Po drugie, przyglądałyśmy się wspólnie znaczeniom snów, symboli, co było dla mnie bardzo odkrywcze. Moja terapeutka była bezpretensjonalna. Nie udawała, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Zwróciła mi tylko uwagę na to, że jej zdaniem oddzieliłam emocje od rozumu.

Żeby się chronić?

Tak, żeby nie czuć. Byłam inteligentna, potrafiłam zabłysnąć, ale emocji w tym nie było. Odłączyłam je. Ona uważała za swoje zadanie pomóc mi te dwie sfery połączyć. Zrozumiałam, że uczucia są bardzo potrzebne, nawet te niezbyt przyjemne, i żeby być w pełni sobą, powinnam je do siebie dopuścić.

Jakie uczucia pani w sobie wtedy odkryła?

W trakcie tej terapii miałam wiele snów o tym, że zostaję porzucona. Niektóre motywy z tych snów pojawiają się zresztą w książce. Śniło mi się na przykład, że jest potwornie zimno, stoję na zewnątrz jakiegoś domu z malutkim dzieckiem na ręku i próbuję się do tego domu dostać, bo inaczej ono umrze. Ale nikt nie chce mnie wpuścić. W trakcie pracy nad tymi snami doszłyśmy do tego, że to dziecko na rękach to też ja. To siebie chciałam ogrzać, ocalić przed śmiercią. Terapeutka uświadomiła mi, że jeśli ja sama nie zajmę się tym dzieckiem, nie ogrzeję go, nie przytulę, to nikt tego nie zrobi.

Musiała pani stać się swoją własną matką.

W pewnym sensie. I to było mądre. Zadziałało. Zrozumiałam, że powinnam się tym zająć. I że to nie rozpad związku moich rodziców jest moim głównym problemem.

W książce wspomina pani wielokrotnie, że kiedy była pani dzieckiem, miała poczucie, że wokół pani nie ma miłości.

No właśnie, i nie chodziło tylko o brak miłości między rodzicami. Myślę, że gdybym dostała jej od nich wystarczającą ilość we wczesnym dzieciństwie, to problem braku miłości między nimi nie byłby dla mnie aż tak bolesny. A tak. Zawsze miałam poczucie, że coś jest ze mną nie tak. To dlatego ciągle szukałam potwierdzenia na zewnątrz. Tata był życzliwy, ale najbardziej kochał swoją pracę. Matka natomiast zajęta była swoją frustracją. Oboje byli dość narcystyczni. Dziś myślę, że po prostu nie umieli mi tej wystarczająco dobrej miłości dać. To nie ich wina.

Mama od dziecka była depresyjna. Urodziła się na Jawie, w społeczeństwie kolonialnym. Jej ojciec, a mój dziadek, był Szwedem, ale matka matki pochodziła z mieszanego związku, co było bardzo źle widziane. Babcia czuła się gorsza i moja mama w tym poczuciu gorszości wzrastała. Kiedy miała 12-13 lat, dziadek postanowił wrócić z rodziną do Szwecji. Mama nie znała języka, a Szwecja była bardzo zamkniętym krajem, więc mama znów czuła się nie na miejscu. Ponieważ dziadkowie kupili sad na prowincji, żeby móc się z niego utrzymać, a mama chciała zdobyć wykształcenie muzyczne, jako młodziutka dziewczyna zamieszkała sama w dużym mieście. Myślę, że była bardzo samotna. I bardzo niepewna siebie. Kiedy wyszła za ojca, utknęła w małżeństwie – najpierw w roli żony, a potem matki trzech córek. Wydaje mi się też, że liczyła na to, że przynajmniej jedna z nich będzie synem.

Przez lata myślałam, że to we mnie jest jakiś feler. Mama była inteligentna, zabawna, błyskotliwa, ale wobec mnie najczęściej krytyczna. Kochałam ją, ale jednocześnie się jej bałam. Miała bardzo cięty język, potrafiła natychmiast wypunktować słabości. Po jej śmierci przeczytałam jej dziennik. Kiedy się urodziłam, mama uważała, że mam za duże uszy. Tak się tego wstydziła, że przez ponad rok musiałam nosić na głowie czapeczkę, która szczelnie te uszy zakrywała. Widać to na każdym zdjęciu z tamtego okresu. Kiedy miałam dwa lata, pisała na przykład: „Agneta porzuca zabawki w kącie. Jest taka niecierpliwa!”. Dopiero stosunkowo niedawno, i dzięki terapii, zaczęłam rozumieć, że we mnie nie było żadnego feleru, że to nie mnie się wstydziła.

A kogo?

Siebie. To siebie nie akceptowała. To ona bała się odrzucenia. To do siebie miała największe pretensje. Kiedy byłyśmy już dorosłe, siostry zwróciły mi uwagę, że matka była zwyczajnie o mnie zazdrosna. Zazdrościła mi, że robię to, czego jej się nie udało dokonać, że piszę, odnoszę sukcesy, rozwijam się intelektualnie. Ja tego długo nie widziałam, ale myślę, że to musiało być dla niej naprawdę przykre. Przypominałam jej o tym, kim ona mogłaby być.

Co było najtrudniejsze w tym powrocie do przeszłości?

Napisanie o tym, co myślałam na temat swoich rodziców, co czułam w stosunku do nich. Nie byłam pewna, czy mam do tego prawo. Czy to, co opisuję, naprawdę się wydarzyło, czy to tylko triki mojej pamięci? Czy to, jak ich widzę, jest adekwatne? Czy przypadkiem ich nie umniejszam? Jest takie szwedzkie przysłowie: „Nie sra się w swój własny kąt”.

Po polsku to: „Zły to ptak, co własne gniazdo kala”.

No właśnie. A ja je pokalałam. Pokalałam też gniazda innych rodzin, które były z nami związane. To było trudne. Uwolniła mnie myśl, że oni wszyscy i tak już nie żyją, więc nie jestem w stanie ich zranić. To po pierwsze. Po drugie, jeśli nie teraz, to kiedy? Niedługo umrę albo dostanę alzheimera i niczego nie będę już pamiętać. Poczułam, że teraz nadszedł czas, żebym zachowała się lojalnie wobec tej dziewczynki, że teraz to jej muszę oddać głos. Opowiedzieć JEJ wersję tego, co się wydarzyło. I jeśli to ma mieć sens, muszę to zrobić uczciwie.

Starałam się tylko chronić swoje siostry, więc pisałam o nich jak najmniej. One jeszcze żyją i na pewno opowiedziałyby tę historię inaczej, bo ich perspektywa jest inna.

Ta jest moja. Ale wiedzą to i szanują. Nie miały mi tej książki za złe.

Jak przyjęto ją w Szwecji?

Bardzo się denerwowałam przed publikacją. Ludzie mnie tu znają. Napisałam wiele innych książek, sztuk, wierszy, ale nigdy – powieści autobiograficznej. Bałam się, że czytelnicy uznają ją za kiczowatą, a mnie za grafomankę, zwłaszcza że dziś wszyscy piszą autobiografie. Okazało się jednak, że moje lęki są nieuzasadnione. Książka wzbudziła spore zainteresowanie, była nominowana do prestiżowej nagrody literackiej, latem czytałam ją na antenie radia. Wciąż dostaję listy od czytelników.

Co piszą?

Głównie mi za nią dziękują. Piszą, że udało mi się oddać to, co sami przeżyli, co czuli jako dzieci, mimo że ich doświadczenia były inne. Dzielą się swoimi opowieściami z dzieciństwa. Chyba nie ma większej nagrody dla pisarza niż poczucie, że swoim pisaniem się komuś pomogło.

W Polsce też, z tego, co wiem, książka została dobrze odebrana. Mimo że to inna kultura, inny język. Widocznie coś w tym dziewczęcym doświadczeniu takiego jest, co wciąż wymaga opowiedzenia.

Uważa pani, że dziewczynkom wciąż jest trudniej?

Na pewno inaczej. Czy trudniej? Prawdopodobnie tak. Pod adresem dziewczynek kieruje się wciąż wiele wymagań, którym trudno sprostać. Dziewczynki mają być odpowiedzialne, uprzejme, opiekuńcze, mają godzić wiele rzeczy naraz, „budować mosty” – między życiem prywatnym a zawodowym, między ludźmi. A potem zajmować się dziećmi, starszymi, a przede wszystkim wspierać i pocieszać mężczyzn. Jest tyle ról, które powinny wypełnić. Ja czuję tę presję zresztą do dziś. Cokolwiek zrobi mój obecny mąż, dzieci go kochają. Gdybym ja sobie pozwoliła na to samo co on, dawno bym nie żyła. Matce wolno mniej. I społeczeństwo, i jej własne dzieci oceniają ją bardziej surowo. Myślę, że ta walka o równość płci wciąż trwa i szybko nie skończy. Ta rewolucja jest najbardziej mozolna ze wszystkich rewolucji, jakich doświadczyła ludzkość.

Pani własna córka też panią tak surowo ocenia?

Kiedy była młodsza, miała do mnie mnóstwo pretensji. O to, że rozwiodłam się z jej ojcem, że ponownie wyszłam za mąż, że nie zachowywałam się tak, jak według niej należało. To było dawno temu, ale wciąż pamiętam poczucie winy, które mi wtedy towarzyszyło. Byłam matką, która wiecznie zawodzi. W dodatku byłam matką pisarką. To specyficzny zawód, który sprawia, że często jest się nieobecnym, jeśli nie ciałem, to duchem. Małemu dziecko trudno to zrozumieć. Na szczęście dzisiaj córka jest już dorosła, sama ma dzieci. Została psychologiem, być może na skutek swoich doświadczeń, żeby lepiej zrozumieć.

Ja czytałam pani książkę na kilku poziomach jednocześnie – jako matka, jako córka swojej matki oraz wyobrażając sobie, co może czuć moja córka w relacji ze mną. To była niełatwa lektura. Czasami byłam wdzięczna za to, że tak wiernie oddaje pani różne kobiece emocje, ale nieraz były one zbyt bolesne. Głównie czułam wstyd. No i w pani matce widziałam też siebie.

Ja także. Myśli pani, że nie? W tej jej depresyjności, bezsilności też się odnajdywałam. I myślę sobie, że m.in. z tego powodu dziewczynce jest trudniej przerosnąć własną matkę, bo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, jak kobieta potrafi być krucha w środku, nawet jeśli sprawia inne wrażenie, więc nie chce wbijać jej dodatkowo szpili i tym samym jeszcze bardziej ją osłabiać.

Dlatego sama czasem umniejsza swoje osiągnięcia?

Może właśnie tak? Freud pisał o tym, że dla chłopców jest naturalne, że rywalizują z własnymi ojcami, walczą z nimi, a na końcu ich pokonują. Być lepszym od ojca to jest ich zadanie. Ale ta sama walka córki z matką jest znacznie bardziej skomplikowana. I nie wiadomo w sumie, co ma z niej wyniknąć. Czy córce na pewno wolno być lepszą od matki? Za jaką cenę? Nie mam odpowiedzi na te wszystkie pytania. One wciąż są we mnie żywe.

Czy „Wróżba” panią jakoś odmieniła?

Czuję ulgę. Stałam się spokojniejsza. Przestałam się też tak bać tego, co się wydarzyło. Tego, kim jestem. To, że tyle osób się w tej książce odnajduje, naprawdę wiele dla mnie znaczy. Mam też nadzieję, że moja córka, która przeczytała tę książkę, lepiej mnie dzięki niej zrozumie. I być może wybaczy mi różne rzeczy, które ma mi za złe.

Co teraz?

Właśnie oddałam wydawcy drugą część „Wróżby”, którą poświęciłam swojemu pobytowi w Göteborgu, gdzie zaczęłam dorosłe życie. Książka kończy się w momencie, kiedy wychodzę za mąż i zostaję matką.

W dorosłość weszłam z przeświadczeniem, że mogę dorównać mężczyznom. Mogę być tak samo dobra, mogę się tak samo zachowywać, mam takie same prawa. O ile intelektualnie jakoś mi się to udawało, o tyle jeśli chodzi o związki, zaliczałam jedną porażkę za drugą. Pochodzę z pierwszego pokolenia kobiet, które były wyemancypowane, ale okazało się, że dla większości mężczyzn ta emancypacja była nie do przyjęcia. Zagrażała im. „Kim ona myśli, że jest?” – słyszałam często. Czasem wprost, czasem nie wprost. Mężczyźni nie chcieli wiązać się z kobietą, która mówiła im, że chce decydować za siebie. A ja nie mogłam tego zrozumieć.

Więc to książka o rozczarowaniu?

Tak. Ona jest głównie o tym, jak bardzo się myliłam.

MATERIAŁY PRASOWE

Agneta Pleijel – szwedzka pisarka, tłumaczka (m.in. Zbigniewa Herberta). Autorka powieści „Lord Nevermore”, której bohaterami są Bronisław Malinowski i Stanisław Ignacy Witkiewicz

Agneta Pleijel „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki”, wyd. Karakter, tłum. Justyna Czechowska

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.