Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pastelowa ściana, a na niej sznur lampek, motyle, kwiaty. To tło. Na pierwszym planie stoi dziewczyna. Jest szczupła i starannie uczesana, ma na sobie kremową bluzkę w jelonki. – Cześć wszystkim! Jestem Reshma. Pokażę wam dziś, jak nałożyć czerwoną szminkę – przedstawia się i wyciąga szczoteczkę do zębów. – Krok pierwszy: zetrzyjcie martwy naskórek. To sprawi, że usta będą różane. Krok drugi: nałóżcie balsam, żeby nawilżyć wargi. Krok trzeci: użyjcie konturówki, najlepiej w tym samym kolorze co szminka.

Reshma pokazuje, jak to zrobić. Oddziela czerwone usta od policzków pokrytych bliznami.

– Wyszło świetnie, prawda? – uśmiecha się do kamery.

To nie wszystkie wskazówki. Teraz Reshma poważnieje. – Czerwoną szminkę można znaleźć na każdym rynku. Tak jak kwas siarkowy. I dlatego codziennie jakaś dziewczyna zostaje nim oblana. Kliknijcie w ten link i podpiszcie petycję. Wstrzymajmy sprzedaż kwasu.

Na koniec obowiązkowy hashtag #endacidsale.

Minuta i siedem sekund. Tyle wystarczyło, żeby seria „Beauty Tips by Reshma” (Porady wizażowe Reshmy) uwiodła internautów. Odcinek o perfekcyjnych czerwonych ustach wyświetlili 1,8 mln razy. Kampanią zainteresowały się „The New York Times”, „The Guardian” i Al-Dżazira, a w sieci pojawiły się artykuły w rodzaju „11 rzeczy, których nie wiecie o Reshmie”. Dowiaduję się z nich, że 20-letnia Reshma Bano Qureshi lubi filmy z bollywoodzką aktorką Katriną Kaif oraz szminkę (która staje się jej znakiem rozpoznawczym). Nie lubi, kiedy nazywa się ją ofiarą. Woli słowo „ocalona” (ang. survivor). – W końcu przeżyłam, prawda? – mówi mi później.

 
 
 

8 września 2016 roku, dwa lata po zaatakowaniu kwasem, Reshma wychodzi na wybieg podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody. Zdjęcia smukłej brunetki z czerwoną szminką na ustach znów obiegają media. Chcę z nią porozmawiać. Kontaktuję się z Make Love Not Scars (Czyń Miłość, Nie Blizny), organizacją non profit, która pomaga ocalonym i reprezentuje Reshmę. Po tygodniu odpowiadają, że dziewczyna nie mówi po angielsku, nie ma dostępu do internetu i mieszka w Bombaju, czyli 1,4 tys. km od New Delhi, gdzie znajduje się siedziba organizacji. Żaden pracownik nie wybiera się tam w najbliższym czasie, więc nie mogą pośredniczyć w rozmowie.

Z pomocą przychodzi mi Tahira Das, architektka wnętrz z Bombaju, którą poznaję na Facebooku przez znajomą. Tahira mówi płynnie po angielsku i w hindi. Godzi się pojechać do Reshmy z tabletem podłączonym do internetu, żeby przetłumaczyć naszą rozmowę. Nie chce zapłaty, bo jak wyjaśnia, nie robi tego dla pieniędzy, tylko po to, by jak najwięcej osób dowiedziało się o atakach. Kiedy nalegam, prosi, żeby „Wysokie Obcasy” przelały jej honorarium na konto Make Love Not Scars.

Dom

– Reshma Qureshi? To ta, która oberwała w twarz? – słyszy Tahira, kiedy wchodzi do sklepu, żeby zapytać o drogę. Reshma mieszka w Chembur, dzielnicy położonej 15 km od centrum Bombaju, a jej dom znajduje się wśród setek nieponumerowanych lokali. Szybko okazuje się, że adres, który Tahira ma zapisany w telefonie, jest bezużyteczny i jedyny sposób, by dotrzeć na miejsce, to zagadywanie przechodniów. Ku zdziwieniu Tahiry wszyscy wiedzą, o kogo pyta. I tak, posługując się tylko jej imieniem i nazwiskiem, po prawie godzinnej wędrówce znajduje Reshmę. Dziewczyna przyjmuje ją w jednopokojowym mieszkaniu, które dzieli z czworgiem rodzeństwa i siostrzenicą.

Kiedy udaje nam się połączyć, Reshma macha do mnie w wąskim oknie Skype’a. Rozmawiamy o tym, jak wyglądało jej życie przed 19 maja 2014 roku. – Miałam dobre dzieciństwo. Dorastałam w Bombaju, wśród pięciorga starszego rodzeństwa. Tata jest taksówkarzem, mama opiekowała się nami. Moja rodzina jest bardzo religijna, jesteśmy muzułmanami. Zanim poszłam do szkoły, z oczywistych przyczyn większość czasu spędzałam w domu. Tak, kobietom w rodzinie wolno było uczyć się i pracować, to nigdy nie był problem. Lubiłam szkołę. Marzyłam o pracy nauczycielki – opowiada Reshma.

Kłopoty w rodzinie zaczęły się, gdy jej siostra Gulshan wyszła za mąż. Nie trafiła dobrze – mężczyzna miał ciężką rękę. Kilka lat i dwoje dzieci później ręka stała się jeszcze cięższa. W 2013 roku Gulshan odeszła od męża i wróciła do rodziny. Zabrała ze sobą czteroletniego syna i roczną córkę. Po kilku miesiącach mężczyzna porwał chłopca.

Namiętność

Zaczęło się w Europie. Pierwszy przypadek odnotowano we Francji w XVII wieku, a już 200 lat później dochodziło do nich z taką częstotliwością, że media pisały o fali ataków kwasem. W 1879 roku przed francuskie sądy trafiło 16 spraw, a w latach 1888-90 – aż 83. Kwas siarkowy był wówczas popularnym środkiem czystości dostępnym w większości sklepów. Oblewali nim mężczyźni i oblewały kobiety. Z powodu wzgardzonych zalotów, zazdrości, zdrady czy pragnienia zemsty. Ich cel nie zmienił się do dziś – mierzyli w twarz.

Prasa brukowa uwielbiała te sprawy. Opisywała je jako zbrodnie z namiętności (fr. crimes de passion) i potrafiła wiele wybaczyć napastnikom, tłumacząc ich czyny porywami uczuć. Zwłaszcza kiedy oblewały kobiety. W 1885 roku czytelnicy żyli historią Marie Couffin, która w obecności prawie 500 osób zaatakowała niewiernego męża i jego kochankę. Dominowało przekonanie, że tylko tak mogła uratować swą reputację. Sąd ją uniewinnił.

Dziś do ataków dochodzi na całym świecie, ale najczęściej w Azji i Afryce: w Bangladeszu, Nepalu, Afganistanie, Indiach, Pakistanie i Ugandzie. Brakuje kompletnej statystyki, szacuje się, że co roku obejmowałaby kilka tysięcy przypadków. W 2014 roku indyjskie National Crime Records Bureau odnotowało 309 ataków w kraju, jednak organizacje pozarządowe podkreślają, że większość zdarzeń pozostaje niezgłoszona, a ich liczba to blisko tysiąc rocznie.

W Indiach 88 proc. napastników to mężczyźni.

Kiedy kieruje nimi pragnienie zemsty za odrzucone propozycje małżeństwa czy seksu – uderzają w kobiety. Kiedy chcą się zemścić na innych mężczyznach za nieuregulowane długi lub zbyt skromny posag – uderzają w kobiety. Najchętniej w córki na wydaniu. Wiadomo, że oszpecone do końca życia będą ciężarem finansowym dla bliskich.

Napastnicy nie chcą śmierci ofiary – jeśli do niej dochodzi, jest to zwykle efekt uboczny. Ich celem jest trwałe oszpecenie. Niektórzy celują w piersi czy waginę, ale większość chce dosłownej i symbolicznej utraty twarzy ofiary. To obnaża ich system wartości – liczy się dla nich przede wszystkim uroda i reputacja kobiety. Poza tym, niszcząc jej twarz, mężczyzna próbuje ocalić własną.

Do ataków dochodzi najczęściej tam, gdzie kwas siarkowy, azotowy czy solny są łatwo dostępne i używane w przemyśle. W Bangladeszu – w rejonach, w których produkuje się tekstylia i biżuterię, w Kambodży – gumę, w Pakistanie – bawełnę. W Indiach – w stanie Uttar Pradeś, dokąd w maju 2014 roku pojechała Reshma.

Łzy

Prawie nie rozmawiamy o dniu ataku. Pytam, kim była wcześniej, kim byłaby, gdyby do niego nie doszło, i kim jest teraz. Sam atak przypominał wiele innych. Trwał kilka sekund i zmienił wszystko. Poza tym Reshma opowiedziała o nim szczegółowo na YouTubie:

– Tego dnia byłam w Mau Aimie, 36 km od Allahabadu. Pojechałam tam na egzamin. Towarzyszyła mi siostra. Kiedy znalazłyśmy się w pobliżu stacji kolejowej, nagle pojawił się szwagier. Złapał Gulshan. Trochę kwasu spadło na jej rękę, zorientowała się, co się dzieje. Krzyknęła, żebym uciekała, i sama wyrwała się szwagrowi. Ale jego dwóch kuzynów nadjechało na motocyklu. Rzucili mnie na ziemię, przytrzymali. Wtedy szwagier zdarł ze mnie burkę i wylał kwas na twarz. Nie wiedziałam, co się dzieje.

Często w pierwszych sekundach ataku ofiary myślą, że zostały oblane ciepłą wodą. Dopiero po chwili kwas zaczyna palić. Wgryza się w oczy, nos, wargi. Dopóki nie zmyje się go wodą, wżera się coraz głębiej – aż do kości i organów wewnętrznych. Po pięciu sekundach rany są powierzchowne, po 30 – głębokie. Podobno głębokie bolą mniej, bo wypalone są już komórki nerwowe.

– Krzyczałam z bólu, ale nikt nam nie pomógł. Ludzie stali i patrzyli. Pojechałyśmy taksówką do prywatnej kliniki, gdzie lekarz odmówił mi przyjęcia. Powiedział, że najpierw muszę zgłosić się na policję. Na komisariacie funkcjonariusze przez pięć godzin zbierali nasze zeznania. Ciągłe o coś pytali. Dostałam się do Allahabadu siedem godzin po ataku i dopiero wtedy udzielono mi pomocy medycznej.

Zadaję Reshmie tylko jedno pytanie o dzień ataku: skąd szwagier wiedział, że siostry będą tego dnia w Mau Aimie, 1,5 tys. km od Bombaju?

– Synek Gulshan chodził tam do szkoły. Po moim egzaminie miało się odbyć przesłuchanie w procesie o opiekę nad nim, który siostra wytoczyła szwagrowi. Myślę, że atak miał odwrócić naszą uwagę, bo od tego czasu nie widziałyśmy małego. Gulshan nie wie, co się z nim dzieje, jak wygląda.

– Czyli to zbieg okoliczności, że stałaś się celem ataku? – pytam.

– Nie sądzę. Jako najmłodsze dziecko byłam ulubienicą rodziny. Wszyscy liczyli się z moim zdaniem. Uderzając we mnie, szwagier chciał się zemścić nie tylko na Gulshan, ale też na całej rodzinie. Poza tym gdyby siostrze nie udało się uciec, spotkałoby ją to samo, co mnie.

Później usłyszę od Tahiry, że kiedy Reshma odpowiadała na to pytanie, na jej policzkach pojawiły się łzy. Płynęły nie tylko z prawego oka – jedynego, które pozostało jej po ataku. Kwas oszczędził kanalik łzowy po lewej stronie.

 

Blizny

Reshma została zaatakowana za dnia w miejscu publicznym, a sprawcą był znajomy. Tak wygląda większość ataków w Indiach. Dziewczyna wpisuje się też w profil ofiary: jest kobietą między 18. a 29. rokiem życia i pochodzi z nieuprzywilejowanego środowiska.

Ale to, co zdarzyło się później, odbiega od schematu.

Po pierwsze – dzięki rodzinie.

Nie uznali napaści za zły omen, nie insynuowali, że coś jest z Reshmą nie tak, skoro została zaatakowana.

Nie wstydzili się jej, nie wyrzucili za próg. Stanęli za nią murem. Ojciec sprzedał taksówkę, by opłacić pierwszy etap leczenia córki. Rodzeństwo zamieszkało z nią w Bombaju. Kiedy Tahira obserwowała, jak brat Reshmy się nią opiekuje, była pod wrażeniem: – Znam hinduskich mężczyzn. Większość braci umyłaby ręce. Powiedziałam mu: „Jesteś dobrym bratem”.

Po drugie – dzięki Rii Sharmie, szefowej Make Love Not Scars.

– Przez dziewięć miesięcy po ataku prawie nie mówiłam, nie jadłam i nie wyszłam z domu. Kiedy pierwszy raz spojrzałam w lustro, nie uwierzyłam w to, co widzę. To nie byłam ja. Powiedziałam rodzinie, że się zabiję – opowiada mi Reshma. W wyniku ataku straciła jedno oko, drugie było zainfekowane. Skóra jej twarzy stała się tak twarda i napięta, że Reshma cierpiała przy najprostszych czynnościach. Czesanie włosów było męczarnią.

Podobnie jak większości ocalonych państwo nigdy nie wypłaciło jej 4,5 tys. dol. rekompensaty, które należą się jej według prawa. Rodziny nie było stać na operacje plastyczne.

– Ria dowiedziała się o mnie od znajomych. Skontaktowała się z moim bratem i zaoferowała pomoc. Umówiła mnie na wizytę w szpitalu w Bombaju, gdzie chirurg od razu zaplanował operacje – wspomina Reshma. – Dziesięć dni później przyjechała z New Delhi. Godzinami przytulała mnie i przekonywała, że muszę znaleźć wolę życia. Mówiła, że wiele dziewczyn przez to przeszło. Pokazywała mi ich zdjęcia, opowiadała historie. Wcześniej nie znałam nikogo w tej sytuacji. Przekonała mnie do życia.

Ria jest niewiele starsza od Reshmy. Make Love Not Scars wymyśliła podczas studiów na Uniwersytecie w Leeds jako projekt zaliczeniowy. To miała być strona internetowa, na której ocalone będą się dzieliły doświadczeniami i twórczością w formie vlogów. Organizacja szybko wyszła poza te ramy. Dziś pośredniczy w zbiórkach pieniędzy, prowadzi kampanie informacyjne, dostarcza ocalonym pomocy prawnej i psychologicznej.

Siedem operacji plastycznych, które przeszła Reshma, zostało w całości sfinansowanych za pośrednictwem Make Love Not Scars. Kosztowały 12,5 tys. dol. Butelka kwasu siarkowego – 40 centów.

Makijaż

Dlatego jesienią 2015 roku organizacja rozpoczęła kampanię #endacidsale (#zakończmysprzedażkwasu) z Reshmą w roli głównej. Za pomocą estetyki vlogosfery wizażowej chcieli oswoić tabu twarzy po ataku. Zestawili to, co lekkie, wręcz trywialne, z tematem tak trudnym, że łatwo odwrócić od niego wzrok. Oprócz filmów są jeszcze plakaty z hasłami: „Malowanie paznokci jest trudniejsze niż zaatakowanie kogoś kwasem” czy „Wystarczą dwie minuty, żeby dobrać odcień pudru. I trzy sekundy, żeby oblać kogoś kwasem”. Reshma pozuje na nich w jasnym podkoszulku albo body – jak do zdjęć polaroidowych, które robi się co roku profesjonalnym modelkom. Jest eteryczna. Z kreską na oku ma urok Audrey Hepburn z „Zabawnej buzi”. – Nasza piękność – mówi o niej Ria.

W czerwcu 2016 roku projekt zdobył Szklanego Lwa i dwa Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Kreatywności w Cannes.

Na jednym z plakatów znajduję dopisek: „Niefortunna prawda jest taka, że nie możemy zmienić naszych mężczyzn. Zmieńmy więc sposób, w jaki sprzedaje się w tym kraju kwas”.

Czy to wystarczy, żeby zapobiec kolejnym atakom?

Badacze zjawiska są zdania, że nie. Do epizodów dochodzi najczęściej w krajach, w których nie ma mowy o równouprawnieniu. W 2016 roku Indie zajęły 87. miejsce w rankingu Global Gender Gap Index. Ponieważ napastnicy to w przeważającej większości hinduscy mężczyźni, a ofiary – kobiety, ataki klasyfikuje się tam jako przemoc na tle płciowym.

Żeby jej zapobiec, nie wystarczy ograniczyć sprzedaży kwasu – trzeba usunąć przyczynę, która leży u podstaw, czyli nierówności płciowe. Zwłaszcza że ataki tylko je pogłębiają. Ich widmo sprawia, że kobiety boją się przekraczać normy, które konsolidują patriarchat.

Tak jak pewna dyrektorka college’u w Bombaju. Nie zgodziła się, żeby ocalona Shirin Juweley opowiedziała uczennicom o atakach, bo bała się, że to zohydzi im ideę małżeństwa. Chciała je ochronić przed brzydotą życia.

Indie i inne państwa regionu spoglądają na Bangladesz jako pioniera w walce z atakami. Choć zajmuje dopiero 72. miejsce na liście Global Gender Gap Index, a jeszcze dekadę temu odnotowywano tam najwięcej ataków na świecie, to ich liczba systematycznie spada. W 2002 roku kraj ten wprowadził surowe i precyzyjne przepisy dotyczące tej formy przemocy. Sprawcy idą do więzienia na minimum siedem lat, a za najbardziej brutalne ataki grozi kara śmierci. By powściągnąć korupcję i przezwyciężyć opieszałość organów państwowych, ustalono, że policja musi zamknąć śledztwo w sprawie ataku w ciągu 30 dni, a specjalne trybunały mają trzy miesiące na wydanie wyroku. Do tego dochodzi obowiązek licencjonowania sprzedaży, przechowywania i dystrybucji kwasu. Organizacje pozarządowe podkreślają, że w praktyce wygląda to gorzej niż na papierze, ale faktem jest, iż liczba ataków w Bangladeszu spada o 15 proc. rocznie.

Indie są w stosunku do niego daleko w tyle. Do 2013 roku ataki kwasem nie były regulowane osobnymi przepisami. Podlegają paragrafowi o przestępstwach wobec kobiet, co znacznie utrudnia śledztwa i procesy. W tym samym roku indyjski sąd najwyższy wydał orzeczenie o konieczności regulacji sprzedaży kwasu oraz wprowadzenia systemu wsparcia finansowego dla ocalonych. Aktywiści twierdzą jednak, że kwas wciąż można kupić na każdym rogu, a ofiary nie otrzymują pomocy. Do tego w kraju o ponadmiliardowej populacji pracuje 2,5 tys. chirurgów plastycznych. Liczba ataków z roku na rok rośnie.

Wybieg

W sierpniu 2016 roku Ria pokazuje Reshmie zdjęcie wyspy pokrytej drapaczami chmur i pyta, co to za miejsce. Reshma nie ma pojęcia. – Dubaj? – zgaduje. Kiedy Ria tłumaczy, że to Nowy Jork i że za miesiąc odbędzie się tam pokaz mody, w którym Reshma może wziąć udział, jeśli chce, dziewczyna płacze. – Z szoku i wzruszenia – wyjaśnia po chwili. Nigdy nie była za granicą.

Zaproszenie wysłała FTL Moda, firma producencka, której misją jest przełamywanie stereotypów w świecie mody. W lutym 2015 roku zaprosiła do wzięcia udziału w pokazie modeli niepełnosprawnych ruchowo. Dwa tygodnie później na wybiegu podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody wystąpiła Jamie Brewer – pierwsza modelka z zespołem Downa – w pokazie Carrie Hammer pt. „Role Models Not Runway Models” (Autorytety, nie modelki), do którego projektantka zaprosiła tylko tzw. nodels (od ang. non models), czyli niemodelki. Reshma wpisuje się w ten fenomen.

Projektantka Archana Kochhar ubiera ją w długą białą suknię pokrytą geometrycznym wzorem. Do tego tiara i oczywiście czerwona pomadka. Reshma wychodzi zza kulis nieco sztywnym krokiem, ale kiedy dociera do końca wybiegu, gdzie modelki zatrzymują się i pozują do zdjęć, wydaje się pewniejsza siebie. A wręcz wygląda tak, jakby nieźle się bawiła. Rozgląda się po sali z uśmiechem i odwleka moment powrotu za kulisy.

Jednak ani przez chwilę nie zapomina, po co tam przyjechała. – Chcę, żeby sprzedaż kwasu została uregulowana. Jestem tu dla innych dziewczyn, które przeżyły atak. Twarz nie ma znaczenia. Możecie wyglądać tak jak ja i występować na wybiegu – mówi w wywiadzie telewizyjnym. Ria nie odstępuje jej na krok.

Jest jeszcze jeden poziom tej opowieści. To pytanie o granicę między upodmiotowieniem a uprzedmiotowieniem modelki. Świat mody od początku dawał azyl ludziom, którzy nie mieścili się w tradycyjnych normach społecznych. Kiedy daje im szansę samorealizacji, a kiedy ich wykorzystuje? Czy Reshma nie czuła się nieswojo, gdy została wystawiona na spojrzenia widowni i skierowane na nią obiektywy aparatów fotograficznych i kamer?

Siadam do Skype’a z zamiarem zapytania jej o to, ale kiedy docieramy do tematu pokazu, wiem już, że to bez sensu. Reshma uśmiecha się szerzej, a jej głos nabiera lekkości za każdym razem, kiedy rozmowa zahacza o modę, kampanię #endacidsale czy Nowy Jork. Dlatego pytam tylko, czy pokaz był w stu procentach pozytywnym doświadczeniem. Czy nie wydarzyło się tam nic niekomfortowego. – Nie, było wspaniale. Wszyscy mi kibicowali. Poznałam modelki z całego świata – odpowiada i niepytana dodaje: – Zrobiłabym to jeszcze raz, choćby jutro.

 

Ocalone

Reshma wierzy w równouprawnienie. Uważa, że rosnąca liczba ataków wiąże się z kryzysem męskości w Indiach. – Mężczyźni czują, że tracą władzę – twierdzi. – Chcą nas uciszyć.

Zwykle im się to udaje. Większość ocalonych nigdy nie idzie na policję, bo nie wierzą w skuteczność śledztwa i procesu, a poza tym boją się kolejnego ataku napastnika. Nie dostają wsparcia psychologicznego, nie mówiąc o operacjach plastycznych. Wycofują się z życia.

Ale jest też inna grupa. To ocalone, które wypowiadają się głośniej niż przed atakiem i zyskują w Indiach status gwiazd. Jak Laxmi Agarwal, szefowa fundacji Chhanv, aktywistka i prezenterka telewizyjna, która w wieku 15 lat przeżyła atak. Została uhonorowana nagrodą International Women of Courage, którą wręczyła jej Michelle Obama, i tytułem Hinduska Roku NDTV. Prywatnie jest partnerką Aloka Dixita ze Stop Acid Attacks, organizacji, która m.in. założyła pierwszą na świecie kawiarnię prowadzoną przez ocalone – Sheroes. Powstała w Agrze, dwa kilometry od pałacu Tadź Mahal.

Kara

Zbrodnia z namiętności. Od początku pracy nad tematem te trzy słowa budzą moją niechęć. Nie kupuję romantycznej narracji o odrzuconym kochanku. Nie widzę tu namiętności. Widzę tchórzostwo.

Możesz zaatakować kogoś kwasem i nie spojrzeć mu w oczy. Butelka nie wygląda jak broń. Nie robi hałasu. Podjeżdżasz motorem. Albo zakradasz się do ofiary w nocy. A może śledzisz ją, kiedy idzie za dom, do toalety? Potem wylewasz zawartość butelki i uciekasz. Twoja ofiara dopiero po chwili zorientuje się, co się stało.

Pytam Reshmę, co o tym sądzi. – To nie jest akt namiętności. To akt tchórzostwa – odpowiada. – Ludzie, którzy to robią, nie mają innych sposobów na zwrócenie na siebie uwagi.

Na jaką karę zasługują?

Większość z nich nie zostaje ukarana. Albo przeciąga procesy w nieskończoność. Tak jak wspólnicy szwagra Reshmy, którzy do dziś są na wolności.

Niektórzy chwalą bangladeskie sądy za surowość. Ale czy tamtejsze kary nie uprzedmiotawiają kobiet? Dlaczego sprawca dostaje dożywocie lub karę śmierci, jeśli zniszczy twarz, piersi czy organy płciowe ofiary, a od siedmiu do 14 lat za okaleczenie innych części ciała? Dlaczego ważniejsza jest uroda i zdolności reprodukcyjne kobiety niż to, żeby np. chodziła?

8 września 2016 roku, kiedy Reshma występowała na nowojorskim wybiegu, w Bombaju zapadł bezprecedensowy wyrok. Ankur Panwar został skazany na śmierć za atak na Preeti Rathi. Miesiąc po wylaniu na nią kwasu dziewczyna zmarła w szpitalu. Po raz pierwszy w historii indyjskiego wymiaru sprawiedliwości sprawca ataku kwasem został tak surowo potraktowany.

Czy Reshma uważa, że to adekwatna kara? Kiedy Tahira tłumaczy jej słowa, dziewczyna patrzy prosto w ekran z uśmiechem.

Odpowiedź brzmi: – Cieszę się z tego wyroku, ale moim zdaniem nie jest adekwatny. Zanim Preeti umarła, cierpiała przez wiele dni. On umrze w kilka minut. Sprawca powinien cierpieć tak samo jak jego ofiara. Zanim zginie, powinno się go oblać kwasem.

Dalej

W galerii na stronie internetowej Make Love Not Scars oglądam dłonie jednej z podopiecznych. Napisała na nich: „Moje blizny są piękne”. Reshma mówi, że dziś podpisałaby się pod tym, bo atak zmienił jej postrzeganie piękna. – Twarz jest przeceniana – uśmiecha się. Ale i tak dużo by dała, żeby nie być tamtego dnia w Mau Aimie.

W przyszłości chciałaby robić dla innych dziewczyn to, co Ria zrobiła dla niej. – Będę odwiedzała je w domu, podawała im rękę i zachęcała do wyjścia. Najgorsze, co można zrobić w takiej sytuacji, to zamknąć się w czterech ścianach – zapewnia. – Pokażę im na własnej skórze, że po ataku kwasem można mieć fajne życie.

Chusta

Jest jeszcze jeden szczegół. Kawałek materiału, o który spiera się świat. Dla jednych jest symbolem opresji, średniowieczną szatą, którą trzeba siłą zdzierać z kobiet. Dla innych to kwestia wyboru. Pragnienie zaznaczenia swojej kultury. W ogniu dyskusji o islamofobii w Europie brytyjska dziennikarka Hanna Yusuf mówi na łamach „The Guardian”: „Moja chusta to feministyczna deklaracja”.

Wiem, że od dziesiątego roku życia Reshma nosiła burkę. W trakcie ataku obie siostry miały na sobie chusty. Ale w materiałach medialnych, które powstały później, Reshma ma odsłoniętą głowę. W Indiach występuje często w sari. Podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody nosi się niczym rasowa fashionistka – bladoróżowa bluzka ze sztywnym, asymetrycznym kołnierzem, okulary „muchy” i spodnie rurki.

Kiedy zagaduję ją o to, Tahira się śmieje: – Zadałaś trudne pytanie.

Reshma odpowiada zdawkowo: – Tak, po ataku przestałam nosić burkę.

– Twoja siostra też?

– W moim domu wszystkie kobiety się zakrywają. Oprócz mnie.

– I rodzina nie ma z tym problemu?

– Nie, najmniejszego.

– Jeśli mogę o to zapytać: czy przestałaś nosić chustę, bo nie jesteś już wierząca? – kontynuuję ostrożnie.

Przez chwilę Reshma milczy i tylko się uśmiecha. Potem odpowiada ze spokojem: – Jestem głęboko wierząca. Po prostu nie potrzebuję się już zakrywać.

Za współpracę przy materiale dziękuję Tahirze Das, Elvirze Eevr Djaltchinovej-Malets i organizacji Make Love Not Scars. Korzystałam z raportów „Justice? What justice? Tackling acid violence and ensuring justice for survivors” Acid Survivors Trust International, „Combating acid violence in Bangladesh, India and Cambodia” Avon Global Centre for Women and Justice oraz z publikacji Jane Welch „It was like burning in hell. A comparative exploration of acid attack violence”. Organizację Make Love Not Scars można wesprzeć za pośrednictwem strony www.makelovenotscars.org.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.