Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Warmia i Mazury

Irena, 54 lata

Jak wyjeżdżam do miasta, to się ubieram – zakładam ładne spodnie, bluzkę. Gdy wracam, w pierwszej kolejności to zdejmuję – wolę mieć na sobie stary sweter i spodnie, bo się nie boję, że je pobrudzę. Układam w szafie osobno rzeczy do kościoła, a osobno codzienne. W tym, w czym jadę do miasta, na pewno nie będę szła do krów. Przecież w oborze to wszystko w moment nasiąka, trzeba cały czas prać. Albo jak się przy sianie pracuje, to się człowiek męczy – upał, spocony, twarz czerwona, włos przyklepany. Kiedyś pan z telewizji tu przyjechał i prosił mnie, taką prosto z pola, o komentarz do kamery. Powiedziałam: „Oczywiście, ale muszę się obmyć, przebrać”. A on już filmował. To go pogoniłam. Mam się tak pokazywać na pół świata? Aby mnie potem ludzie palcami wytykali, że baba ze wsi brudna? No brudna, bo taka robota, ale umiemy się odszykować i odstroić, kiedy trzeba.

CZYTAJ TAKŻE: Być kobietą na wsi: Tam, gdzie PKS nie dociera

Biżuterię też mam, choć mało. Brakuje okazji, aby w tym chodzić. Dostałam kiedyś broszę od wujka. Nie wzięłam, bo to pasuje do sukienki do teatru. A gdzie u nas teatr? Stąd nawet do kina jest 80 km! Nam tu brakuje kultury, żeby wyjść do ludzi, coś zobaczyć.

Rządzący nam wszystko zabierają, w tym autobusy.

A jak jeszcze zakaz handlu w niedzielę wprowadzą, to będzie dramat. Bo my jeździmy samochodem do miasta w niedzielę – do cerkwi i na zakupy. Dla nas zakaz handlu znaczy, że trzeba jeździć dwa razy. A przecież to kosztuje, bo wszędzie jest daleko

Dobrze choć, że do lekarza mamy teraz rejestrację internetową – nie trzeba jechać po numerek. Mama wczoraj była na badaniach krwi i już wieczorem sprawdzamy wyniki. Akurat mi się teraz komputer zepsuł, więc czuję się jak bez ręki. Mąż komputera nie dotyka. Bankomatu też nie – mnie córka nauczyła. Umiem też robić przelewy internetowe – płacę podatki, rachunki za wodę i światło. Gotówki mi tyle w domu potrzeba, ile na chleb. Chyba że wzywam weterynarza do krowy – on karty nie uznaje.

Mój Boże, z tymi krowami! Jaki to pieniądz wypłakany. Rok chodzisz przy cielaku i dostaniesz za niego na koniec 2,5 tys. zł. Rozbij to na miesiące, to ile masz? A ile się gnoju nawyrzucasz, ile musisz siana dla niego wysuszyć. Miałam skierowanie do sanatorium na trzy tygodnie. Nie pojechałam, bo nie miałam z kim zwierząt zostawić. Mąż, gdy w pracy ma urlop, bierze dwa tygodnie na sianokosy, a drugą część urlopu na wykopki albo sianie i orkę.

Mieliśmy w ubiegłym roku 70 arów ziemniaków, były wykopki. Miałam operację na kolano i nie mogłam kopać. Mąż najął 14 osób. Każdy miał dostać obiad z dwóch dań, śniadanie, kawę, ciepłą kolację i flachę na koniec. I do tego jeszcze dwa worki ziemniaków, czyli 100 kg. To chyba nie jest źle? Przychodzi dzień wykopków, mąż ciągnik pali, jedzie na pole, a tam przyjechały dwie osoby – z czternastu. Cały dzień nosiłam kosze. To jak znaleźć kogoś, aby się krowami zajął przez trzy tygodnie?

500 plus może i cieszy, ale ludzie przez to rezygnują z pracy. A przecież państwo się zadłuża w ten sposób. To kto to będzie spłacał?

Mnie to nie dotyczy, bo dzieci już rodzić nie będę, ale gdybym zaszła w ciążę, a z badań wyszłoby, że dziecko się urodzi bez rąk, bez nóg czy bez mózgu, to ja bym nie rodziła. Teraz chodzi chyba o to, aby ksiądz ochrzcił, pochował i pieniądze wziął. Jestem religijna, chodzę do kościoła, do spowiedzi, modlę się. I uważam, że kobieta powinna mieć wybór. Bo powiedzmy, że zdecyduję się urodzić takie dziecko kalekie i opiekuję się nim, póki mam siłę. A co potem? Czy państwo się nim zajmie, kiedy będę stara? Niech mi państwo pomoże nie jednorazowo, ale przez cały czas!

Ci z pierwszego sortu mówią, że to czarownice poszły na protesty. Gdyby u nas był taki strajk, to ja bym pierwsza poszła.

Ale my tu na wsi nie mamy głosu – kto nas zauważy, jak my we cztery pójdziemy?

A jeśli jechać, to dokąd? Jak? Gdyby autokar był, tobym pojechała. Bo za wyborem są nie tylko młode kobiety żyjące w mieście, my też tu tak myślimy

Stanisława, 78 lat

Samotnej kobiecie nie jest lekko. Kiedy trzeba, to młotek sama osadzę na trzonek. Piłować drewno też umiem. Jak mi się rower popsuje, to mam przyjaciółkę – ona go rozbierze, złoży, naprawi. Sama się nauczyła. Jeśli czegoś nie wie, to całą noc myśli, aż wymyśli.

Lepiej żyć samotnie i polegać na sobie. Babcia mnie tego nauczyła. Była seniorką rodu, katoliczką. Z babcią o wszystkim można było porozmawiać. Powtarzała: „Niech gadają, aż im języki odpadną, a ty będziesz szła prosto”. Bo z moją chorobą na wsi łatwo nie było. Mam epilepsję. Nim lekarze ustalili, co mi jest, skończyłam 18 lat. Przy pierwszym ataku zebrała się cała wieś, wszyscy myśleli, że umieram. W latach 50., kiedy ktoś dzwonił po karetkę pogotowia, to się czekało i trzy godziny. A jak karetka nie dojechała, to ludzie dowozili chorego wozem na żelaznych kołach. Ataki miałam straszne i długie. Nigdy nie patrzyłam w lustro, jak po nich wyglądam.

CZYTAJ TAKŻE: Wieś jest kobietą

Lekarze mówili, że nikt mnie nie przyjmie do żadnej szkoły i do żadnej pracy. Szkołę skończyłam, pracę znalazłam. Postanowiłam jednak, że nie wyjdę za mąż. Choć nie powiem, miałam chłopaków. Był jeden taki, co mi na kolanach przysięgał, że nigdy w życiu nie wspomni o chorobie. Doradzali mi, żebym wyszła za niego. Ale kiedy już miałam powiedzieć, że się zgadzam, to jakby mi ktoś usta zakrył. Myślę, że to Maryja Panna nie chciała, żebym wyszła za mąż. Wiedziałam, że jeśli będę miała dzieci, to mogą odziedziczyć w genach chorobę po mnie. Tego bym sobie nie wybaczyła.

Fot. Agnieszka Pajączkowska

W słocie, w błocie i w słońcu – tak prawie 20 lat dojeżdżałam na rowerze do pracy w bibliotece. Kończyłam o 18 i robiłam zakupy, więc jesienią wracałam do domu nocą. Zimą, gdy śnieg był wysoki, to szłam pieszo godzinę i 15 minut. Nie bałam się. Tu jest straż graniczna, jesteśmy pod ochroną.

Lubiłam tę pracę, bo było dużo książek. Prawie całego Tołstoja znam i Hemingwaya też. My jesteśmy repatrianci, wszyscy w rodzinie czytali dużo. Ojciec prowadził w wiosce punkt biblioteczny, ja mu pomagałam, aż sama poszłam do pracy.

Już nie pracuję, ale towarzystwo wciąż mam, mimo że mieszkam na uboczu. Czasami wręcz wolę od niego odpocząć. Czasami żartuję, że kiedyś napiszę sobie na drzwiach: „Dzisiaj nie przyjmuję znajomych”. Ale jeśli nawet nie wyjdę na wieś, nie pokażę się, to zaraz ktoś przychodzi albo dzwoni i pyta się, czy wszystko dobrze.

W przyszłym roku ma być doprowadzona woda, więc wreszcie zrobię sobie łazienkę w domu, bo u mnie wychodek i miska. W zeszłym roku studnia wyschła, musiałam do sąsiada chodzić. Tu dookoła mają studnie głębinowe i łazienki normalne, jak w mieście. Ale to kosztuje. Sama studnia to 10 tys. Ale jak człowiek przy lampce naftowej całą szkołę się uczył, to mu nawet nie przeszkadza, że tak długo tego wodociągu nie ma.

Polityka już nie na moją głowę. Ale gdy idę do koleżanki, to owszem, porozmawiamy. Ostatnio o tym Trybunale – no daliby spokój, niech on by już został, jaki był. Nie mam dzieci, ale za in vitro jestem. Po co ludzie mają jechać za granicę i wydawać kupę pieniędzy, kiedy można to zrobić w Polsce, taniej? Albo o aborcji – usuwać takie ciąże w ósmym miesiącu to moim zdaniem nie wolno. Ale do czwartego miesiąca – to co innego i rodzice powinni decydować sami, nie lekarz, nie rząd. A Smoleńsk? Jeśli stoję nad grobem i się modlę, to co za różnica, czyje dokładnie tam są kości? Przecież obok też ktoś stoi i się modli. Po co to ruszać?

Justyna, 32 lata

Dziecko nam strasznie płakało. Malutkie takie, na wadze nie chciało przybierać. „On coś marnie wygląda” – powiedział lekarz rodzinny, więc pojechaliśmy do szpitala. Tam odesłali nas do pokoju z wielką szybą. Sprawdzali przez tę szybę, czy karmię. Myśleli, że nie chcę dawać dziecku piersi, dlatego mu się waga zatrzymała. Jedna pielęgniarka wytykała mi, że źle karmię. Powiedziałam: „To jest moje drugie dziecko. Wiem, co robić”. Przeprosiła, dopiero kiedy wykryto u chłopca chorobę nerek.

Trzy miesiące w tym szpitalu leżeliśmy. Jasiek dobrze pamięta – za jedną noc płaciliśmy 15 zł. Ale byłam sama, bez męża Jaśka. Ponieważ łóżko kosztowało osobno, to rozkładałam sobie materac na ziemi. Nawet krzesła nie dali. Najgorzej, że nie było łazienki, tylko zlew i wanienka dla niemowlaka. Jedzenie odpłatne. Nie wiem, co by było, gdybym powiedziała, że wyjeżdżam, bo nie jestem w stanie w takich warunkach być przy dziecku. Ale nie myślałam o tym, bo przecież nigdy w życiu bym go nie zostawiła.

Jasiek musiał za mnie pracować. Zresztą jak byłam w ciąży, też podwójnie robił – KRUS nie daje kobietom w ciąży zwolnień. Nie ma także urlopu macierzyńskiego. Trudno tak z brzuchem pracować. Wiele nie udźwigniesz, a na gospodarce nosi się dużo ciężkich rzeczy. Krowie też nie wytłumaczysz, że przy niej nie zrobisz, bo za chwilę rodzisz. Ci z KRUS-u zakładają chyba, że będziesz pracować, aż ci wody odejdą, urodzisz w nocy i następnego dnia po porodzie od samiuśkiego rana wrócisz do roboty.

CZYTAJ TAKŻE: My nie jesteśmy gospodynie wiejskie, my jesteśmy kobiety kreatywne!

Przy pierwszym dziecku dostałam jednorazowo 500 zł. Przy dwóch kolejnych – 3,5 tys. Dobrze, że od tego roku jest „kosiniakowe” i kobiety dostają tysiąc złotych zasiłku. No i 500 plus pomogło – wydajemy je na żywność i ubrania dla dzieci. Kiedy coś zostanie, odkładamy. Na wakacjach nigdy nie byliśmy. Czasami tylko tak na jeden dzień wybierzemy się obejrzeć jakiś zamek albo zobaczyć pokaz czy paradę.

Mamy 11 hektarów pola i aż osiem hektarów przeliczeniowych – hektar fizyczny to co innego niż hektar przeliczeniowy. Ten drugi wynika z klasy ziemi – u nas jest dobra, przez nią przekroczyliśmy dochód roczny, więc zabrali nam zasiłek rodzinny. Co gorsze, Unia Europejska daje dopłaty za hektary fizyczne. Ten, który nie pracuje tak ciężko jak my, ale ma więcej hektarów słabszej ziemi, dostaje więcej pieniędzy i płaci mniej podatku. Jego pole zarasta chwastem, tymczasem on kupuje sobie samochody, a jego dzieci mają zapomogi i dożywianie w szkole – bo z hektarów przeliczeniowych wychodzi, że niby jest biedny.

My nie mamy nic. Nie chcieli nam dać pielęgnacyjnego na syna. Chociaż w sumie po co się szarpać o 153 zł – co 153 zł oznacza dla chorego dziecka? Tak jak te cztery tysiące dla matki, która zdecyduje się urodzić okaleczone niemowlę. Przecież to jakiś żart. Moim zdaniem kobieta powinna sama decydować, czy urodzi, a nie będą ją mamić czterema tysiącami, które się zaraz skończą. A niektórzy dostają 153 zł na dziecko, które jest zdrowe jak byk. „Nie ma sprawiedliwości” – tak im Jasiek nagadał, jak odmówili nam pomocy.

AGNIESZKA PAJĄCZKOWSKA

Jasiek w ogóle dobry jest. Teściom nie pozwala, żeby się wtrącali, mimo że mieszkają z nami. Pić nie pije. A to główne powody rozwodów u nas na wsi: wódka i teściowie. Tak narzekają kobiety dookoła, chociaż one głównie są starsze. Nie ma za bardzo dziewczyn w moim wieku – mam 32 lata. Jednak towarzystwa mi nie brakuje – mam przecież rodzinę.

Co by się kobietom na wsi przydało? Mnie nic nie trzeba. Autobus mnie nie obchodzi, bo jest drogi, a Jasiek i tak wszystko samochodem przywiezie – ja jakoś nie mogę się zebrać, żeby prawo jazdy zrobić.

Przedszkola też mi nie brak, bo co ja bym robiła, gdyby dzieci tam siedziały? A tak, to mam przynajmniej zajęcie

Zawsze chciałam na gospodarce robić i odkąd poznałam Jaśka, tak właśnie jest. Ślub wzięliśmy trzy lata po narodzinach córki. Skromnie było – tylko my dwoje i świadkowie. Inaczej strasznie drogo wychodziło. Mówią, że jak kościelnego ślubu nie weźmiesz, to się zaraz wszystko zawali. Ja w to nie wierzę. Jak ma być dobrze, to będzie. Jasiek, zgodzisz się ze mną?

Celina, 60 lat

Lalko, tylko jak tu o sobie opowiadać? Nie lubiłam siebie – byłam taka pokraczna i chuda. Więc wyrywałam się ze zdjęć. Tutaj byłam ja, gdzie ta dziura. Tu też oderwana. Tutaj z kolei nożyczkami tylko twarz odcięłam. O, a to mój mąż. Pije ze szwagrem. Obaj Ukraińcy byli. Kiedyś wzięłam ślubny portret i go w złości potłukłam. Powiedziałam: „Ja ciebie nie potrzebuję”. Denerwowałam się, czego pije, czego bije mnie i rękę podnosi na dzieci. Wredna byłam, Boga nie znałam.

Jak tatuś brał pas, to też uciekałam drogą aż do samego asfaltu. Nigdy mnie nie dogonił, taka byłam nieposłuszna. A tata dobry był dla wszystkich. Pieniądze co prawda przepijał i wkoło tylko chleb i mleko jedliśmy. Ale pijany od razu zasypiał – troszczył się o nas. Mąż to nie spał. No i przed nim nie zawsze udało się uciec. Kiedy mnie złapał, to bił. Rano nie przepraszał – dostawał za to ataku padaczki poalkoholowej albo znowu pił.

Rodzice mówili mi: „Nie będziesz miała z nim suchych oczu”. Nie godzili się na nasz ślub. Jego matka też wolała, żeby on za Ukrainkę szedł. Ale ja taka zakochana byłam. On z kolei – rozwydrzony.

Pierwsze dziecko urodziłam bez ślubu. Jak się we wsi o ciąży dowiedzieli, od razu zaczęli gadać. Nieraz się przez to naryczałam.

Ja nawet nie wiedziałam, że mogę zajść w ciążę. Śmierci się bardziej spodziewałam niż tego. Zorientowałam się późno. Owszem, tyłam i nie miałam okresu, ale kto tam wtedy o tym wiedział. Mama nigdy nie tłumaczyła mi takich rzeczy – to było wstydliwe

Kiedy urodziłam, to mój chłopak przyjechał ze swoim ojczymem. Zły ten ojczym był – jak mąż miał 12 lat, brał go do lasu i rozpijał. Kiedy do nas przyszli zobaczyć dziecko i tata krowy nie chciał w posagu dać, to ojczym nas zwymyślał. Tatuś powiedział: „W kołysce jest posag. Nie chcesz, nie bierz”. Nie wzięli. A to taka śliczna dziewczynka była. U rodziców z nią siedziałam, aż skończyła osiem miesięcy – wtedy on zdecydował się na ślub.

Mąż leśnikiem był, pił jednak tak, że nie dawał rady w pracy. Więc ja dzieci samiuśkie w domu zostawiałam i szłam kopać „talerze”, czyli miejsca na leśne sadzonki. Czasami sąsiadka dzieci doglądała. Robiłam na akord: im więcej się wykopało, tym lepiej płacili. W drugiej ciąży kopałam do dnia porodu, aż się calutka zalałam krwią. Bóg dał, że chłopiec żyje.

Lalko, Bóg pomagał mi dużo. Za to kobiety w kościele skreśliły moje życie. Plotkowały, że my takie nieubrane, w dziurawych marynarkach przed ołtarzem stajemy. Wtedy syn, już dorosły, pokazał mi Kościół zielonoświątkowy, w którym o nikim się źle nie mówi. Tu wszyscy są pełni Pana i mówią językami. Na aborcję się nie godzą i za rządem stoją, bo rząd jest przecież od Boga. Ja też tak samo myślę, że wszystkie dzieci są od Boga i wszystkie kochać trzeba. A te z gwałtu – to co one winne, że mężczyzna agresywny był?

We wsi zielonoświątkowców nikt nie lubi. Kiedy przystąpiłam do Kościoła, chłopy za mężem zaczęły wołać: „Twoja baba to zielona, zielona!”. Wstyd mu było tak, że poszedł się wieszać na żelaznym drucie. Nie wyszło mu. Więc pił dalej. Choć pijany wlał mi często, to nigdy nie zgwałcił. A przecież kiedy tylko przekwitłam, przestałam z nim sypiać. On nie naciskał. Teraz mi go za to szkoda – może przez to tyle pił?

Kiedy umarł, zrobiło mi się smutno. W końcu tyle lat ze sobą przeżyliśmy. Nie chciałam nawet patrzeć na rzeczy męża. Więc syn wszystko wymienił na nowe.

Syn taki jest, że wszystkim pomoże: siostrze dzieci chował, popierze mi, zupy nagotuje, posprząta. Przychodzi do mnie każdego dnia. Jemu też ciężko – 40-latek bez żony, kolegę tylko w kościele ma. A taki jest dobry: wszystko by mi kupił, chociaż nic już nie potrzebuję. Zresztą teraz pieniędzy mam dużo – 200 zł dają na opiekuńcze i 1,3 tys. po mężu. Dzieci z zagranicy codziennie widzę przez komputer. Wszystko mi opowiadają, kochane takie. Młodzi ludzie w ogóle dobrzy są, nie tylko ci z rodziny. Za życia męża to mnie bronili. Ostrzegali: „On już idzie, niech pani ucieka”. To ja chodu z domu. Ale gdy umarł, powtarzali: „Kat umarł, kat umarł”. Odpowiadałam wtedy: „Już nie trzeba teraz tak gadać. Może Bóg jemu niebo dał? Nie nam to oceniać”.

Krysia, 60 lat

Baba-chłop, co? Mąż w pracy, a ja rąbię drzewo i cegły układam. Mąż jest portierem w psychiatryku. Miał zawał. Przynajmniej dostał rentę. Dzisiaj ma dzień i nockę, więc ja sobie tutaj rządzę. Lubię taką robotę.

Po szkole najpierw pracowałam w DPS-sie, potem w pegeerze. Siedem lat pracy, potem dzieci. Przysłali mi z ZUS-u informację, że na dzień dzisiejszy dostawałabym 20 zł emerytury. Jestem zarejestrowana jako bezrobotna. Nie mam KRUS-u, bo po pegeerze myśmy ziemi nie kupili. Po co? Ludzie na kilku hektarach biedują. Ja korzystałam z opieki społecznej, mąż będzie miał emeryturę, to stróżowanie mu się wlicza. Jakoś się utrzymamy.

Maria i Irena, matka i córka.
Z ich domu do granicy z Rosją jest niecałe 400 m Maria i Irena, matka i córka. Z ich domu do granicy z Rosją jest niecałe 400 m  Maria i Irena, matka i córka. Fot. Agnieszka Pajączkowska

Rodzice też pracowali w pegeerze. Trzymali poza tym króliki, nutrie, świnie, kury, krowy. W trzeciej klasie byłam, kiedy przy tym wszystkim robiłam. Jak trzeba było na niedzielę oprawić kaczkę, a nie miałam tyle siły, aby ją siekierą zabić, to siadałam na niej i nożem gardło cięłam. Lekcji nie odrabiałam, dzieciństwa nie miałam.

Miałam 20 lat, kiedy zaszłam w ciążę. Chłopak wyrzekł się syna i sądzić go musiałam o alimenty. Wtedy aborcja była w Polsce uznawana w każdym szpitalu. Gdy słucham teraz posłów, co oni wymyślają, to mnie szlag trafia. Nie jestem za tym, aby usuwać, kiedy kto chce – kobiety też są sobie winne, że antykoncepcji nie używają. Ale z kolei po antykoncepcji dzieci coraz częściej rodzą się upośledzone. Myślę, że każda powinna decydować o sobie wedle własnej woli. Ja zadecydowałam rodzić, bo mama obiecała, że mi pomoże. A ojciec gadał: „Masz szczęście, że syna urodziłaś, bo gdyby to była dziewczyna, tobym cię wywalił na zbity pysk”.

Panieński syn urodził się w roku 1984, a męża poznałam w 1987. Miałam wtedy innego chłopaka, ale był ze wsi, ja jednak z pegeeru i wydawał mi się zacofany. A ten – umiał rozmawiać, starszy był. Wahał się, zanim się oświadczył, ale jak z nim też zaszłam, to już musiał. Wcześniej chciałam usunąć – bo jakby on nie chciał, to co ja będę sama dwoje dzieci chowała?

Po ślubie żeśmy się długo docierali. Za rok będzie 30 lat, a ja dopiero teraz czuję, że go kocham

W pegeerze były spotkania na Dzień Kobiet, gwiazdki, paczki ze słodyczami dla dzieci. Ludzie mieli pracę – ciężką, ale była. Były też trzynastki, talony, premie. Kobiety musiały strasznie zapieprzać, ale były przedszkola. Na dniówce robiło się wszystko – przy żniwie, przy słomie, przy burakach, przy krowach. Skromnie żeśmy żyli: miałam wychowawcze na dzieci, Wiesiek pracował. Dawaliśmy radę, chociaż ile to jest 800 zł miesięcznie na sześć osób? Dobrze, że mieliśmy swoje ziemniaki i owoce, trzymaliśmy króliki, kury, świnie. Trzeba było koło tego chodzić, to chodziłam. Kobiety dwa razy więcej robiły niż mężczyźni – to normalne, nie tylko na wsi. Mąż wracał po pracy i odpoczywał, ja pracowałam na okrągło. Nie pomagał. Czasami, kiedy się dziecko zsikało, to przewinął, ale jak była kupa, to już nie.

CZYTAJ TAKŻE: Wołali: "PGR-usy, wszarze, brudasy!"

Gdyby tak tę pracę wycenić, toby wyszło potrójnie plus to, co w pegeerze, i by było do emerytury. Ale taka praca się dla rządu nie liczy. Inaczej tobym teraz dostawała 2 tys. zł na rękę. Chciałabym. I żeby była pensja za bycie gospodynią domową. I żeby każda mogła sobie pojechać na dwa tygodnie płatnego urlopu – to by było coś! Na wakacjach nigdy nie byłam. Dzieciaki jeździły, bo pegeer opłacał. Ale teraz nie liczę, że ktokolwiek mi pomoże. Za to do mnie sąsiedzi przychodzą po pożyczki – cukru, mąki. Potem nie ma komu oddać. Gdy pegeer likwidowali, część ludzi poszła na renty. Są zarejestrowani jako bezrobotni, stoją na moście i plują do rzeki. Ja na szczęście mam swój handelek – papierosy stoją u mnie po 8 zł. Za jeden kurs za granicę wychodzi 80 zł na czysto.

Maria, 82 lata

Ja bym w dużym mieście nie umiała. Tam wszystko ładne – sklepy, ubrania, aż się w oczach mieni. Kiedy wracam, chora od tego jestem – za dużo, za bogato. Ja mam tysiąc złotych emerytury, ale to dobrze. Bo co mi trzeba?

Byłam przewodniczącą koła gospodyń – przyjeżdżała do nas pani na kurs pieczenia ciast. Kiedyś każda kobieta miała zeszyt i zbierała przepisy. Za kurs nic się nie płaciło, nawet produkty ta pani przywoziła – 30 margaryn i dziesiątki jajek. Z tego siedem tortów upiekłyśmy od rana do wieczora. Upiekły i ubrały – w piękne róże i stokrotki, przez firankę się wyciskało masę i cuda wychodziły. Kurs kończył się balem, aby razem zjeść to, co myśmy naszykowały. Na jeden taki bal urodziłam córkę. Urodziłam w nocy. Rano siostra mówi, że ktoś do mnie przyjechał – kierowniczka kursu! Wszystkie wypieki przywiozła po kawałku.

Miałam trójkę dzieci, jedno zmarło. Żyło miesiąc, Matko Boska, miałam bieliznę po tym dzidziusiu. Wszystko poprałam. Inna by spaliła, ale u nas była bieda, że nic się nie marnowało. Płakałam i myślałam: jestem młoda, to się przyda. Przy drugiej córce dziewięć dni leżałam w szpitalu. Jaka tam opieka była! Człowiek leżał, czyściutko, na karmienie donosili dziecko co trzy godziny, a ja odpoczywałam. A teraz urodzisz, dadzą ci tego dzidziusia i od razu musisz wszystko sama – przewinąć, umyć.

Kiedy byłam w szpitalu, to mi mówili, co robić, aby w ciążę nie zajść. Dali tabletki, kazali do pusi pchać. Ale wyrzuciłam – gdzie ja będę takie rzeczy robić! Kochało się, kiedy się chciało. Jak człowiek spracowany, to nie w głowie była pusia i kochanie. Może mąż krzywdę miał, ale nie było z tego powodu rozwodu.

CZYTAJ TAKŻE: Wędrowny Zakład Fotograficzny: portret za posiłek

Współżycie to był temat tabu. Nigdy nie zauważyłam, żeby moja mama miała seks z tatą, a mieszkaliśmy w jednym pokoju. Tak samo w moim małżeństwie – nic się dzieciom nie mówiło, mąż się nigdy nie rozebrał przy dzieciach, ja też nie. Kiedy widzę w telewizji te golasy – to tego nie było w domu, nigdy.

Ale oglądam też w serialach, że mężczyźni pomagają w domu. To mi się podoba, taka moda, że chłopaki nawet więcej gotują jak dziewczyny. Razem sprzątną, razem wyjdą do pracy. To w mieście, na wsi się tak nie da

Jak była akcja „Wisła”, miałam 11 lat. Pozwolili nam zabrać tylko to, co w ręku. Ale pewnie, że PRL mi się podobał. Wstydzę się mówić, ale ja zawdzięczam partii kupienie domu. Mąż pojechał do pierwszego sekretarza, opowiedział swoje żale, że my w siedem osób w dwóch pokoikach mieszkamy, a obok dom pusty stoi. Przyjęli go, wysłuchali i klucz na nas czekał. 100 tys. trzeba było spłacić, to same kartofle żeśmy jedli. Rodzice męża dali nam krowę, moi – dwa prosiaczki i jakiś garnek. Mąż zrobił drewniany stół i łóżko. I to był cały majątek.

Nie wiem, jak my byśmy dzielili gospodarstwo w razie rozwodu – ja bym go nie spłaciła ani on mnie. Dlatego teraz dziewczyna najlepiej jak ma swoje mieszkanie. Ale nie można wszystkiego dzielić. U nas ja trzymałam kasę w szafie. Kiedy świniaka żeśmy sprzedali, to od razu chowałam. Chociaż gdy tylko mąż coś chciał, jakieś kieszonkowe do miasta, to oczywiście mu dawałam.

Nasza wioska to byli wszystko grekokatolicy. Za moich czasów każdy ze swojej wioski brał żonę. W całej wsi nikt nie ma rozwodu. Kiedy byłam panną, tata męża wybrał – bo gospodarny, z dobrej rodziny. Ja wam, dziewczyny, współczuję! Dla mnie to byłoby teraz bardzo trudne – być młodą i wyjść za mąż. Kiedyś się ludzie od dziecka w wiosce znali, a teraz za obcego się idzie. Teraz nie ma już prawdziwej wsi – u nas już zanikło. Same łąki, pastwiska, nic ornego. Młodzież za granicę pojechała, bo tam pieniądz zarobią. Ciekawe, jak jest na Podlasiu. Czy tam może być gorzej?

***

Większość bohaterek to osoby poznane podczas realizacji projektu „Wędrowny zakład fotograficzny” (więcej informacji TU).

Autorki tekstu szukają kobiet, które – bez względu na wiek, wykształcenie, pochodzenie, poglądy – czują się „drugoplanowe”: niesłyszane, niezauważane, nieznane, ale są gotowe do podzielenia się swoją historią. Piszcie na: drugoplanowe.kobiety@gmail.com

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.