Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tego dnia dziennikarka telewizyjna Christine Chubbuck ubrała się do studia w opiętą sukienkę w czarno-białą kratkę, która podkreślała jej smukłą figurę. Proste, długie czarne włosy jak zawsze miała rozpuszczone. Przed wejściem na antenę poprosiła, żeby koniecznie nagrać ten program. Notatki ułożyła przed sobą na blacie, torebkę na kolanach, a gdy prowadzący ją przedstawił, pewnym wzrokiem spojrzała w obiektyw i zaczęła czytać informacje o lokalnej strzelaninie. Kiedy się okazało, że film, który miała komentować, zaciął się w szpuli, niezrażona przełożyła kartkę i odgarnęła włosy. Ręka zadrżała jej prawie niezauważalnie. Lekko się uśmiechnęła i przeczytała z nowej strony sarkastycznym tonem: "Zgodnie z polityką tej stacji, która domaga się krwi i flaków, przedstawiam państwu, po raz pierwszy na żywo i w kolorze, próbę samobójczą na wizji".

Po czym wyjęła z torebki rewolwer i wypaliła z niego w swoją potylicę. Głowa odchyliła się w bok jak od nagłego podmuchu wiatru, ekran zamglił się od dymu. Upadła na biurko, głowa znalazła się poza kadrem.

Wyciemnienie. Reklamy. Film. Ekipa Channel 40 nachyla się nad ciałem, jeszcze nie wierzy. Przecież była taka młoda, ładna, utalentowana, mogła żyć.

Tak, ale – miała nieleczoną kliniczną depresję

Christine dorastała z rodzicami i dwoma braćmi – Gregiem i Timothym – w mieście Hudson w Ohio. To stan, którego mieszkańcy najbardziej lubią oglądać futbol, pić piwo i spędzać czas z przyjaciółmi oraz mężem czy żoną, najlepiej miłością z licealnych czasów. Ojciec Chris był biznesmenem, dzieciakom niczego nie brakowało, należeli do wyższej klasy średniej. Jako 16-latka Chris pisała w pamiętniku: „Mam nadzieję stać się kobietą z ikrą, gospodynią domową, matką i dobrą przyjaciółką dla wszystkich, ale czegokolwiek się podejmę, na pewno dam z siebie wszystko, bo jeśli cokolwiek zostawia we mnie niesmak, to porażka”.

W wywiadach po śmierci córki matka – Peg – podkreślała, że choć Christine wyrastała na atrakcyjną dziewczynę, nikt nie śmiał do niej zagadać, poprosić o numer telefonu. Razem z koleżankami z żeńskiego liceum założyły grupę, którą ironicznie nazwały Dateless Wonder Club, czyli Cudowny Klub bez Randek – dla tych, które w sobotnie wieczory zostawały w domu.

Nastoletnia Christine tęskniła za miłością, ale też zdawała sobie sprawę, że jej inteligencja i brak kokieterii nie są w cenie w tym miejscu i czasie. Na początku lat 60. w prowincjonalnym Ohio każda dziewczyna chciała przede wszystkim osiągnąć mistrzostwo w sztuce flirtu i byciu sympatyczną. Christine nie chciała grać w takie gry. W filmowym dokumencie o jej życiu ówczesna dziewczyna Grega, dziś dojrzała kobieta, wspomina ze łzami w oczach: – Oni oboje byli tacy eleganccy, stylowi, jak z innego, lepszego świata. Nie pomyślałam, że ktoś taki jak Christine, ta pewna siebie osoba, może mieć problemy ze sobą.

Film dokumentalny "Kate Plays Christine w reż. Roberta Greene'a

 

Po liceum Chris wyjechała do pobliskiego Columbus, gdzie przez trzy lata studiowała teatrologię. Potem przeniosła się do college’u w Massachusetts, żeby skończyć edukację na uniwersytecie w Bostonie w 1965 roku. Dyplom obroniła na wydziale radia i telewizji. Po studiach przez chwilę pracowała w lokalnej stacji w Cleveland, a potem w Pittsburghu w Pensylwanii. Po kilku miesiącach wróciła do Ohio, gdzie zatrudniła się w telewizji w Canton, żeby ostatecznie zawiesić karierę w mediach na cztery lata, które spędziła na stanowisku operatorki komputera w szpitalu na zachodzie Florydy. Zamieszkała w letnim domu swojej rodziny, na niewielkim przybrzeżnym archipelagu Siesta Key, w mieście Sarasota.

Swojej późniejszej kamerzystce z Channel 40 Jean Reed zwierzyła się, że musiała na chwilę odpuścić stresującą pracę, bo miała dręczące myśli o tym, że powinna się zabić. Połknęła garść tabletek na uspokojenie.

Rodzina była przyzwyczajona do tego, że ich Chris co jakiś czas ma swoje „nastroje” czy humory. Słowo „depresja” w publicznym dyskursie pojawiało się wtedy rzadko – częściej mówiono o stresach, nerwach, codziennych zmartwieniach. Na początku lat 70. coraz więcej dziewczyn decydowało się wychodzić poza ogniska domowe, ale nie wiedziało, jak odnaleźć się w nowych rolach w życiu zawodowym i uczuciowym.

Nie chciały już być uległe i bierne, ale były jeszcze niezdarne w swoich nowych zadaniach, zawieszone między chęcią posiadania rodziny w dawnej odsłonie i nowej niezależności.

Taka sytuacja często prowadziła do nasilenia się lęków, poczucia zagubienia. Leczono jednak objawy, a nie przyczyny.

Christine, choć pragnęła się przystosować, być kochaną, jednocześnie nie chciała tego robić na warunkach, które jej przedstawiano. Kompromis, do którego usiłowała doprowadzić, kosztował ją powtarzające się załamania nerwowe. Potrafiła wtedy robić awantury producentom o drobnostki, jak np. o to, że postawili na stoliku sztuczne kwiaty zamiast żywych albo że jej materiał został przełożony na inny dzień. W Channel 40 wszyscy wiedzieli, że po Christine można się czasem spodziewać „ataków”, a wszystko, nawet zwyczajną wymianę opinii na kolegium, traktuje bardzo emocjonalnie.

Do pewnego momentu na uspokojenie nerwów pomagały tabletki. W roku 1965 najpopularniejszy był miltown – lek przeciwlękowy na „generalny stres”. Po nim pojawiła się benzodiazepina librium, aż w końcu hit „leków dla pań domu”, czyli valium. Na początku lat 70. zażywała go niemalże jedna piąta kobiet w Stanach. Antydepresanty były przepisywane rzadko, leki uspokajające wydawały się uniwersalnym remedium. Trudno było też o precyzyjną diagnozę. Ogłoszenia w gazetach reklamowały różne specyfiki na „problemy życiowe”. Pacjenci, u których stwierdzono depresję – wtedy uważaną za psychozę – najczęściej trafiali do szpitali, gdzie leczono ich elektrowstrząsami.

JOHN CLOUD/AP

Christine, codziennie wstająca do pracy reporterka, nie mogła mieć więc depresji – musiała mieć humory. W głębokim przekonaniu jej matki wynikające z tego, że cierpiała z powodu braku związku i życia seksualnego. „Przez całą dekadę, od 20. do 30. roku życia, była na randkach może z 25 razy i nigdy więcej niż na dwóch z tym samym mężczyzną”.

Peg trzymała kciuki, żeby jej córkę „wyleczył” jakiś porządny mężczyzna. Pogląd, że „nerwy” dziewcząt są leczone przez małżeństwo, nie był wtedy odosobniony.

Tak, ale – chciała pokazać, do czego prowadzi polityka mediów

W 1972 roku Christine została zatrudniona przez Boba Nelsona do pracy w debiutującej na rynku florydzkiej telewizji WXLT – w Channel 40 telewizyjnego giganta ABC. Po raz pierwszy stanęła przed kamerą.

Na początku lat 70. życie z małym ekranem było elementem codzienności większości Amerykanów. Minęło niecałe dziesięć lat, odkąd pojawiły się regularne transmisje w kolorze, w najlepszym czasie antenowym. Telewizja miała się stać widowiskowa, przyciągająca wzrok. Kraj zaś oglądał głównie to, co pokazywano w trzech najsilniejszych stacjach: CBS, NBC i ABC, które miały swoje ośrodki w największych miastach w Stanach. W 1967 roku utworzono telewizję niekomercyjną, publiczną – Public Broadcasting Service. PBS stworzył pierwszy nowoczesny program edukacyjny dla dzieci – „Ulicę Sezamkową” – już w 1969 roku. Pierwszy refleksyjny program informacyjny – „The NewsHour with Jim Leherer” – powstał jednak dopiero w 1975 roku. Rok po śmierci Christine.

W czasie jej pracy w WXLT najważniejsze było schlebianie masowym gustom. Oglądalność miały podnosić materiały, które dziś określa się jako tabloidowe – skandale obyczajowe, historie kryminalne, katastrofy – najlepiej zarejestrowane na żywo. Język telewizji zmieniał się na dosadny i dosłowny. Bob Nelson, właściciel Channel 40, choć zatrudnił Chubbuck jako reporterkę, przydzielił jej do prowadzenia talk-show na temat lokalnych wydarzeń zatytułowany „Suncoast Digest”, czyli „Przegląd ze słonecznego brzegu”. Dziś powiedzielibyśmy o nim – telewizja śniadaniowa. Emitowany był codziennie o 9 rano na żywo, a gośćmi Christine były wszystkie lokalne sławy – począwszy od pani, która z sukcesem hoduje kury, aż po przedstawicieli władz municypalnych. Lokalna gazeta tak pisała o show: „Będą tam się pojawiać lokalni mieszkańcy i lokalne inicjatywy. Program przyjrzy się na przykład temu, w jaki sposób radzimy sobie w Sarasocie z problemem alkoholu, narkotyków i innymi drażliwymi kwestiami społecznymi”. Artykułowi towarzyszyło zdjęcie uśmiechniętej Christine pozującej z kamerą.

Choć program miał być słoneczny i śniadaniowy, Christine traktowała go poważnie – jako interwencyjny, zajmujący się realnymi bolączkami regionu, jak np. kwestią ochrony przyrody przed zakusami inwestorów. Pośmiertnie została nominowana przez Florida Division of Forestry (regionalna dyrekcja lasów państwowych) do nagrody Forestry and Conservation Recognition Award (za przyczynienie się do ochrony środowiska naturalnego). Mike Keel, leśnik dystryktu Sarasota, miał się pojawić jako gość w dniu jej samobójstwa. Odwołał, bo rodził mu się syn.

Po pracy działała jako szpitalna wolontariuszka, zajmując się dziećmi z niepełnosprawnościami intelektualnymi. Najbardziej lubiła robić dla nich przedstawienia kukiełkowe w stylu talk-show. Schowana za kartonowym telewizorem, z pacynkami nasuniętymi na dłonie prowadziła rozmowy o życiu. Dzieciaki uważała za swoją najlepszą widownię. Chociaż widziały tylko dwie skarpety naciągnięte na ręce, słuchały z rozdziawionymi buziami. To była magia, za którą Christine tęskniła w płatnej pracy.

Nie znosiła Boba Nelsona za to, że – jak mówiła – ma za nic merytoryczną jakość materiałów, a chodzi mu tylko o ich efektowność. Irytowało ją to, że choć zbiera najbardziej utalentowanych młodych ludzi z okolic, płaci im najniższe możliwe stawki – Christine miesięcznie zarabiała 400 dol.

Nie mogła znieść tego, że musi prowadzić talk-show, zamiast jeździć w teren jako reporterka i że za każdym razem, kiedy chciała wytłumaczyć swoją rację, słyszała, że będzie dostawała dobre zlecenia, jeśli tylko jej reportaże staną się bardziej soczyste.

Wywiady, które przeprowadzała w swoim talk-show, były – w opinii jej byłych współpracowników – wymuszone i sztywne, nie umiała rozluźnić się podczas rozmowy w gościem. W jedynych dostępnych nagraniach z jej programu, które przechowuje dawny prezenter pogody WXLT Steve Newman, widać czarnowłosą, ciemnooką dziewczynę o ostrych rysach twarzy, ciemnej karnacji, która siedzi na krześle ubrana w czarną bluzkę i spódnicę w kratę, na szyi ma złoty łańcuszek, w uszach – złote kolczyki. Zadaje pytania wyraźnie i głośno, ale twarz ma smutną, oczy nieobecne. Miała podobno często dopytywać, oglądając nagrany materiał w kamerze: „Czy ja nie kiwam głową zbyt empatycznie?”. Tak bardzo chciała być perfekcyjna, że traciła z oczu drugą osobę.

Bob Kheen, ówczesny prezenter wieczornych wiadomości, jest pewien, że Chubbuck strzeliła sobie w głowę, aby skrytykować system medialny, który domagał się przemocy i sensacji na ekranach. „Tak jakby mówiła: ludzie, tego chcecie, krwi i flaków? Zobaczcie, jakie to obrzydliwe i głupie. Naprawdę tego chcecie?”. Zdaniem Peg jej Christine wyrażała całą siebie przez swoją pracę. Kompromis w pracy oznaczał zatem rezygnację z siebie.

W piątek przed samobójstwem pokłóciła się z Mikiem Simmonsem, reżyserem wiadomości, kiedy jej reportaż został wycięty na rzecz materiału jej kolegi o brutalnej strzelaninie. Wykorzystała go potem w feralny poniedziałek.

Film fabularny "Christine" w reż. Antonia Camposa

 

Mike Simmons jest do dziś przekonany, że Chris zabiła się na wizji po to, aby zaistnieć poza lokalnym kontekstem, czego tak bardzo pragnęła za życia. WXLT w sezonie oglądało może z 10 tys. osób. Stacja rozwijała się powoli, miała stary sprzęt, małą ekipę. Mieszkańcy Sarasoty mówili o tym kanale „Funny 40”. Program Christine pojawiał się na ekranach może w 500 domach.

Po samobójstwie Chubbuck szef stacji Robert Nelson chwalił się, jak to wydarzenie podniosło statystyki oglądalności. Podobno zachował wycinki wszystkich artykułów. Szczególnie cieszył się tym z pierwszej strony tabloidowego „Daily News”.

Tak, ale – nie mogła znaleźć szczęśliwej miłości

Dom rodziny Chubbuck na Siesta Key nadal stoi nad brzegiem Zatoki. Wystarczy wyjść na werandę, żeby znaleźć się na plaży. Wystarczy przebiec kilkanaście metrów, żeby zanurkować w morzu. Christine lubiła pływać. Peg w wywiadach mówiła potem nerwowo, iż zawsze myślała, że jeśli córka się zabije, to wybierze śmierć przez utonięcie.

Kiedy państwo Chubbuck się rozwiedli, Chris zamieszkała na Florydzie razem z matką. Potem wprowadził się do nich Greg, którego ostatecznie zastąpił Timothy, kiedy tamten zaręczył się i zamieszkał z dziewczyną. Timothy był dekoratorem wnętrz i urządził dom modelowo, jak z magazynu o mieszkaniach. Chris chciała, żeby jej pokój miał kolor żółtobiały, a wokół łóżka były falbanki. Przypominał raczej pokój podlotka niż 30-latki. Na ścianach wisiały plakaty jej ukochanej piosenkarki Roberty Flack, której hit „Killing Me Softly” królował na listach przebojów.

Po śmierci córki Peg tłumaczyła, że mieszkanie razem było dla nich bardzo naturalne. Kochali się i rozumieli. Chris nie miała żadnego życia towarzyskiego.

Nie potrafiła się dogadać z nikim innym poza rodziną. Zdaniem Peg byli jej najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze jechała na innym biegu niż cała reszta. Zawsze mówiła coś nieodpowiedniego. Zbyt wprost, zbyt szczerego.

Tęskniła za romantyczną miłością. Jej postrzeganie uczucia było naiwne – mają być świeczki, róże i wino – ale jej wymagania były dorosłe. Czuła też, że ma coraz mniej czasu. Ponieważ tygodniami dręczyły ją napadowe bóle w dole brzucha, poszła do ginekologa, który wysłał ją na operację usunięcia jajnika, by zapobiec rozwinięciu się nowotworu. Usłyszała, że jej zdolność do zajścia w ciążę znacznie się zmniejszyła. Ma może dwa, trzy lata. A ona w wieku 29 lat wciąż była dziewicą.

Chciała pójść do łóżka z facetem, który ją zrozumie. Postanowiła, że będzie to George Peter Ryan, specjalista od wiadomości giełdowych w jej stacji. George właśnie przebył terapię i zadowolony z rezultatów pracy nad sobą chciał pomóc swojej koleżance z jej problemami. Chciał, aby zaczęła uczęszczać na jego zajęcia z tzw. analizy transakcyjnej. Według reguł tej terapii w interakcji między członkami grupy ujawnia się proces grupowy ukazujący problemy i zaburzenia, z którymi borykają się pacjenci.

Wtedy jednak Christine chciała tylko tego, aby George był jej chłopakiem. Na jego 30. urodziny upiekła tort i zawiozła mu go do domu. Dała do zrozumienia, że jest wolna i zainteresowana. George jednak nie był. Spotykał się z ich wspólną koleżanką z pracy, reporterką do spraw sportu Andreą Kirby. O tym jednak Christine dowiedziała się już od niej. Zupełnie się tym załamała. Andrea była jedyną osobą, z którą czuła się w pracy swobodnie. Drobniutka, flirtująca, ambitna, stanowiła przeciwieństwo Chris, która nie potrafiła prowadzić small talk, piąć się po szczeblach kariery, zagadywać mężczyzn. Samopoczucie Chris pogorszyło się jeszcze bardziej, gdy Andrea oznajmiła jej, że znalazła nową, lepszą posadę w Baltimore. Robiła karierę i miała chłopaka – to były też marzenia Christine.

Znajomi z pracy uważali Chris za osobę dumną i nieprzystępną. Wysoka, szczupła, dobrze ubrana, nie zachęcała do nawiązywania bliższych kontaktów. Była też nadwrażliwa, cały czas analizowała zachowanie innych w stosunku do siebie. Potrafiła jednak również żartować, szczególnie z siebie, i miała absurdalne, nieco makabryczne poczucie humoru, które doceniali jej współpracownicy. Mogła też rozmawiać na każdy temat bez mrugnięcia okiem. Jedyne, czego nie potrafiła unieść, to komplementy.

Po śmierci Christine Andrea w wywiadach usprawiedliwiała się, że w jej ostatnich tygodniach nie miała do niej zbyt wiele cierpliwości. „Była użalającym się nad sobą stworzeniem. Myślałam, że jeśli się na nią wścieknę, to zadziała to na nią motywująco”.

Andrea jest pewna, że jej koleżanka zabiła się, bo chciała zwrócić na siebie uwagę. „Mówiła mi: »Wiesz, cudownie by było nawet przez tydzień mieć kogoś, kogo się naprawdę kocha i kto kocha ciebie«”. Z tym zgadza się matka Chris. Jej zdaniem córka skończyła ze sobą, bo nie mogła dłużej znieść tego, że jest starą panną, której nikt nie chce: „Tak jakby mówiła: zobacz, świecie, byłam tutaj cały czas. A może randka w sobotę wieczorem?”.

Tak, ale – nikt się nie domyślał

W weekend przed śmiercią była zadowolona. Miała ładnie opaloną skórę, upiekła ciasto. Peg i bracia byli zadowoleni, bo przestała mówić o tym, jak źle się czuje i że myśli o samobójstwie. Przyznają, że nie przejmowali się tym bardzo poważnie. Mówiła tak od lat. Sądzili, że samo wypowiadanie tych słów jej pomaga, jak mantra. Zresztą widziała się z psychiatrą, a on uznał, że sprawa nie jest poważna.

W poniedziałek jak co rano wypiła z matką kawę, a potem wyprowadziła na spacer swojego pudla o imieniu Przenikliwość. Potem wsiadła do żółtego jak jej pokój volkswagena, swojej „cytrynki”.

W torebce miała ukochane pacynki, a w jednej z nich ukryty pistolet Smith & Wesson. Kupiła go kilka tygodni wcześniej, po zrobieniu materiału o samobójstwach. W biurze szeryfa powiedziano jej, że najbardziej skuteczną metodą zejścia z tego świata jest odebranie sobie życia pistoletem o kalibrze 38, przy czym lufa powinna być skierowana nie w skroń, z której może się obsunąć, ale w potylicę.

Swoim zakupem pochwaliła się w pracy i zażartowała, że może go użyje, by zabić się na wizji. Szybko zmieniono temat. Uznano żart za zbyt niesmaczny, nawet jak na Chris.

Ostatniego dnia życia wyglądała szczególnie dobrze. Poprosiła ekipę, żeby wyjątkowo nie zaczynać programu od gościa, ale od newsów. Dowiedziała się jednak, że film zaciął się w kamerze i nie pójdzie. „Film nie pójdzie” – powtórzyła do siebie machinalnie, a potem ze spokojem i lekką kpiną w głosie wyrecytowała, że za krew i flaki będzie w takim razie odpowiadać ona. Spojrzała prosto w obiektyw i wystrzeliła zgodnie ze wskazówkami, których jej udzielił szeryf.

Po postrzale w głowę w stanie krytycznym przewieziono ją do szpitala. Współpracownicy znaleźli na biurku zakrwawioną kartkę informującą, jak „news” o jej samobójstwie przedstawić prasie. Niczego nie pominęła.

W elegii odczytanej na jej pogrzebie powiedziano: „Jesteśmy przerażeni twoim gniewem, czujemy się winni twojego odrzucenia, jesteśmy zranieni twoim wyborem, jesteśmy zmieszani twoim przesłaniem”.

Tak, ale – może jej śmierć jest ciekawsza

W budynku stacji przy Clark Street od dawna już nie ma telewizji, nie ma też żadnej tabliczki informacyjnej. Teraz to studio tańca, wcześniej było tam radio, potem długo pomieszczenia stały puste. Lokalni mieszkańcy przez lata powtarzali, że tam straszy. Prezenter wiadomości dzisiejszej lokalnej telewizji, wcześniej związany z WXLT, w dokumencie o Christine mówi ostro: „Zmarnowała dobrą kulkę. Nic nie osiągnęła – nie pomogła ani sobie, ani kobietom w mediach, ani samym mediom”. Przyznaje, że to, co pozostawiła po sobie na pewno, to perwersyjną fantazję o tym, żeby zobaczyć śmierć na żywo. Od jej samobójstwa do dziś ludzie poszukują tajemniczej taśmy, na której zostały nagrane jej ostatnie chwile. W internecie określa się ją jako „Święty Graal”.

Przez lata pojawiały się różne teorie na temat miejsca jej przechowywania – miała mieć ją matka, policjanci, FBI, CIA, rząd, telewizja ABC. Okazało się w końcu, że przez lata przechowywał ją Bob Nelson, a teraz, po jego śmierci, należy do jego żony Mollie, która niedawno przekazała ją prawnikom. Przeraziła ją liczba maili, listów i telefonów, które dostawała, kiedy publicznie obwieściła, że taśma rzeczywiście istnieje i jest w jej posiadaniu. Śmierć Christine Chubbuck ma bowiem wielu fanów. W wyszukiwarce Google historia Christine wyskakuje jako jedno z „najbardziej sekretnych wideo internetu” – obok śmierci znanego przyrodnika w paszczy krokodyla, rejestracji ataku orki zabójcy i strzelaniny w jednej z amerykańskich szkół.

Ma też 60-stronicowy wątek na forum popularnej wśród poszukiwaczy dreszczyków stronie Findadeath.com, gdzie użytkownicy zwani Death Hags (Wiedźmy Śmierci) mogą nacieszyć oczy tym, jak kończyli znani ludzie. Na tej stronie i jej podobnych, jak Ogrish czy LiveLeak, publiczność może znaleźć rejestracje brutalnych morderstw ulicznych, egzekucji dokonanych przez dżihadystów czy innych widowiskowych śmierci.

O ironio – choć Christine chciała dać publiczności swoje „flaki i krew” na wieczną pamiątkę, jej samobójstwa nie można zobaczyć nigdzie. W dzisiejszym świecie wszechobecnej rejestracji budzi to w internautach fascynację i frustrację jednocześnie. Zdaniem prezentera pogody Steva’a Newmana pożądana przez wielbicieli makabry taśma powinna trafić do jakiegoś muzeum, zmienić status z perwersyjnego fetyszu na dokument historyczny. To przecież fragment historii mediów, czy tego chcemy, czy nie. Albo co gorsza – wizja ich przyszłości.

Tak, ale nie chcę zrozumieć pytania

Andrea Kirby opowiadała po śmierci przyjaciółki, że w ostatnich tygodniach Christine była osobą typu „tak, ale”. W hollywoodzkim filmie fabularnym, w którym gra ją Rebecca Hall, jedna ze scen przedstawia reporterkę na terapii transakcyjnej. Odpowiadanie „tak, ale” w rozmowie z doradzającą osobą ma prowadzić do znalezienia nowych rozwiązań. Filmowa Christine stwierdza jednak, że nie wyobraża sobie żadnego kompromisu, bo chciałaby mieć zarówno męża, którego kocha, dziecko, jak i pracę, która daje jej satysfakcję. Jej rozmówczyni sugeruje: „Przecież możesz obniżyć swoje oczekiwania i zmienić sposób myślenia”. Christine odpowiada po chwili: „Nie chcę zrozumieć tego pytania”.

Oba filmy można zobaczyć na American Film Festival we Wrocławiu, w dniach 25-30 października.

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.