8 kwietnia stajesz przed sądem. Zostałaś oskarżona o pomocnictwo w aborcji. Grozi ci z artykułu 152 wyrok trzech lat więzienia. O co dokładnie chodzi?

Justyna Wydrzyńska: Przekazałam na początku pandemii osobie, która potrzebowała aborcji, tabletki aborcyjne.

Pod koniec lutego 2020 roku do Aborcji bez Granic zgłosiła się kobieta, która potrzebowała pomocy - Ania. Była przed 12. tygodniem ciąży. Z korespondencji z nią dowiedziałam się, że chciała zrobić aborcję  w Niemczech, ale nie mogła, bo była matką małego dziecka, które musiałaby wziąć ze sobą. Jej partner mocno ją kontrolował, odkrył to i zagroził jej, że oskarży ją o porwanie dziecka, jeśli opuści kraj z dzieckiem. Wystraszyła się. Zamówiła pigułki aborcyjne za granicą, ale przesyłka się spóźniała. Wiedziałam, że od ponad dwóch tygodni czeka na tabletki. Była bardzo zdesperowana. Wiem, co to oznacza czekać dwa tygodnie na tabletki, kiedy już podjęłaś decyzję – to najgorszy moment w tym procesie. Wiedziałam, co przeżywa, że denerwuje się, że ciąża jest coraz bardziej zaawansowana, że może szukać pomocy u kogoś, kto może ją oszukać, u jakiegoś podejrzanego handlarza. W dodatku to był początek pandemii, istniały obawy, że poczta może przestać funkcjonować, nie było pewności, czy nie zostaną zamknięte granice. Podjęłam decyzję o wysłaniu tabletek, nie chciałam, aby została z tym zupełnie sama.

I co dalej?

Ania napisała do Aborcji bez Granic, że jej partner dowiedział się o tym, że dostała pigułki, i wezwał policję do domu. Policjanci odebrali jej tabletki aborcyjne, które dostała ode mnie. Dla mnie to jest nieprawdopodobnie przemocowa sytuacja, że osoba, która zakładasz, że jest ci bliska, tak robi. Czy to jest dobra relacja, w której partner siłowo próbuje zmusić partnerkę do tego, by dalej była w ciąży?

Jako aktywistka Aborcji bez Granic obsługujesz tysiące kobiet, informując je, jak zrobić aborcję, ale nie przekazujecie tabletek, bo zgodnie z polskim prawem to karalne. Dlaczego tym razem to zrobiłaś? 

Tak, to prawda, nie przekazujemy tabletek, nie zajmujemy się dystrybucją. Bezpośrednio do zainteresowanej osoby wysyłają je organizacje Women Help Women i Women on Web.

Zrobiłam to, bo sytuacja tej kobiety przypominała moją własną sprzed lat. Znam taką relację z kontrolującym partnerem, który sprawdza telefon, przeszukuje twoją torebkę, czyta mejle, dzwoni, jeśli 15 minut spóźniasz się z pracy do domu. Wiedziałam, co ona przeżywa, byłam w podobnej sytuacji. 

To znaczy? 

Byłam w trudnej relacji i zaszłam w ciążę. Miałam już trójkę dzieci, to była czwarta ciąża. Mój partner był przemocowy, kontrolował mnie, ciągle dzwonił i sprawdzał, gdzie jestem, przeglądał mój telefon, pocztę. Do tego dochodziła przemoc fizyczna. Postanowiłam przerwać tę ciążę. I postanowiłam zrobić to sama, nikogo o tym nie informować. Nie chciałam, żeby ktoś mnie kontrolował, czy próbował mnie od tego odwodzić. Już nie chciałam dyskusji na ten temat. Wiedziałam, że muszę przerwać ciążę, że nie będę w kolejnej, że muszę zakończyć tę relację, zapewnić spokój moim dzieciom. 

Wiem, jak to jest przeprowadzać aborcję bez żadnych informacji, bez jakiegokolwiek wsparcia, działając po omacku. Doświadczyłam tego osamotnienia. Nie było wtedy aktywistek aborcyjnych, nie było takiej Justyny, która by mi pomogła. Nie byłam nawet do końca pewna, jak dawkować leki. Ale udało się i wtedy pomyślałam, że nie mogę zostawić innych kobiet z tym samych. To było 16 lat temu. Było wtedy takie forum, gdzie można było kupić każdy lek, sprzedawano tam misoprostol za 20 zł za tabletkę, ale gdy jakaś kobieta pytała o dawkowanie czy przebieg aborcji, to natychmiast pojawiały się bardzo krytyczne uwagi. Poznałam na tym forum dziewczynę, która też przerwała ciążę. Prowadziła forum o buldogach. Powiedziała: tak nie może być, że my nie mamy swojego miejsca, gdzie można o tym swobodnie pogadać, jak o buldogach. Ja nam zrobię forum. I zrobiła. Tak powstało forum Kobiety w Sieci, na którym wspieram w aborcji od 16 lat. 

Polskie prawo nie kryminalizuje osób, które mają aborcję, przestępstwem jest tylko pomaganie. Ale co to dokładnie znaczy?

Osoby, które samodzielnie przerywają własną ciążę, mogą to zrobić do 22. tygodnia bez konsekwencji prawnych. Kryminalizowane jest pomocnictwo. Znamy takie historie w Polsce, że mama zamówiła tabletki swojej córce, partner zamówił zestaw dla partnerki i doniósł na niego lekarz, do którego ona trafiła z poronieniem, któremu przyznała się, że to wynik aborcji. Moja sprawa to pierwszy przypadek, kiedy oskarżona jest aktywistka. 

Problem z tym, co dokładnie znaczy „pomocnictwo", jest taki, że ono nie jest dokładanie zdefiniowane. Ustawa aborcyjna została sformułowana w 1993 roku, kiedy nikomu nie śniło się, że będzie istniało coś takiego jak tabletki do aborcji farmakologicznej. Pomocnictwo odnosiło się wtedy do lekarzy, którzy poza szpitalami, w prywatnych gabinetach, dokonywali zabiegów przerwania ciąży, a nie do osób, które pomagają w zdobyciu tabletek. Czy jak ja dam komuś tabletki, to już jest pomocnictwo? Przecież osoba może z nich nie skorzystać, to ona decyduje o ich zażyciu. 

Justyna WydrzyńskaJustyna Wydrzyńska Fot. Karolina Jackowska

Przekazując tabletki, miałaś świadomość, że przekraczasz prawo. A informując o aborcji, przekraczasz je czy nie?

Informowanie nie jest przestępstwem. Wszystkie informacje, które podajemy, są do znalezienia w internecie, a osoby potrzebujące aborcji mają do nich prawo. W 1992 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał wyrok podkreślający, że dostęp do informacji o możliwości bezpiecznej aborcji w kraju nie może być ograniczany przez krajowe sądy. My przekazujemy po prostu pełen pakiet informacji, tak by osoba w ciąży mogła sama zdecydować, co dalej zrobić, jakie ma opcje. To jest coś, co powinni również w Polsce robić lekarze – informować swoje pacjentki o możliwościach, jakie mają, o tym, że dostępne są tabletki do aborcji farmakologicznej, która jest uznawana za bezpieczną i rekomendowana przez Światową Organizację Zdrowia. Ale polscy lekarze tego nie robią. Osoby, które chcą przerwać ciążę, pozostawione są przez system same sobie. Ktoś musi im pomagać, więc robimy to my – aktywistki aborcyjne – to my przejęłyśmy całą odpowiedzialność za system i zajęłyśmy się tymi osobami.  

Kaja Godek właśnie zgłosiła projekt ustawy, w którym za informowanie o aborcji i propagowanie działań dotyczących możliwości przerwania ciąży na terenie kraju i poza granicami grozić ma kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do dwóch lat.

To nonsens. Desperacka próba użycia cenzury. To my w Polsce mamy wiedzę na temat aborcji i działamy zgodnie z najnowszymi standardami i wytycznymi. 9 marca 2022 roku  Światowa Organizacja Zdrowia wypuściła nowe wytyczne dla systemów opieki zdrowia, również dla Polski, wytyczne oparte na mocnych dowodach naukowych i prawach człowieka. To właśnie ja jestem tą osobą kompetentną i bardzo polecaną do pomocy w aborcjach farmakologicznych. A w Polsce?  W Polsce mam o to sprawę. Akcja Kai Godek to jest kolejna próba zastraszenia i powstrzymania aktywistek aborcyjnych i grup takich jak ADT czy Aborcja bez Granic. Naszym zdaniem Kaja Godek kompromituje się tą propozycją, bo w skrócie można ją określić karaniem za naklejki czy napis kredą na chodniku.

Wróćmy do twojej sprawy. Jak policja połączyła cię z tymi tabletkami?

Na kopercie były moje dane. Pewnego dnia po prostu zapukała do moich drzwi. Akurat wychodziłam z psem na spacer, byłam już butach, pies na smyczy, słyszę pukanie do drzwi. Otwieram, a tam trójka funkcjonariuszy – dwóch mężczyzn i kobieta – i mówią, że mają nakaz przeszukania i chcą wejść do mnie do domu i proszą, bym oddała telefon i wydała wszystkie leki aborcyjne, jakie mam w domu. Oddałam im te leki. Jeszcze pozaglądali w różne szafki, w szuflady, mojej córce do szuflady z majtkami. Wzięli telefon, komputer i sobie poszli. Ja jestem osobą praktyczną, wyszłam na spacer z psem i przy okazji załatwiłam duplikat karty SIM i zadzwoniłam do dziewczyn z Aborcji bez Granic, żeby dać im znać, co się dzieje. 

Miałaś tabletki w domu?

Na własny użytek. Mam 47 lat, jestem osobą aktywną seksualnie. Może się zdarzyć, że zajdę w nieplanowaną ciążę. Może się zdarzyć, że zajdę w planowaną ciążę, ale płód będzie miał wady. Wiemy, jak jest. 

Później przyszło zawiadomienie o przesłuchaniu w charakterze oskarżonej, później otrzymałam akt oskarżenia i teraz, 8 kwietnia, jest sprawa karna w sądzie. 

Mówiłaś, że sprawy karne z artykułu 152 punkt 2, o pomocnictwie, w Polsce już były. Jakie zapadały wyroki?

Tych spraw przez 30 lat funkcjonowania prawa było około 400, większość została umorzona. Moja sprawa jest pierwszą sprawą, kiedy oskarżona jest aktywistka, osoba, która zajmuje się aborcją od wielu lat. Nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Dodam, że tabletki wysłałam za darmo, nie wzięłam za to ani złotówki. To nie było działanie komercyjne. Do tej pory skazani otrzymywali pół roku w zawieszeniu. Nie wiem, o co będzie wnioskował prokurator – czy moja sprawa zostanie potraktowana jak tamte czy będzie chciał z tego zrobić proces polityczny. Maksymalny wymiar kary to trzy lata pozbawienia wolności. 

Wystraszyłaś się?

Zdenerwowałam się, że to się wydarzyło. Byłam zła na tego mężczyznę, że tak się zachował. A tak naprawdę byłam głównie zła na to, że to się wydało. Gdyby nie mąż tej kobiety, to przeprowadziłaby spokojnie, w zaciszu domowym, jak tysiące kobiet, swoją aborcję i byłoby po sprawie. 

Ale też w sumie byłam na to przygotowana, wiedziałam, że coś takiego może się zdarzyć, organizacje anty-choice polują na nas, wysyłają donosy, oklejają naszymi portretami ciężarówki. My to mamy na co dzień. Brałam pod uwagę, że mogę mieć jakąś sprawę. Bardziej jestem zła na to, że ta sprawa może wywołać efekt mrożący - że jakieś osoby, które będą potrzebować informacji i wsparcia, będą się bały odezwać, bo będą się obawiały, że nas narażają. Jestem zła, bo ten efekt mrożący może spowodować to, że zamiast zwrócić się do bezpiecznego źródła, do zaufanych organizacji, będą zamawiały tabletki od osób, które mogą je oszukać, wykorzystać ich determinację w przerywaniu ciąży. O to się bardziej martwię niż o to, że dostanę wyrok karny. Trudno, to dostanę. 

Masz rodzinę, trójkę dzieci. Nie miałaś takiej myśli, że żałujesz, że to zrobiłaś?

Nie żałuję. Moje dzieci wiedzą, czym się zajmuję, zawsze wiedziały, nie ukrywałam tego przed nimi. Słyszały moje rozmowy telefoniczne. Wychowuję je samodzielnie od 2009 roku. Moja aborcja była dla mnie również drogą do wyzwolenia z przemocowej relacji. Zrozumiałam, że chcę żyć na własnych warunkach. Moja rodzina jest przygotowana na to, że coś się może wydarzyć, żyjemy w opresyjnym systemie. Wiem, że jako rodzina damy sobie radę. Ta kobieta była w strasznej sytuacji.

Bardzo trudno jest powiedzieć osobie, która zgłasza się do ciebie po pomoc, a ty wiesz, że możesz jej pomóc – bo masz wiedzę, narzędzia, doświadczenie, wyobraźnię i wspomnienie tego, jak to jest w podobnej sytuacji - i powiedzieć jej: Nie, nie pomogę ci. 

Tabletki, które jej wysłałaś, zostały zarekwirowane. Czy udało jej się przerwać ciążę?

Wiem tylko, że w ciąży nie jest. Czy udało jej się to zrobić w inny sposób czy na skutek stresu – bo przecież znalazła się w straszliwie opresyjnej sytuacji - poroniła? Tego nie wiem. Podejrzewam, że pewnie spotkamy się w sądzie podczas rozprawy. Bardzo liczę na to, że będę mogła ją poznać osobiście i z nią porozmawiać, tak prywatnie. Jestem ciekawa, jak jej losy się potoczyły, czy udało jej się uwolnić z tej relacji. 

Czy masz opiekę prawną?

Tak, mamy opiekę grupy prawników i wsparcie dwóch dużych organizacji.

Mamy?

My, jako aktywistki Aborcyjnego Dream Teamu. Hasło „Nigdy nie będziesz szła sama" okazało się trafne i w mojej sytuacji. Nie idę sama. Mam wsparcie aktywistek aborcyjnych. I są z nami Amnesty International Polska i Fundacja Helsińska. 

To organizacje, które zajmują się obroną praw człowieka. Tak podchodzicie do tej sprawy?

Tak. Mój aktywizm jest działaniem na rzecz praw człowieka. Myślę, że ten argument będzie użyty. 

I jeszcze jaki?

Że pomogłam jej, bo poczułam się jak ona. 

Czyli empatia. Sprawie towarzyszy kampania „Jak Justyna". 

Moje koleżanki uznały, że kampania jest konieczna. Jej przekaz jest taki, że nie trzeba wstydzić się tego, że się wspieramy w aborcjach, i żeby zachęcić jeszcze więcej osób do wspierania. Wiele osób ma w tyle głowy pytanie, co by zrobiło, gdyby zaszły w ciążę. Dobrze jest mieć wtedy koło siebie taką Justynę, która powie: „To twoja decyzja. Jak będziesz mnie potrzebować, to powiem ci, jak to zrobić bezpiecznie, będę przy tobie, nie będę cię oceniać, nie będę cię rozpytywać, jakie są twoje powody, nie będę cię przekonywać, żebyś zrobiła inaczej, nie będę twoim wrogiem, który dzwoni po policję". Wiem, że w aborcjach pomaga nie tylko Aborcja bez Granic i Aborcyjny Dream Team. Jest mnóstwo takich osób, o wiele więcej niż takich mężów. Tylko ich działalność jest niewidoczna. Ta kampania to trochę zachęta, by pokazać, jak wiele nas jest. Codziennie ktoś komuś pomaga w aborcji. Choćby wlepiając wlepkę z naszym telefonem - 22 29 22 597. Od kilku tygodni dostajemy telefony od osób, które goszczą uchodźczynie z Ukrainy, które chcą przerwać ciążę, i dzwonią w ich imieniu, by się dowiedzieć, jakie mają możliwości. 

Kampanii towarzyszy twoje zdjęcie. Stajesz się tym samym ikoną walki o prawo do aborcji. Jak się z tym czujesz?

Mam z tym problem. Ja się nigdy do mediów nie pchałam, ale rozumiem, że to jest potrzebne, by pewne rzeczy wybrzmiały. Ale uważam, że na tych plakatach nie powinnam być ja sama, tylko legion osób, które pomagają w aborcji. Jest nas bardzo dużo. Jakiś czas temu napisałyśmy taki post na Facebooku o tym, jak można pomagać w aborcji. Jednym z punktów było, że można udostępnić pokój w swoim mieszkaniu osobie, która nie ma warunków do przeprowadzenia aborcji u siebie. Pisałyśmy: „Wyobraź sobie, że twoja koleżanka nie może zrobić aborcji w domu, bo np. mieszka z rodzicami albo dzieli pokój ze współlokatorką i zapraszasz ja do siebie, oferujesz wspólne oglądanie filmu, robisz ciasto…". Pod tym postem tysiące osób zaczęły wpisywać miasta, pisać, że robią świetne brownie wegańskie i mają kota, który może położyć się na brzuchu i służyć jako termofor. Każda z tych osób powinna też być twarzą tej kampanii. Są nas, pomagających w aborcji, tysiące.

Stań w obronie Justyny. Podpisz petycję Amnesty International Polska