Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Tekst ukazał się w marcu 2020 r.

Bierze koleżanka, której syn dorasta i nie potrzebuje już tak bardzo mamusi, a ona ma syndrom pustego gniazda. Bierze kolega, który ma kryzys twórczy przy pisaniu kolejnej książki, i inny, który ma sporo stresów, bo prowadzi firmę. I koleżanka, która jest po ciężkim rozwodzie. Zapomniałam jeszcze o matce czwórki dzieci. I tak mogłabym wymieniać. Wszyscy jadą na antydepresantach. To nowa pigułka szczęścia?

Nie ma czegoś takiego jak pigułka szczęścia.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Ale wciąż o niej marzymy. Chcemy przecież być szczęśliwi.

Nie da się być bez przerwy szczęśliwym. Gdyby nie było cierpienia czy smutku, nawet nie mielibyśmy pojęcia, w jakich chwilach jesteśmy szczęśliwi.

Antydepresanty pomagają odnaleźć szczęście?

Mają pomóc chorym lepiej się poczuć, ale naszych egzystencjalnych problemów nie rozwiążą. Powiedzmy, że mamy beznadziejnego, mobbingującego szefa. Z tego powodu czujemy się fatalnie. Antydepresant może sprawić, że poczujemy się lepiej, ale nie spowoduje, że rzucimy toksyczne środowisko, a szefa podamy do sądu za mobbing. Kryzysu małżeńskiego też nie rozwiąże, choć poprawiając samopoczucie i przy wsparciu psychoterapii, na tyle podniesie nasze poczucie własnej wartości, że będziemy chciały wreszcie podjąć jakąś wiążącą decyzję, a nie latami tkwić w beznadziejnym związku.

Era antydepresantów zaczęła się od słynnego prozaku, czyli odkrycia, że można zablokować transport serotoniny z powrotem do komórki nerwowej po to, by podnieść poziom hormonu szczęścia. Amerykanie, bo tam prozak był niezwykle popularny, zachłysnęli się tym lekiem na depresję. Nawet sztuki teatralne na jego temat powstały. Była i książka…

Pamiętam – „Wsłuchując się w Prozac" Petera D. Kramera z 1995 roku. Miała podtytuł „Przełom w psychofarmakoterapii depresji". Czytałam ją na studiach i wtedy wydawało się, że naukowcy odkryli pigułkę szczęścia. Te opisy ludzi odzyskujących radość życia przemawiały do wyobraźni.

To było jak objawienie. Tym bardziej że wreszcie pojawił się lek, który nie powodował aż tak niepożądanych skutków ubocznych jak jego poprzednicy. Amerykańscy lekarze zaczęli go masowo przepisywać. Zachwyty nad prozakiem były jednak przesadzone i dziś mamy lepsze leki, choć fluoksetynę (pod taką nazwą w Polsce jest znany prozak) także stosujemy. Antydepresanty najnowszej generacji nie powodują tycia, nie uzależniają, mają mniejszy wpływ na libido.

Być może za jakiś czas dojdziemy do tego, że dzięki farmakogenetyce będziemy mogli precyzyjnie aplikować chorym leki i wtedy dobór antydepresantu będzie łatwiejszy.

Wystarczy spojrzeć na statystyki, by stwierdzić, że rośnie liczba pacjentów z depresjami, a więc i takich, którzy zażywają leki antydepresyjne. To świat tak nas tłamsi czy zwiększa się świadomość tej choroby i coraz częściej szukamy pomocy u specjalistów?

Depresja weszła do języka potocznego. Spoglądam za okno: leje, słońca nie ma. Mówię: „Co za depresyjny dzień". Nie ma to oczywiście nic wspólnego z depresją medyczną. Zawsze to podkreślam: depresja jest chorobą, która może doprowadzić do śmierci. Nawet po wyleczeniu lubi powracać. Jest zależna od wielu czynników.

Depresję trzeba więc odróżnić od smutków i frustracji, które ma każdy z nas. Plus jest taki, że potoczne rozumienie depresji pomogło oswoić chorobę. Nikt nie stygmatyzuje chorych. Wreszcie można otwarcie powiedzieć: „Mam depresję", i ludzie się od nas nie odsuną.

Na depresję dostanę antydepresant, a na smutek już nie?

W trudnych sytuacjach lubimy drogę na skróty. Kiedy źle się czujemy, chcemy szybkich rozwiązań, a nie długotrwałej terapii. Na dodatek nie lubimy nic zmieniać w naszym życiu, nawet jeśli pozostawia wiele do życzenia. Czyli chcemy być szczęśliwi, ale najlepiej, żeby się nic nie zmieniało.

Każdy lekarz psychiatra powie, że najlepsze efekty daje połączenie leków i psychoterapii. Tyle teorii. W praktyce wygląda to tak, że w Polsce psychoterapia wcale nie jest łatwo dostępna. Na dodatek są małe szanse, byśmy mogli z niej skorzystać w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia. Nie każdego stać na to, by zapłacić za wielogodzinne sesje.

Powiedzmy tak: jestem sfrustrowana pracą, dobijają mnie perspektywy, a raczej brak perspektyw finansowych, miotam się między karierą a domem, mając poczucie, że zawalam jednio i drugie. Albo ciągnę jedno kosztem drugiego. Chcę wreszcie poczuć, że żyję. Przychodzę do pani i mówię: „Mam depresję, proszę mi przepisać to, co bierze moja koleżanka. Jej pomogło".

Nie pani pierwsza. Pacjentów, którzy sami u siebie diagnozują chorobę, przychodzi wielu.

Wyrzuci mnie pani?

Dlaczego?

Bo nie chcę psychoterapii. Chcę sprawę załatwić szybko.

Zawsze na początku jest diagnoza: czy to już depresja kliniczna, czy chandra.

Są badania, które udowadniają, że antydepresanty tak naprawdę działają dopiero przy głębszej depresji. Czyli efekt placebo od działania terapeutycznego oddziela się w autentycznej chorobie, a nie chwilowym spadku nastroju. Wyniki tego badania są przywoływane chętnie przez przeciwników leku. To oznaczałoby, że w łagodnych stanach depresyjnych leki nie działają. Konkluzja? Nie można ich używać.

Tyle że wszystkie stany emocjonalne wynikają z różnic, zmian chemii w mózgu. Działając na chemię, mogą przynieść pacjentowi ulgę. I tego się trzymam. Poza tym są też badania, które każą inaczej zinterpretować wyniki wpływu antydepresantów na samopoczucie w łagodnych depresjach.

Lekarz zawsze musi pamiętać, że ma leczyć chorobę. Jeśli jednak przychodzi do mnie pacjent, u którego nie rozpoznaję chronicznej depresji, ale wiem, że mogę farmakologicznie zmniejszyć jego lęki, poprawić sen i normalne funkcjonowanie, nie waham się. Gdy coś kogoś trapi, lek może przynieść ulgę. Cierpienie wbrew pozorom nie uszlachetnia. Pewnie gdybym sama miała jakąś trudną sytuację, przez którą trudno by mi było przejść i łaziłabym po ścianach, tobym się wspomogła.

Tak bezkarnie?

Nie do końca bezkarnie. Antydepresanty mogą dać takie spłaszczenie emocjonalne, które powoduje, że likwidujemy odczuwalne cierpienie, ale też świat staje się bezbarwny. W żargonie medycznym mówimy nawet o anhedonii polekowej.

Czasami trzeba mieć choć przez chwilę na wszystko wywalone. To pomaga.

To jest cena. Dopóki człowiek potrzebuje mieć wywalone na świat. Potem trzeba wrócić do rzeczywistości i wziąć się za siebie.

Jak długo trzeba stosować antydepresanty, żeby zadziałały?

Poprawa samopoczucia pojawia się dopiero po mniej więcej dwóch tygodniach zażywania leku. I to nie u wszystkich. Statystyki mówią o 60 osobach na 100. Antydepresanty – w przeciwieństwie do leków uspokajających, które można stosować do miesiąca, bo mają uzależniające działanie – to długodystansowcy. W przypadku osób, które przeżywają kolejny epizod depresyjny, stosujemy leczenie podtrzymujące. To może trwać latami.

Z kolei antydepresantów nie można odstawić od razu. I pacjent powinien być tego świadom. Przy zmniejszaniu dawki, a powinno się to odbywać powoli, mogą się pojawić zawroty głowy, niepokój, poczucie rozbicia, płaczliwość.

Trzeba też pamiętać, że leki mają nie tylko antydepresyjne działanie. Jeśli pacjent jest nadmiernie senny, bez motywacji, dam mu leki aktywizacyjne. Z kolei gdy walczy z bezsennością, dostanie coś, co mu sen poprawi.

Jest też kwestia finansowa. Antydepresanty zażywa się latami. Nie każdego stać na wykupienie miesięcznej kuracji za 200 zł. Na szczęście lista leków refundowanych, które są tanie, jest długa.

A jeśli przyjdzie do pani pacjent z wypisanym na karteczce lekiem?

Chętnie na karteczkę spojrzę. I jeśli po badaniu okaże się, że ten lek znajduje się w spektrum tych farmaceutyków, które bym mu przepisała, nie widzę problemu. To jest właśnie ten moment, gdy wiara daje wymierne korzyści.

Antykoncepcja i antydepresanty to jakiś problem?

Już nie. Ta dawna antykoncepcja, z dużą ilością hormonów, mogła wywoływać depresję. Najnowsza dla antydepresantów jest obojętna. Te najnowsze leki są bezpieczne. Są wśród nich takie, które przy stanach depresyjnych mogą brać kobiety w ciąży i karmiące. Depresja poporodowa wciąż nie jest tą chorobą, na którą zwraca się szczególną uwagę. Tymczasem to może być niebezpieczna dla matki, dziecka i powstającej między nimi więzi.

Męski świat przyjmuje chętnie antydepresanty?

Powiedziałabym, że kobiecie łatwiej poprosić o pomoc. I nie wzbraniamy się tak bardzo przed lekami. Tymczasem panowie rozpoczęcie terapii farmakologicznej traktują często jako porażkę. Nie chcą się przyznać, że sobie nie poradzili. A gdy antydepresanty wpływają usypiająco na ich życie seksualne, wtedy sięgamy po receptę na viagrę.

Mam wrażenie, że psychiatrzy to dziś tacy inżynierowie umysłu i czarodzieje w jednym. Musicie znać chemię, a jednocześnie wyciągać z nas najciekawsze kąski historii, by je potem poukładać.

Przede wszystkim rozmawiamy o tym, co dzieje się w życiu pacjenta. Zawsze mnie to fascynowało w psychiatrii. Od medycyny somatycznej odróżnia ją kontekst. Jeżeli pacjent ma zapalenie wyrostka, można przewidzieć, jak będzie wyglądało leczenie, i nie ma znaczenia, że właśnie pokłócił się z żoną czy ma złego szefa albo w dzieciństwie tatuś go bił. W psychiatrii z kolei te wszystkie skrawki to bagaż różnych doświadczeń, które pacjent dźwiga ze sobą z przeszłości. I ta przeszłość wpływa na życie.

Mamy „modę" na antydepresanty?

Nie powiedziałabym o modzie, choć na pewno są to najlepiej sprzedające się leki. Mamy więcej diagnozowanych depresji, więc je leczymy. Potrafimy leczyć smutek. Jak to Miłosz mówił: „Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech spokojny zaczyna".

Prof. Dominika Dudek – psychiatra, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, kieruje Katedrą Psychiatrii CM UJ

'Nie tylko mózg. Opowieść psychiatry o ludzkim umyśle', wywiad rzeka Marii Mazurek z prof. Dominiką Dudek, wyd. WAM'Nie tylko mózg. Opowieść psychiatry o ludzkim umyśle', wywiad rzeka Marii Mazurek z prof. Dominiką Dudek, wyd. WAM Fot. materiały wydawnictwa

„Nie tylko mózg. Opowieść psychiatry o ludzkim umyśle", wywiad rzeka Marii Mazurek z prof. Dominiką Dudek (wyd. WAM)

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.