Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Niektórzy idą w starych adidasach, inni wybierają buty trekkingowe, a jeszcze inni kalosze. Większość, jeśli pogoda na to pozwoli, maszeruje boso.

Chociaż w Polsce, może poza największymi amatorami Woodstocku i klientami ekskluzywnych SPA ze świecą szukać amatorów błota, to na brzegach wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO Morza Wattowego tłumy zbierają się na wspólne spacery błotne. Niektórym nie wystarczy błoto pod stopami, smarują nim też resztę ciała – to jednak dużo bardziej rześka wersja bliskowschodniego Morza Martwego.

W Holandii na taką rozrywkę mówi się wadlopen, a w Danii Vadehavsvandring.

W Niemczech to Wattwandern, rozrywka tak tożsama z terenem Morza Wattowego, że od niego wzięła swoją nazwę - wędrówki po Wattowym.

Zwykle maszeruje się z kontynentu na którąś z wysp, z reguły – przynajmniej na początku – pod opieką przewodnika (morze potrafi być zdradliwe, a nie chcemy przecież nagle znaleźć się po szyję w wodzie). Wyprawa z opiekunem do wyspy Spiekeroog w Parku Narodowym Dolnosaksońskiego Morza Wattowego, dzięki swej bujnej, idyllicznej roślinności znanej jako „zielona wyspa", trwa około 4 godz. i kosztuje 25 euro. Do przejścia po błocie jest 10 kilometrów, w jedną stronę - wraca się kutrem rybackim.

W zależności od tego, kto liczy, nasi zachodni sąsiedzi mogą się pochwalić kilkudziesięcioma morskimi wyspami, według niektórych może nawet setką. Najmniejsze z nich to ledwie niezamieszkałe skały. Największa – Rugia – jest wielkości prawie dwóch Warszaw, a jej linia brzegowa ma ponad 500 kilometrów.

Rugia, jedna z niemieckich wyspRugia, jedna z niemieckich wysp Fot. Shutterstock.com

Wśród amatorów turystyki wyspiarskiej największe zainteresowanie budzą trzy regiony. Dwa pierwsze z nich są „po drugiej stronie" Danii, nad wspomnianym już Morzem Wattowym. To krainy błota, silnych przypływów i odpływów, niespotykanych w naszej części Bałtyku słonych mokradeł, krabów, małży i krewetek. Symbolem tego regionu jest odstraszająca wielu piaskówka – rodzaj bezkręgowca przypominającego morską dżdżownicę (wykopywanie jej z błota przez przewodnika jest standardem podczas spacerów).

To także jedno z najlepszych miejsc w naszej okolicy, żeby spróbować poszukać wzrokiem morświnów. Najwięcej jest ich przy wyspach w landzie Szlezwik-Holsztyn.

Trzeci popularny region jest zupełnie inny i dużo bliżej nas – to wyspy, które mamy po sąsiedzku, zaraz obok Świnoujścia. Tutaj ciemnoszare błoto zastępują wysokie, białe klify, z których najsłynniejsze, takie jak znajdujący się na Rugii, w parku narodowym Jasmund Königsstuhl (Królewskie krzesło) mają ponad 160 metrów wysokości i też są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Według jednej z legend ten fragment przepaści z kredowej skały zyskał swą nazwę, bo w średniowieczu nowi królowie wspinali się na niego i rozglądali po swoich włościach. Inna opowieść twierdzi, że stąd szwedzki król Karol XII w 1715 roku oglądał bitwę morską z Duńczykami - a jej wynik był tak nie po jego myśli, że aż musiał usiąść z wrażenia.

Rugia, jedna z niemieckich wyspRugia, jedna z niemieckich wysp Fot. Shutterstock.com

Bez znaczenia, po której stronie Danii się znajdziemy i na której wyspie wylądujemy, naszym oczom ukaże się charakterystyczna architektura niemieckich kurortów morskich - Bäderarchitektur. Nie będzie ona dla nas wielkim zaskoczeniem - na naszym brzegu przecież też znajdziemy wiele pozostałości po Prusach - raczej możemy się czuć jak w Sopocie z porządną ustawą krajobrazową i rozsądnym planowaniem przestrzennym. Mola, promenady, misternie zdobione wille i hotele, najczęściej z drugiej połowy XIX wieku i mające na sobie nieco mniej plastiku reklamującego gofry i smażoną rybę będą nam towarzyszyć w wielu miejscowościach.

To w zwanym białą perłą Heiligendamm niedaleko Rostoku w 1783 roku powstał pierwszy na świecie nadmorski kurort wakacyjny. Dziś możemy tam dojechać jak w XIX wieku - wąskotorową kolejką parową Molli.

W 1913 roku przybył w to miejsce młody austriacki poeta Rainer Maria Rilke. Zachwycony okolicznościami natury napisał wiersze: o młodych kochankach schowanych "za niewinnymi drzewami"’; o "miękkim, introwertycznym" stawie. To drugie miejsce, zwane Spiegelsee, można w dalszym ciągu zobaczyć. Być może, wędrując po okolicy, miniemy też te same drzewa, które 100 lat temu widział pisarz. To nie pierwszy raz, kiedy odwiedził nasze morze. Kilkanaście lat wcześniej pisał: "Myślę o latach spędzonych nad Bałtykiem, gdy byłem dzieckiem: jak ochoczo rozmawiałem z morzem i lasem; jak pełen niezwykłego entuzjazmu starałem się ominąć wszystkie ograniczenia szybką ekscytacją moich słów". Możemy więc pójść jego śladem i też spróbować entuzjastycznie porozmawiać z naszym morzem.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.