Czas mojego dojrzewania przypadł na siermiężne lata 80. W podstawówce molochu klasy liczyły po 36 uczniów, grzeczne dziewczynki siedziały z przodu, a niegrzeczni chłopcy - z tyłu. Nienawidziłyśmy WF-u i wstydziłyśmy się miesiączki. Wybory życiowe były proste – ambitne dziewczyny szły do liceum i zostawały nauczycielkami, mniej ambitne lądowały w "Cambridge", jak złośliwie nazywaliśmy zawodówkę. Nie wiem, czy miałyśmy niskie poczucie wartości. Nikt się nas nigdy nie pytał, jak się czujemy i co myślimy.

Pozostało 96% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.