Zapisz się na wtorkowy newsletter "Być rodzicem": KLIKNIJ TUTAJ.
Zapraszamy do dyskusji o rodzicielstwie: bycrodzicem@wysokieobcasy.pl

Pies siedzi w boksie. Chyba jest w schronisku. A potem idzie na spacer z jakąś panią. Dostaje jeść. Ma smutne oczy. Inne psy też mają smutne oczy. Do schroniska dzwoni telefon. Ktoś chyba szuka dla siebie psa.

Oto początek filmu dokumentalnego „Pinki". Wydawałoby się, że niepozornego. Pokazuje historię, jakich wiele: spragnionego miłości psa z wrocławskiego schroniska, który czeka na swojego człowieka. Czasem mniej, czasem bardziej cierpliwie. Mało tu słów, więcej szczekania i popiskiwania. Kolejne sceny następują po sobie niespiesznie: boksy, łąka, weterynarz, zabawa z wolontariuszami, jazda autobusem. Nic skomplikowanego czy niezwykłego. A jednak jest w „Pinkim" coś, co nie pozwala się od niego oderwać. Z każdą minutą jest coraz więcej emocji. Razem z Pinkim i jego opiekunami smucimy się, tęsknimy i mamy nadzieję. Wreszcie – uwaga, spoiler – cieszymy się i oddychamy z ulgą.

Pozostało 85% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.