Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

O sytuacji na granicy, działaniach Straży Granicznej, o tym, kto jest za to odpowiedzialny i co można było zrobić inaczej, rozmawiamy z Izabelą Janas, jedną z pierwszych funkcjonariuszek w historii Straży Granicznej, od dziesięciu lat przebywającą na emeryturze.

Podejrzewam, że śledzi pani to, co się dzieje na granicy z Białorusią. Jak się pani z tym czuje?

Izabela Janas: Oczywiście, śledzę. Powiem tak: bardzo często powtarzam sobie, że dobrze, iż jestem w tym miejscu, w którym jestem. Mój ojciec z całą rodziną był na Syberii i to przetrwał, nie wiem, jak ja bym sobie poradziła. Dziękuję też losowi, że urodziłam się tutaj, a nie na przykład w Syrii czy którymś z krajów afrykańskich. No i cieszę się, że jestem już na emeryturze…

A gdyby nie była pani na emeryturze, dostała wezwanie, by jechać na granicę, to co by pani zrobiła?

– Pewnie bym pojechała. Miałam zresztą takie sytuacje, że dzwonił telefon i po piętnastu minutach musiałam być spakowana, gotowa do wyjazdu. Człowiek nie ma wtedy czasu na zastanawianie się, zadawanie pytań. Oczywiście to jest gdybanie, ale jednak myślę, że z moim charakterem nie godziłabym się na wiele rzeczy. Jestem nauczona, że jak ktoś ma ode mnie gorzej, to trzeba pomóc.

Co pani czuje, widząc, jak obecnie zachowują się osoby pracujące w Straży Granicznej czy innych służbach mundurowych? Słyszymy przecież o push-backach, zostawianiu ludzi w lesie, atakach na dziennikarzy.

– Jest mi zwyczajnie smutno. Rozmawiałam na ten temat z kilkoma znajomymi z policji, którzy mówili, że cieszą się, że ich tam nie ma. Myślę zresztą, że ci, którzy tam są, również nie są z tego powodu zadowoleni. Nie mam kontaktu z funkcjonariuszkami czy funkcjonariuszami, którzy są na granicy. Wielu moich znajomych odeszło na emeryturę albo zmieniło działy, dokonała się spora wymiana kadr. To są często młodzi ludzie, którzy nie są do końca przygotowani na tę sytuację.

Nie radzą sobie z tym i stąd agresja?

– W dużej części pewnie tak. Brakuje doświadczenia, a z drugiej strony – czy ktoś chce, czy nie – władza demoralizuje, a kiedy nosi się mundur, to jakąś władzę się ma. Do tego ostatnie lata to tworzenie narracji, typu: będziemy musieli się bronić przed wschodem. Przed kim niby? Jesteśmy w Unii Europejskiej, jesteśmy w NATO, nie musimy się obawiać.

Nie wiem, jak jest teraz, ale ja miałam bardzo dużo szkoleń z zakresu antyterroryzmu. Po każdym ataku za granicą, na przykład na moskiewski teatr na Dubrowce, były kolejne. Ciągłe pompowanie tego typu wiedzy powoduje, że człowiek staje się cały czas czujny. Do tego inaczej działa się w pojedynkę, a inaczej w grupie, zwłaszcza nabuzowanej. Wszystko to jest ciężkie, wpływa na psychikę. Ludzie są różni, każdy inaczej to znosi, pojawia się lęk. Trudno to wyjaśnić, ale mniej więcej podejrzewam, co mogą czuć funkcjonariuszki i funkcjonariusze, którzy tam są. Jednocześnie jednak nieludzkie zachowania są niezgodne z moim poczuciem człowieczeństwa. Znam siebie i wiem, że gdybym znalazła na naszym terytorium osobę potrzebującą pomocy, tobym próbowała pomóc. Kombinowałabym, że może szpital, a może kościół, skoro ponoć jako społeczeństwo jesteśmy takimi katolikami. Przede wszystkim nie szkodzić – tego zostałam nauczona.

Czy dobrze rozumiem, że nie do końca ma pani zrozumienie dla tego, co robi Straż Graniczna?

– Podejrzewam, że oni są w wielu przypadkach bezradni. Jak się jest funkcjonariuszem, to robi się rzeczy, które ktoś nam kazał, nie ma wiele miejsca na własną inwencję. Najpierw musisz wykonać rozkaz, potem ewentualnie się odwoływać. Chyba że coś jest niezgodne z prawem, to można od razu nie wykonać. Ale jak pojawia się wahanie, to nie jest to takie łatwe. Przecież teraz zmienili przepisy, szeregowej osobie może być trudno się w tym połapać. Straż Graniczna musi tam być, jak coś się nie podoba, to można się pożegnać ze służbą.

Nie powie im pani, żeby zrzucili mundur.

– To się łatwo mówi, a przecież każdy ma swoje życie, rodziny, kredyty. Powtórzę: można kombinować, można próbować pomagać, w końcu jest się funkcjonariuszem, ale też, a raczej przede wszystkim, człowiekiem. Ja na ich miejscu czułabym się jak kozioł ofiarny.

Ma pani na myśli działania polskiego rządu?

– Tak. W parlamencie białoruskim już wcześniej zapowiadano te działania. Premier Litwy na początku roku wysyłała wiadomości do UE, że coś się będzie działo i będzie potrzebna pomoc. Nie wiem, czy u nas nikt nie chciał tego słuchać, czy myślano, że to tylko groźby. W każdym razie nie przygotowano się, a teraz mamy do czynienia z coraz większym koszmarem.

Polskie władze stawiają na wojenną retorykę i tworzą narrację pełną zagrożenia.

– To całe gadanie o szturmowaniu granicy, bronieniu kraju ma na celu wyłącznie potwierdzenie, że sześć lat temu, gdy odmówili UE pomocy w trakcie kryzysu uchodźczego, mieli rację, a wypowiedzi o nosicielach chorób były uprawnione. Także dlatego na granicę nie mają wstępu dziennikarze, a przecież zawsze powinny być osoby, które rzetelnie opisują to, co się dzieje. Tymczasem obecnie jesteśmy zdani na to, co mówi strona białoruska, na jej propagandę, która nie stawia nas w dobrym świetle.

Gramy w grę Łukaszenki, który chce pokazać, że całe to nasze gadanie o wartościach, otwartości nie jest warte funta kłaków.

– Owszem. Dodatkowo dla niego to jest biznes, bo ściąga przez biura podróży ludzi z różnych krajów, którzy po przylocie mogą mieszkać w hotelach tylko trzy doby, potem są wyrzucani. Wcześniej muszą zapłacić za wyjazd na Białoruś, plus kilka tysięcy dolarów za wizę. Te wszystkie pieniądze raczej nie idą do kasy państwowej. I co mają zrobić ci ludzie, tym bardziej jak są kierowani – bo to wszystko jest kontrolowane przez służby białoruskie – na granicę?

Idą do nas, bo wierzą, że tutaj albo dalej, na Zachodzie, będą mieli lepsze życie.

– Ja się tym ludziom nie dziwię. Tam są rodziny z dziećmi, często bardzo małymi. I owszem, jest też dużo młodych mężczyzn. Starsi po prostu zostają na miejscu, to jest całkowicie normalne, że wysyła się młodych, by spróbowali zorganizować lepsze życie.

Zamiast tego muszą koczować, a często ukrywać się po lasach.

– Byłam niedawno na targu przez trzy godziny, nie było jeszcze mrozów, a i tak strasznie zmarzłam, pierwszy raz od wielu lat. Nie wyobrażam sobie, co przeżywają ci ludzie w tej chwili. Dobrze, że są organizacje, aktywistki i aktywiści, którzy chodzą po lasach, próbują im pomagać, jest to godne podziwu. Bo każdy człowiek zasługuje na pomoc. W telewizji ogłaszamy, że nadchodzą przymrozki i musimy dbać o tych, co mieszkają na działkach, osoby w kryzysie bezdomności. Oczywiście, ale przecież ludzie na granicy nie są inni. Jako matka, kobieta, po prostu człowiek jestem przerażona tym, że wycieńczeni ludzie tam marzną.

Nie tylko marzną, ale i umierają. Mamy oficjalne dane, ale prawdopodobnie ofiar jest o wiele więcej.

– Nie wiem nawet, co powiedzieć. Jest to koszmar.

No dobrze, to co – zamiast budowy muru – powinniśmy robić?

– Byłam w Niemczech, kiedy organizowano punkty – w szkołach, halach sportowych etc. – w których zbierali się ludzie przybywający do Europy w 2015 roku. Niemcy szukali rozwiązania, bo jak gdzieś jest wojna, to jako Unia mamy obowiązek przyjąć daną osobę, sprawdzić, kim jest, a potem wydać decyzję pozytywną albo negatywną. Jeśli ktoś się nie kwalifikuje, to taką osobę się odsyła. Otwartość Niemców była spowodowana tym, co wydarzyło się wcześniej, w 2012 roku. Angela Merkel przyjechała wtedy do jednej ze szkół i okazało się, że są w niej też syryjskie dzieci. Mała dziewczynka podeszła do niej, poprosiła, żeby pomogła ludziom w jej ojczyźnie i się rozpłakała. To było niesamowicie ujmujące, ale nikt już o tym nie pamięta. Merkel powiedziała wtedy, że ona nie jest w stanie tego zrobić, nie ma żadnego wpływu. I została skrytykowana przez niemal wszystkie partie, scena ta była non stop pokazywana i dyskutowana. I kilka lat później drzwi Niemiec się otworzyły. Ale jeśli nie chcemy wzorować się na Niemcach, to róbmy to, co sami robiliśmy w latach 90.

To znaczy?

– Straż Graniczna istnieje od 1991 roku (notabene obchodziła w tym roku trzydziestolecie), ja przyszłam do niej dwa lata później. Nie byliśmy wtedy w UE i była sytuacja, że pojawiło się mnóstwo osób ze Wschodu – Ormianie, Gruzini, Rumuni. Organizowaliśmy punkty, zajmował się tym cały dział, który podsyłał namiary, w których hotelach znajdują się grupy uchodźców. Jechaliśmy, przeszukiwaliśmy, zabieraliśmy ich do ośrodków i sprawdzaliśmy, kim są. Oni przybywali tu, żeby przedostać się dalej, na Zachód albo w ogóle do USA. Często były to osoby zamożne, mające tam rodzinę, a pojawili się u nas, bo to był najtańszy sposób. I potem czekali na decyzję, pozytywną lub negatywną. Pamiętam, że część z nich odsyłaliśmy z powrotem, bo to normalne, że nie wszyscy zostają wpuszczeni. Polska otrzymywała fundusze na uszczelnienie granicy z Niemcami i z tych środków kupowało się wozy terenowe czy sprzęt informatyczny dla Straży Granicznej.

Czyli dostawali dach nad głową, jedzenie, picie, ciepło, normalną pomoc.

– To zresztą był grudzień, śniegi takie, że samochody wpadały w zaspy. Stworzono nam możliwości, mieliśmy biura w wielkich halach sportowych, dostarczano suchy prowiant i ciepłe posiłki, wszystko co trzeba. Ściągano funkcjonariuszki i funkcjonariuszy z różnych przejść granicznych, by się tym zajmowali i szło bardzo sprawnie.

Powinniśmy więc zatrudnić więcej ludzi, bo wiadomo, że do sprawdzania wniosków potrzeba ich dużo, to pod wieloma względami skomplikowane, i normalnie umieścić osoby przebywające na granicy w ośrodkach, zweryfikować ich sytuację i podjąć decyzję o tym, co dalej.

– Nie trzeba nawet nikogo zatrudniać, Straż Graniczna jest liczna, a mamy jeszcze przecież WOT, wystarczyłoby stworzyć może więcej punktów wydających decyzje administracyjne oraz dodatkowe  szkolenia. Można było się wcześniej przygotować, poprosić o pomoc Unię, a dopiero teraz, kiedy sytuacja jest coraz bardziej dramatyczna, wykonywane są jakieś kroki w tym kierunku. Gdyby nie było u nas tylu wojenek politycznych wszystkich ze wszystkimi i jeszcze z każdym, kto jest dookoła, to dałoby się uniknąć tego koszmaru. A w tym momencie nie wiem, naprawdę nie wiem, co będzie dalej.

Izabela Janas – emerytowana funkcjonariuszka Straży Granicznej i jedna z pierwszych kobiet pracujących w tej formacji w Polsce, na emeryturze od 10 lat

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.