Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z Anną Dąbrowską*, prezeską stowarzyszenia Homo Faber rozmawia Agnieszka Jucewicz

Kiedy po raz pierwszy pojechałaś na granicę?

22, albo 23 sierpnia. Z aktywistami z różnych organizacji i stowarzyszeń działających na rzecz uchodźców i migrantów chcieliśmy jak najszybciej postawić na miejscu sprawny system pomocy. Tak, żeby te działania nie odbywały się ad hoc. Tak powstała Grupa Granica**. Jedni z nas odpowiadają za zespół prawniczy, inni za interwencje, jeszcze inni za szkolenia, edukację wolontariuszy i lokalnych mieszkańców, materiały informacyjne, zespół prasowy itd. To, z czego jesteśmy znani i co jest najbardziej widoczne, to bezpośrednia praca z uchodźcami. Te wszystkie przekazane butelki wody, jedzenie, ciepłe kurtki, śpiwory. Ale za tym stoi masa osób, których nie widać, a które pracują na to, żeby do takich spotkań mogło dojść i żeby były one maksymalnie dobre z punktu widzenia tych, którym pomagamy. Bo to oni są tu najważniejsi.

Co to jest „maksymalnie dobre spotkanie"?

Ono ma miejsce wtedy, kiedy jesteśmy w stanie dać takiemu człowiekowi pełen pakiet naszej pomocy, czyli zaopiekować go od strony medycznej, odpowiedzieć na jego potrzeby humanitarne - napoić, nakarmić, ogrzać, zapewnić suche, ciepłe ubranie, a także poinformować go o jego sytuacji prawnej. Oraz w ogóle o sytuacji, w jakiej się znalazł - że istnieje strefa stanu wyjątkowego, że Straż Graniczna jest jedyną instytucją, która może rozpocząć procedurę uchodźczą, ale że to się w tej chwili nie dzieje, oraz że odbywają się wywózki. Bo trafiają się nam grupy, które jeszcze nie miały takiego doświadczenia i w ich wypadku to szczególnie ważne. Chodzi o to, żeby dowiedzieli się, na czym stoją i sami mogli podjąć decyzję, co dalej. Staramy się ich traktować podmiotowo, bo oni nie są przedmiotami pomocy, tylko właśnie podmiotami.

Na co się najczęściej decydują?

Bardzo różnie. Część chce zostać w Polsce. Mówią wprost: „To jest bezpieczny kraj i chcę tu złożyć wniosek azylowy". Niektórzy nie potrafią się zdecydować. Niektórym stan zdrowia na to nie pozwala. Najpierw musi przyjechać do nich pomoc medyczna. Są też grupy, które absolutnie nie chcą kontaktu ze służbami. Chcą od nas pomocy humanitarnej i tyle.

Wolą zostać w lesie?

Tak.

Żeby stamtąd próbować przedostać się tam gdzie chcą?

To już mnie nie interesuje. Ja mam im zabezpieczyć życie. A właściwie przeżycie.

W kontekście pomocy uchodźcom często pada słowo „pełnomocnictwo". Aktywiści starają się zostać pełnomocnikami osób przekraczających granicę. Po co?

Pełnomocnicy mają dopilnować procedur i tego, by ludzie je rozumieli – co podpisują, dlaczego, z czym się to wiąże. By na przykład nie podpisywali, że dobrowolnie poddają się karze za nielegalne przekroczenie granicy. Albo zrzekają prawa do odwołania. Czyli nie tylko procedury azylowej, ale wszelkich procedur.

Pełnomocnik może reprezentować swojego klienta przed służbami, sądem. A jak ten klient znika z pola widzenia, upominać się o informację o nim.

Stowarzyszenie Homo Faber, którego jesteś prezeską, na granicy polsko-białoruskiej odpowiada między innymi za edukację lokalnych mieszkańców i aktywistów. Jak to wygląda w praktyce?

Na początku robiliśmy to na dużym spontanie. Zaczęliśmy pod koniec sierpnia na terenach, które potem zostały objęte stanem wyjątkowym, więc można powiedzieć, że zdążyliśmy na czas. Przez pierwsze 20 dni objechaliśmy 100 miejscowości, które potem w większości znalazły się w strefie. Było nas niewiele. Kilka dwu-, trzyosobowych „teamów", głównie dziewczyny, które pracowały na miejscu, potem wracały do domu odsapnąć, a w ich miejsce przyjeżdżała nowa grupa. I tak to się ciągnie do tej pory.

Chodzicie od drzwi do drzwi?

Od domu do domu. Jak było jeszcze ciepło, to te spotkania stawały się publiczne. Usiedliśmy u kogoś na ławce, na podwórku, przyszli sąsiedzi i robiło się z tego wydarzenie.

Większość mieszkańców chce z nami rozmawiać. Mają bardzo różne i silne emocje i chcą o nich opowiedzieć.

Jakie to emocje?

Na początku było bardzo dużo strachu i lęku, że co tu się właściwie na tym naszym Podlasiu dzieje. W tym bezpiecznym otoczeniu, wśród naszych sąsiadów. Podlasie i wioski, zwłaszcza te przy granicy, to miejsca, gdzie od lat mieszkają ci sami ludzie, którzy się świetnie znają. A tu nagle przyjeżdżają chłopaki i dziewczyny ze Straży Granicznej i mówią, żeby uważać, bo zaraz pojawią się jacyś obcy, że trzeba się zamknąć w domach, zamknąć obejścia. Na te społeczności, gdzie do tej pory wszystko było otwarte, gdzie zostawiało się w stacyjkach kluczyki na noc, a latem okna otwarte na oścież, padł strach. A potem przyszedł pierwszy dysonans.

Czyli?

Zasiany strach spotkał się z rzeczywistością. Z realnymi, a nie z wyobrażonymi uchodźcami. I mieszkańcy zaczęli nam mówić, na przykład: "Wie pani, przyszła dziś do mnie rodzina z dzieckiem. To chyba nie są ci sami ludzie, o których mówiła Straż Graniczna, co?" Albo: „Trafiłem dziś w lesie na grupę młodych chłopaków. Wyglądali na przerażonych, a nie jakby chcieli mi zrobić krzywdę. Naprawdę mam się ich bać?".

Drugi dysonans pojawił się później. Nie tylko zresztą na Podlasiu. Po słynnej konferencji Kamińskiego i Błaszczaka, której towarzyszyła obrzydliwa, rasistowska narracja. Dosłownie chwilę potem miała miejsce historia z „dziećmi z Michałowa". Te dwie rzeczy nijak się ludziom nie kleiły i emocjonalnie kompletnie sobie z tym nie radzili.

Bo tego się nie da pogodzić.

Myślę, że my teraz jesteśmy zbieraczkami tego pęknięcia, które ma miejsce w tych miejscowościach. To pęknięcie idzie nie tylko przez sąsiedztwa, ale też przez rodziny. I zasadza się na podejściu do tego kryzysu. Bo trzeba pamiętać, że strażnicy i strażniczki, którzy biorą udział w tym procederze, czy chcą tego czy nie, są ludźmi stąd. To są sąsiedzi, koleżanki, koledzy, bracia, siostry, żony, mężowie osób, z którymi rozmawiamy. A jednocześnie widać rosnącą niezgodę na te praktyki. I ludzie próbują sobie jakoś z tym poradzić. „Bo jak to? Ten mój dobry chłopak robi takie straszne rzeczy? To niemożliwe". „Wywózki do lasu? Niemożliwe". „Przerzucanie przez druty? Niemożliwe." „Pani opowiada jakieś bzdury".

Nie wierzą wam.

A jednocześnie nas słuchają. I bardzo chcą się wygadać. Po to między innymi te spotkania są, żeby mogli wyrzucić z siebie emocje.

Rozumiem, że to pęknięcie jest również wokół tego, że są osoby, które pomagają uchodźcom, nawet jeśli robią to po cichu, i tacy, którzy się na to zamykają.

Tak. I mówią: „Niech wracają do siebie", „Po co oni tutaj przychodzą?".

Myślę, że jak ten kryzys się skończy, to trzeba będzie sobie z tym pęknięciem jakoś poradzić. I bardzo bym nie chciała, żeby ci ludzie zostali z tym sami.

Jakie pytania pojawiają się najczęściej na tych spotkaniach?

Bardzo dużo jest pytań technicznych, na przykład o procedurę azylową. Jak ona wygląda? Gdzie ci ludzie wtedy mieszkają? Ile dostają pieniędzy? Często jest szok, że nie dostają tych milionów, o których gdzieś tam się mówi, tylko że są to drobne kwoty wystarczające na podstawowe rzeczy. Dalej: Kim są uchodźcy? Skąd przyszli? Dlaczego tu szukają pomocy? Dlaczego nie mogą zostać na Białorusi? Dlaczego nie idą na przejścia graniczne? Dlaczego mają takie super telefony? Nasza praca jest w dużej mierze pracą ze stereotypami, wyobrażeniami. Te rozmowy pokazują nam, jak duże braki mamy w wiedzy na temat uchodźców i migrantów. My wszyscy.

Te same pytania, które zacytowałaś, pojawiają się wszędzie - na forach, w wielu komentarzach. Niezależnie od światopoglądu właściwie.

Bo my w ogóle beznadziejnie stoimy, jeśli chodzi o wiedzę na temat ludzi z innych kawałków Europy czy świata.

Wiem, że odpowiadałaś na te pytania po wielokroć, ale zróbmy to jeszcze raz. Dla tych, którzy wciąż szukają odpowiedzi. Weźmy te najczęstsze. „Dlaczego oni nie mogą pójść na przejście graniczne i tam złożyć wniosku o ochronę?".

Bo to nie uchodźcy decydują, gdzie przekroczą granicę. Ale też nie ma znaczenia, gdzie ją przekraczają. Państwa wiele lat temu zgodziły się na to, żeby nie penalizować przejść, które odbywają się na „zielonej granicy". Ponieważ jeżeli uchodźca ucieka, to znaczy, że ma ku temu swoje powody i musi jak najszybciej dotrzeć do bezpiecznego miejsca. Ale jest jeszcze druga odpowiedź na to pytanie, bardziej skomplikowana.

Jaka?

Wiemy, że od 2015 roku przejścia graniczne nie działają tak, jak powinny. Mamy dobrze udokumentowaną historię wielokrotnych push-backów na przykład na przejściu granicznym Terespol-Brześć. Wiele osób, które chciały się tam starać o ochronę w Polsce, zostało wypchnięte. Od lat mówimy o tym, że Straż Graniczna nie przyjmuje tam wniosków. Nie wprowadza ludzi w procedurę, czyli de facto łamie polskie prawo, więc tak naprawdę przejście graniczne jest jakimś fantazmatem. Bo jeżeli ci ludzie, którzy kryją się teraz w lesie, pojawiliby się nagle na przykład na przejściu w Bobrownikach, to sytuacja byłaby identyczna.

"Kim są i skąd pochodzą?".

Najczęściej z Iraku, Afganistanu, Syrii, skąd uciekają przed konfliktami zbrojnymi. Bardzo często są wśród nich osoby należące do różnych mniejszości, ale też takie, które służyły albo mają bliskich, którzy służyli dla amerykańskiego bądź sprzymierzonego wojska. Zdarzają się też uciekinierzy z Demokratycznej Republiki Konga, w której jest dramatyczna sytuacja polityczna. Zwłaszcza we wschodniej części kraju. Wiemy, że działają tam różne ugrupowania terrorystyczne, bojówki. Mamy też Jemeńczyków, obywateli Kamerunu, Gwinei. Ostatnio spotkaliśmy Kubańczyków.

„Dlaczego nie wrócą na Białoruś?".

Bo Białoruś nie jest bezpiecznym krajem, czyli takim, który przestrzega praw i wolności człowieka.

„Czy to są uchodźcy, czy nielegalni emigranci?".

Odpowiedź na to pytanie możemy dostać tylko wtedy, jeżeli te osoby wejdą w procedurę i zostaną pod tym kątem sprawdzone przez polskie służby. Po stronie uchodźców leży udowodnienie, że w kraju pochodzenia grożą im tortury, śmierć czy nieludzkie traktowanie i że w tym kraju po prostu nie mogą bezpiecznie żyć.

„Ale biedni to oni chyba nie są? Mają dobre telefony, markowe kurtki".

Nie widziałam markowych kurtek. A co do telefonu, to odpowiadam tak: „A co pan/pani by zabrała, gdyby musiała pani natychmiast opuścić miejsce, w którym pani żyje? Czy nie byłby to właśnie telefon, dzięki któremu miałaby pani kontakt z rodziną? A w nim zdjęcia bliskich, co jest bardzo ważne, jeżeli ucieka się na zawsze". W telefonie jest też mapa. Dostęp do informacji. Telefon jest centrum dowodzenia i często ratuje życie.

„Pomożemy im teraz, a co, jeśli za tydzień, miesiąc przyjdzie ich 10 tysięcy czy 20 tysięcy?".

Pamiętam czasy w Polsce, całkiem niedawne, bo był to rok 2013, kiedy w Polsce złożono 15 tysięcy wniosków o ochronę. Jesteśmy dużym, bogatym, bezpiecznym krajem. Mamy zasoby na to, żeby otworzyć kolejne ośrodki dla cudzoziemców i zabezpieczyć wszystkich przed tym, żeby nie umierali w lasach.

„Czy pomaganie im jest legalne?".

Tak, i to jest w ogóle tytuł kampanii informacyjnej, którą prowadzimy. Jak zaczynaliśmy, to wydawało mi się absurdem, że muszę to ludziom tłumaczyć. Ale ok - powiedziałam - zróbmy to.

Mogą się bać konsekwencji.

To jeszcze raz: za podanie jedzenia, wody nie ma kar. Na razie.

A za udzielenie noclegu?

Przestrzegamy ludzi przed tym, w trosce o ich własne bezpieczeństwo. Sugerujemy, żeby nie udzielali schronienia osobom, o których nic nie wiedzą, bo nie chcemy, żeby byli później nękani przez polskie służby, które mogą próbować im coś zarzucić, na przykład pomoc w przemycie. Ale zgodnie z prawem międzynarodowym w sytuacji, która się dzieje obecnie na polskiej granicy, działania takie są wsparciem humanitarnym, które nigdy nie powinno podlegać ukaraniu.

Zdarza się, że ludzie przyjmują uchodźców pod swój dach?

Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć.

Co z podwiezieniem samochodem? Spotykam w lesie kogoś, kto ma uraz nogi, jest wychłodzony. I zamiast czekać na karetkę, chcę go zawieźć do szpitala. Mogę?

Jak ktoś umiera, to pomóż. Zwłaszcza jeśli dyspozytor pogotowia odmawia przyjazdu, bo to uchodźcy. Autostop w Polsce nie jest nielegalny. I jak bierzesz autostopowiczów do auta, to nie pytasz: Czy państwo przebywają legalnie w Polsce? Mogę zobaczyć dokumenty? Tym bardziej, jeśli to nie jest zwykły autostop, tylko ratowanie życia. Żyjemy jednak w nienormalnych czasach, w nienormalnym prawie, więc żeby siebie nie narażać, lepiej tego nie robić. Bo można zostać posądzonym o czerpanie finansowych korzyści z takiej podwózki, a to już jest bezprawne.

Co jest dla was najważniejsze w tej całej edukacyjnej działalności?

Żeby ludzie, z którymi rozmawiamy, udzielali uchodźcom takiej pomocy humanitarnej, jakiej mogą im udzielić. Napoili ich, dali im jedzenie, raczej proste, lekkostrawne, ewentualnie batony energetyczne, zaopatrzyli ich w coś ciepłego. No i żeby dali nam znać, jeżeli spotkają taką grupę, bo my możemy pomóc więcej, bardziej.

Niedawno zostałaś kuratorką dwóch małoletnich Kongijczyków. Jeden ma 15, drugi 16 lat. Jak do tego doszło?

Dostałam informację, że w lesie znaleziono dwóch małoletnich. Mój pełnomocnik, ale też pełnomocnik tych chłopców zgłosili mnie do sądu rodzinnego w Augustowie, że chciałabym zostać ich kuratorką społeczną. Sąd wydał pozytywną decyzję. Oni wtedy nadal byli w lesie, ale jak już mieliśmy papiery, wezwano do nich karetkę, ponieważ jeden z tych chłopców był w kiepskim stanie. Był sparaliżowany od pasa w dół. Nie wiadomo dlaczego.

Wezwano karetkę i...?

Ślad po nich zaginął. Od tego momentu mam tylko spekulacje. Minął tydzień i nie wiem, co się wydarzyło w tym lesie, gdzie oni są. Udało mi się tylko ustalić, że to była karetka z Suwałk i że najprawdopodobniej przyjechała też straż. Od tygodnia próbuję się dowiedzieć we wszystkich możliwych miejscach, co się takiego stało. Dyspozytornia w Suwałkach nie udzieliła mi żadnych informacji. Obdzwoniłam pozostałe SOR-y i nic. Placówka najbliższa Straży Granicznej, która odpowiada za ten rejon, milczy. Dwukrotnie próbowałam złożyć zawiadomienie o zaginięciu na policję i mi się nie udało. Za drugim razem włączyła się w to także Itaka, czyli centrum poszukiwań zaginionych, ale i Komenda Główna Policji w Warszawie. W końcu pani z Komendy Głównej powiedziała, że oni po prostu „nie mają algorytmu na takie postępowania". A potem zaczęły się oczywiście mnożyć różnego rodzaju wątpliwości.

Jakie?

Czy ci ludzie w ogóle istnieli? Skąd ja o nich wiem? Czyli podważanie w ogóle tego, że ktoś taki był w Polsce.

Dlaczego chciałaś zostać ich kuratorką. Co by im to dało?

Mogłabym się o nich upomnieć. To jest bardzo ważne, bo oni sami o siebie się nie upomną. Tak jak wiele z tych osób, które trafiają z powrotem na Białoruś. No i dla nas, aktywistów, to jest kolejny dowód na to całe bestialstwo, które się tu odbywa. I na to bezprawie, z którym mamy do czynienia na granicy. Wiesz, ci chłopcy chcieli zostać w Polsce. Prosili o ochronę…

Jakie prawa są łamane?

Przede wszystkim prawa proceduralne związane z odmową przyjmowania wniosków. Mamy też do czynienia, przynajmniej w niektórych przypadkach, z torturami i nieludzkim traktowaniem. Bo jeśli kolejny raz wywala się do lasu ludzi, którzy są absolutnie niezdolni fizycznie do tego, żeby przetrwać w nim kolejny dzień, to jak to inaczej nazwać? Łamane są też prawa człowieka związane z dostępem do informacji publicznej. To dotyczy też nas, bo my również nie dostajemy żadnych informacji o klientach, o których się dopominamy. Naruszane są prawa związane ze zdrowiem i bezpieczeństwem. Odmowa przyjazdu karetki, a takie nagrania też mamy, jest skrajnym złamaniem prawa do opieki medycznej. Łamane jest prawo do bezpieczeństwa, do poszanowania życia rodzinnego, Wymieniać dalej?

Od wtorku obowiązuje ustawa, która zalegalizowała przepychanie ludzi na drugą stronę granicy.

Dla mnie to nie jest legalizacja czegokolwiek. To jest prawo, które jest sprzeczne z polską konstytucją. Kolejne zresztą, które się przepycha kolanem w Polsce. Prawo polskie mówi, że każda osoba ubiegająca się o azyl ma prawo wejść w tę procedurę.

Mamy też artykuł 162 kodeksu karnego: „Kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności".

Mogłybyśmy zrobić cały katalog praw, które są łamane zarówno przez to, co się tutaj faktycznie dzieje, jak i przez różnego rodzaju „przepisy": tę obecną ustawę, poprzednie rozporządzenie Wąsika wydające zgodę na wywózki czy rozporządzenie wprowadzające stan wyjątkowy.

Powtarzasz, że jesteś tym przerażona. Czym dokładnie?

Tym, że tu nic nie działa. Państwo nie działa! Instytucje, które powinny działać, nie działają tak, jak powinny. Prawa, które powinny obowiązywać, nie obowiązują.

Jak na początku września, podczas swojej pierwszej interwencji zobaczyłam, krok po kroku, jak to wygląda, to nie mogłam w to uwierzyć. Gdyby ktoś inny mi opowiedział, co tu się wyrabia, też bym mu nie uwierzyła. W Polsce takie rzeczy? No skąd!

Jaka to była grupa?

Dziewięć osób z Kongo i jeden Kameruńczyk. Znaleźliśmy ich w takim płytkim lasku. Komary wtedy jeszcze cięły i byli straszliwie pogryzieni. Zawsze jak podchodzimy, to najpierw mówimy „dzień dobry", przedstawiamy się, podajemy ręce. Mówimy, że nie jesteśmy z policji, że przyszliśmy pomóc. To obniża napięcie. Pamiętam, że byłam bardzo wzruszona, że ich znaleźliśmy, że żyją.

A oni?

Byli przerażeni. Był wśród nich 16- latek, któremu próbowałam pod kurtkę założyć folię NRC, bo nocą było już zimno i był przemarznięty. Tak mu się trzęsły ręce, że nie był w stanie rozpiąć zamka. Rozpięłam mu więc kurtkę i jak dzieciaka ubierałam. Miał takie spojrzenie, że nie byłam w stanie znieść jego wzroku. Tego, że mógł sobie pomyśleć, że mogę mu zrobić coś złego, że jestem z bandy „tych złych".

Wezwaliście straż?

Tak, bo jeszcze wtedy żyliśmy w przekonaniu, że jak my będziemy przy tym, że jak mamy gotowe wszystkie potrzebne papiery, pełnomocnictwa, to Straż Graniczna zrobi to, co do niej należy, i je po prostu przyjmie. Najpierw przyjechał przypadkowy patrol policji. Zgarnął nas na pobocze, przez cały czas świecił tymi niebieskimi lampkami. „Po jakiego grzyba oni tym świecą? Przecież nie jesteśmy przestępcami? Nie uciekniemy im" - pomyślałam. Potem przyjechał mały samochód Straży Granicznej. Wybiegło dwóch zamaskowanych panów z karabinami. Też mnie to zdziwiło. „Po co ta demonstracja?". Myślałam też o tym, jakie to musi być traumatyczne dla tych ludzi, którzy uciekają z rejonów konfliktów zbrojnych, przeżyli wojnę. Jakie to jest okrutne.

Przyjechała straż i co dalej?

Powiedzieli, że musimy poczekać na duży samochód Straży Granicznej. A ci ludzie byli zmarznięci, głodni. Jeszcze wtedy nie byliśmy superprzygotowani. Nie mieliśmy dużo jedzenia. Kolega pod suką policyjną nastawił gorącą wodę na swojej przenośnej kuchence i zaparzył tym ludziom herbatę. Nagle jedna z kobiet dostała ostrych torsji i zaczęła nam uciekać ze świata. Koleżanka zwróciła się do policjantów: „Trzeba wezwać pogotowie. Stan tej pani się pogarsza". Nazywała się Olga. Była bardzo młoda. Policjant odpowiedział na to: „Wie pani co? To niech pani wezwie". To był kolejny, już nie wiem który z kolei szok. Przecież to on powinien był wezwać pogotowie. To był jego obowiązek. W końcu karetka zabrała Olgę. Oczywiście, wcześniej musieli się upewnić, czy jest z nami straż. Strażnicy otoczyli nas kordonem. Czekaliśmy. Co jakiś czas ktoś z nas podchodził do nich i pytał, kiedy przyjedzie transport. Odpowiadali: „zaraz, zaraz". Okazało się, że placówka, z której ponoć ten transport wyjechał, była oddalona od nas o 16 km. A czekaliśmy już dwie godziny. Zastanawiałam się, czym oni jadą? Furmanką? W końcu przyjechali.

Furmanką?

Nie. Wielką ciężarówką wojskową. Wrzucili tych ludzi na pakę jak worki kartofli i odjechali. Powiedzieli, że do Michałowa. To my w samochód i za nimi. Zaparkowaliśmy pod placówką i znów czekaliśmy. Po 1,5 godziny przyjechała ta ciężarówka. Pusta. Stanęli koło nas i pokazali specjalnie, że jest pusto. Od rana bombardowaliśmy ich pytaniami, gdzie są ci ludzie. Nie odpowiadali. Ok. godz. 15 dostaliśmy od Kongijczyków SMS, że Straż Graniczna wyrzuciła ich z powrotem do lasu po białoruskiej stronie i że jest z nimi Olga. Wtedy dowiedzieliśmy się, że strażnik graniczny przyszedł po Olgę na oddział i wywlekł ją ze szpitala, mimo że miała przejść jakąś operację i była nie do wypisania. Dziś wiemy, że to normalny proceder.

Co się stało z nimi dalej?

Znów zostali przepchnięci przez Białorusinów i znaleźli się w klinczu. W malutkiej miejscowości między jedną, a drugą Strażą Graniczną. Białorusini strzelali im pod stopy, że ani kroku w przód, a Polacy mieli psy. W tym klinczu spędzili jakąś dobę. Potem chyba polska Straż Graniczna się wycofała i przeszli dalej, ale wtedy już straciliśmy z nimi kontakt. Natomiast kilka tygodni później dowiedzieliśmy się, że Olga po kolejnej wywózce trafiła do szpitala i przeszła tę operację, którą miała przejść.

Rozumiem, że coś, co jeszcze dwa miesiące temu wydawało ci się szokujące na każdym etapie tej operacji, dziś jest już normą?

To jest rzeczywistość, w której pracujemy. Wiemy, że instytucje nie przestrzegają zobowiązań i że zwyczajnie nas okłamują.

Jak to widzisz dalej?

Beznadziejnie. My z tym przegramy… Nie ma szans, żeby wygrać z machiną państwa. Możemy mieć naprawdę dużo pieniędzy ze zbiórek, dużo rzeczy, sprzętu, ludzi, którzy będą pomagali, ale problem tkwi w systemowej przemocy tego państwa.

Co myślisz mówiąc „przegramy"?

Będą kolejne zgony i to jest najbardziej dramatyczne. Bo mamy wszystko, co trzeba, żeby im zapobiec, żeby tych ludzi godnie potraktować… Jestem realistką. Wiem, że część osób wejdzie w procedurę i dostanie status. Część go nie dostanie. Zostaną zawróceni do swoich krajów pochodzenia. Nie mam z tym problemu. Ale mam problem z tym, że to się nie dzieje.

Ktoś może powiedzieć, że nie ma miejsc w ośrodkach.

Państwo jest od tego, żeby je zapewnić.

Coś ci powiem...Od początku swojego istnienia nasze stowarzyszenie zajmuje się wsparciem dla uchodźców i migrantów. Przed kryzysem na granicy wspieraliśmy głównie tych, którzy już byli w Polsce, mieli status pobytowy albo się o niego starali. Udzielamy im porad prawnych, prowadzimy interwencje, jesteśmy źródłem informacji, ale też monitorujemy urzędy i instytucje pod kątem tego, jak sobie radzą z nowymi mieszkańcami. Dajemy wskazówki, co należy ulepszyć, usprawnić, ułatwić. Ale robiąc to wszystko, nie chcemy wyręczać państwa! My jesteśmy po to, żeby wskazywać różne dziury, niedociągnięcia czy miejsca, które wymagają zmian, albo działania, które są niezgodne z umowami międzynarodowymi czy z polskim prawem. Natomiast ja nie będę do końca życia uczyć ludzi, jak mają wypełniać wnioski. Te wnioski mają być tak przygotowane, żeby ten cudzoziemiec czy cudzoziemka sobie z nimi poradzili. I to państwo jest od tego, żeby zagwarantować tym ludziom bezpieczeństwo, ustrzec ich przed śmiercią, a przede wszystkim działać zgodnie z prawem.

* Anna Dąbrowska - Ukończyła Szkołę Praw Człowieka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Instytutu Nauk Prawnych PAN, a także kurs trenerski Stowarzyszenia Trenerów Organizacji Pozarządowych (STOP). W Homo Faber jest od 2005 roku. Od 2011 roku jest prezeską Stowarzyszenia. Jest trenerką, prowadzi szkolenia z praw człowieka, antydyskryminacji, wrażliwości kulturowej. Z ramienia Homo Faber jest także członkinią Komisji Dialogu Obywatelskiego ds. integracji migrantów i migrantek w Lublinie. Pisze doktorat o ukraińskiej imigracji do Polski po 2014 roku.

** Grupa Granica działa w składzie: Nomada Stowarzyszenie, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, Homo Faber, Polskie Forum Migracyjne, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Salam Lab, Dom Otwarty, Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć, CHLEBEM I SOLĄ, Uchodźcy.info, Kuchnia Konfliktu, Strefa WolnoSłowa, Przystanek "Świetlica" dla dzieci uchodźców + niezależni aktywiści.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.