Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Maria wstaje o piątej rano. Szykuje posiłek na cały dzień, wyprowadza psa, bierze prysznic. Dochodzi szósta, gdy wchodzi na czat. Śledzi wiadomości wewnętrzne, czyli od innych działających, potem wiadomości osobiste z prośbami o pomoc, wreszcie przegląda kanał ogólny, na którym zarejestrowanych jest 12 tys. Białorusinów i Białorusinek. – Jestem administratorką, więc odpowiadam na pytania, weryfikuję odpowiedzi innych ludzi, dbam, by nie było spamu, awantur, wulgaryzmów – opowiada.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Wyjmuje telefon i pokazuje czat: 180 nieodczytanych wiadomości. Zarządzanie czatem to jak praca na pełny etat. Tylko że za darmo, bo Maria, od lat mieszkająca w Polsce, pracuje w logistyce, a wiadomościom poświęca cały wolny czas.

Uczestnicy czatu rozmawiają przez Telegram – szyfrowany komunikator internetowy. Czat powstał na fali protestów i emigracji z kraju. Działa ekspresowo, na Facebooku trzeba dołączyć do grupy, administrator musi zaakceptować wpis, to trwa. Na czacie pytanie wpada od razu i szybko można dostać odpowiedź. To tam zdobywają informacje ci, którzy uciekają do Polski przed reżimem Łukaszenki. Tam też Maria poznała Wasyla (imię zmienione). Chłopak napisał o sobie otwarcie: „Jestem uchodźcą". To był wrzesień 2020 roku.

– Nigdy z uchodźstwem się nie spotkałam. Owszem, czytałam o Syryjczykach, ale nigdy o białoruskich uchodźcach. Napisałam do niego i się umówiliśmy. Byłam po pracy, spotkaliśmy się w galerii handlowej. Opowiedział mi o tym, przez co przeszedł. Wszyscy widzieliśmy, co się działo 9-12 sierpnia ubiegłego roku, czyli w najgorętsze dni protestów, ale gdy usłyszałam to od niego, naprawdę zrozumiałam, przez co ci ludzie przeszli.

Maria opowiada historię Wasyla. Chłopak miał 21 lat, dostał sygnał, że po niego idą, więc naprędce spakował się i wyjechał. Brał udział w protestach, ale pracował też w strukturach państwowych, mogli więc powiązać jedno z drugim i go aresztować. Gdy uciekał, granica białoruska nie była jeszcze tak szczelna jak obecnie. Po stronie polskiej wystąpił o azyl polityczny. Ale jeszcze w kraju zdążył się przekonać, jak brutalna potrafi być białoruska milicja. – Pokazywał mi zdjęcia pośladków i pleców, całe w sinych i fioletowych plamach, nie było nawet kawałka skóry o normalnym odcieniu – mówi Maria.

„Zgniją w domu dziecka"

Historii takich jak Wasyla nie brakuje. Emigrować, a w zasadzie uciekać z Białorusi w obronie siebie i bliskich zmuszonych jest coraz więcej osób. W Polsce od początku tego roku wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej złożyło 1,7 tys. cudzoziemców, o 27 proc. więcej niż w pierwszej połowie ubiegłego roku. Najwięcej, bo 40 proc. z nich, stanowią właśnie Białorusini i Białorusinki. Wśród nich są też pani Hanna Konowałowa i jej wnuki – Nastia i Wania. Mają cztery i sześć lat.

– Szliśmy do granicy. Była trzecia nad ranem, kilometr pieszo, w ciemnicy. Dookoła nic, tylko płot i siatka. Wtedy Wania zapytał mnie: „Babciu, a to prawda, że mama jest w więzieniu?" – opowiada pani Hanna o swojej ucieczce z Białorusi.

– Pani powiedziała, że tak? – dopytujemy.

W odpowiedzi kiwa głową, a w jej oczach pojawiają się łzy. Zaraz szybko je ociera, jakby nie chciała pozwolić sobie na słabość. I opowiada dalej, już bez cienia żalu, o aresztowaniu córki, o braku pieniędzy, o oszustwie, o strachu, że zabiorą jej wnuki. Wreszcie – o pomocy, którą otrzymała.

6 sierpnia 2020 roku aresztowano córkę pani Hanny. Miesiąc wcześniej jej zięcia. Dwukrotnie. Gdy wszczęto przeciwko niemu sprawę karną, wyjechał z Białorusi do Rosji. Zatrzymano go za administrowanie kanałem Armia z Narodem na Telegramie.

– Moja córka pracowała w sztabie Swiatłany Cichanouskiej. Zbierała podpisy, prowadziła pikiety, wszystko zgodnie z prawem. Aresztowano ją za to, że nosiła plakietkę z napisem „Sztab Cichanouskiej". Ale nie mogli jej udowodnić, że robi cokolwiek niezgodnego z prawem, więc powiązali ją z działalnością męża, który wtedy był już w Rosji. Gdy dowiedział się, że żonę zatrzymali, wrócił na Białoruś, ale dopiero po wyjeździe dzieci. Kiedy wiedział, że są bezpieczne.

Gdy tylko pracownicy opieki społecznej zaczęli się interesować dziećmi, pani Hanna zabrała wnuki i wyjechała z kraju. Najpierw na Ukrainę, potem do Polski.

– Byliśmy na wsi, 120 km od Mińska. Dostaliśmy telefon od sąsiadów, że dzielnicowy i ludzie z opieki rozpytują o dzieci. Kręcą się wokół mieszkania. Wiedziałam, że jak nas złapią, to na spisaniu się nie skończy. Jeśli rodziców nie ma, to dzieci zabierają. Bo jako babcia, podobnie jak w Polsce, nie jestem prawną opiekunką – opowiada pani Hanna – a ci ludzie przychodzili już wcześniej. Straszyli córkę, że zabiorą jej dzieci, że zgniją w domu dziecka.

7 września sąd nałożył na córkę grzywnę. A grzywny są bardzo wysokie: przeciętna pensja na Białorusi to równowartość 100-200 dolarów, a grzywny sięgają już 1,5 tys. dolarów. Pieniądze udało się jednak zebrać, kobieta powinna być wypuszczona z aresztu. Tak się nie stało. Tego dnia zaginęła.

– Gdy zapytałam w areszcie, gdzie jest córka, usłyszałam, że ją zwolnili i pewnie poszła na wódkę.

– A córka piła? – pytamy.

– A skąd! Ale dla Łukaszenki wszystkie opozycjonistki to prostytutki, pijaczki albo narkomanki.

Pani Hanna sprawę zgłosiła na policję, ale niewiele to dało. Przez trzy dni nie miała o niej żadnej informacji. Gdy już dowiedziała się, że córka przebywa w zamknięciu, przez siedem miesięcy nie wiedziała, co się z nią dalej stanie.

– Ostatecznie córka dostała wyrok pięciu i pół roku więzienia, ale nie za pracę w sztabie Cichanouskiej. Sfabrykowali dowody, że pracowała z mężem, prowadząc kanał, i oskarżono ją o ekstremizm. Zięć też dostał pięć i pół roku, ale więzienia o zaostrzonym rygorze – opowiada. Dodaje, że nie ma z nimi kontaktu – listy docierają, ale nigdy te od rodziny, tym bardziej żadne paczki. Nawet mały wiatraczek, żeby im w te upały w celi trochę lżej było.

Pani Hanna uciekła z Białorusi z wnukami Nastią i Wanią, gdy aresztowano jej córkę i zięciaPani Hanna uciekła z Białorusi z wnukami Nastią i Wanią, gdy aresztowano jej córkę i zięcia Fot. Anna Mikulska

90 dolarów

Pani Hanna przekonuje, że wnuki, mimo że małe, rozumieją bardzo dużo z tego, co się dzieje. Nastia i Wania chodzili z rodzicami na marsze, widzieli tłumy ludzi, flagi, radość, wiedzieli, kto to karaluch – tak przeciwnicy reżimu nazywają Łukaszenkę. Jest nawet bajka, w której ptak przylatuje i zadziobuje karalucha.

Wracamy do historii ucieczki z kraju.

– Szliśmy niemal z niczym, jeden plecak, dokumenty, coś do jedzenia dla dzieci, miały tylko te ubrania, które nosiły tego dnia, nic więcej. Telefon musiałam wyrzucić, żeby służby mnie nie namierzyły. Na granicy z Ukrainą powiedziałam, że jadę z dziećmi nad morze. Udało się, przepuścili nas. Po drugiej stronie czatowali, czekając na nas, przyjaciele córki. Pojechaliśmy do ich domu i zaczęliśmy myśleć, co dalej. Miałam ze sobą 90 dolarów – wszystkie swoje oszczędności.

Pomógł ukraiński oddział Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, który opiekował się rodziną przez trzy miesiące. Pani Hanna nie miała jednak wszystkich dokumentów potrzebnych, by wyrobić wizę do strefy Schengen. Ostatecznie udało jej się otrzymać wizę humanitarną. Tak dotarła do Polski razem z wnukami. I tutaj zaczęły się kolejne schody.

Jako babcia Nastii i Wani nie była ich prawną opiekunką, więc bała się, że gdy wystąpi o ochronę międzynarodową, będą chcieli je zabrać. Pani Hanna tkwiła w zawieszeniu – bez pieniędzy i pomysłu, co dalej. Jej sytuację wykorzystała fałszywa organizacja pomocowa – zbijając na jej historii pieniądze, których pani Hanna nigdy nie dostała.

Po pewnym czasie pojawiło się światło w tunelu. Dzięki białoruskim aktywistom wobec pani Hanny uruchomiono procedurę o objęcie ochroną, a opiekunem wnuków został kurator, dzięki czemu dzieci wciąż mieszkają z babcią.

W sprawie pani Hanny nadal toczy się postępowanie o udzielenie ochrony międzynarodowej. Nie wie, jak by sobie poradziła, gdyby nie oddolna pomoc, która dociera do niej od osób prywatnych – Polaków i Polek, Białorusinów i Białorusinek – czy organizacji Partyzanka. We współtworzenie tej ostatniej zaangażowana jest Jana Shostak.

Absurdy biurokracji

Na początku rozmowy z Janą przekazujemy pozdrowienia od pani Hanny. Są przyjaciółkami. Można odnieść wrażenie, że cała diaspora białoruska w Warszawie zna się całkiem nieźle i działa na rzecz tych, którzy zostali w kraju.

Janę pytamy o jej zaangażowanie w pomoc białoruskim uchodźcom.

– Całkiem przypadkiem poznałam cztery osoby, które przeszły tortury na Białorusi. Wstrząsające doświadczenie. To zupełnie inna percepcja, gdy się z takimi osobami rozmawia na żywo – odpowiada.

Zaczęło się od marszu organizowanego przez Centrum Białoruskiej Solidarności. Uczestnicy malowali tabliczki z napisem: „23.34 Identyfikator Białorusina". To numer paragrafu kodeksu wykroczeń – wyrok do 15 dni aresztu. Jana mówi, że dziś taką karę można dostać niemal za wszystko, nie tylko za udział w protestach, ale też za biało-czerwono-białe skarpetki czy nawet wystawienie pudła po telewizorze w takich kolorach.

– Zapytałam grupkę protestujących z takimi tabliczkami, czy sami dostali 23.34, i to, co mi opowiedzieli, było jak uderzenie obuchem w głowę. Najpierw mnie to przybiło, a potem się wkurwiłam. Chłopaki nie mieli w Polsce żadnego wsparcia, skrzyknęłam więc ludzi, którzy byli zaangażowani w protesty i akcje solidarnościowe. Wielu z nich to moi znajomi, dołączyli też inni, tacy jak Kasia z fundacji Humanosh, bo wspólny wróg łączy. Zaczęły do nas docierać sygnały, że osób, które nie dostały pomocy i nie dotarły do organizacji społecznych, jest więcej – opowiada Jana.

Tak zaczęła się formować grupa Partyzanka, czyli obywatelska inicjatywa, która powstała z chęci niesienia pomocy i uświadamiania ludziom, że każdy Białorusin i Białorusinka mogli znaleźć się na miejscu prześladowanych i więzionych.

– To, że wyjechaliśmy wcześniej, i to, że nas nie złapali, jest przecież kwestią czystego przypadku – kwituje Jana.

Wtóruje jej Maria: – Wiem, że swoją działalnością się narażam, wiem, że narażam też swoją rodzinę, która została w kraju. Ryzykuję, ale ci, którzy zostali, ryzykują znacznie bardziej. Skoro mam możliwość, to robię, co mogę. Tyle się stało na Białorusi, że nie wiem, jak można siedzieć spokojnie i nic nie robić. Widzę zdjęcia na Instagramie – ludzie odpoczywają, imprezują, a kolejne wiadomości donoszą: rośnie liczba więźniów politycznych. Z jednej strony imprezki, a z drugiej – dramat kolejnych rodzin: trzy, pięć, siedem lat odsiadki.

Najpierw grupa Partyzanka załatwiła mieszkanie dla chłopaków, których poznała Jana. Później zaczęły docierać kolejne wiadomości o złych warunkach w ośrodkach dla uchodźców – pchłach czy przeterminowanym jedzeniu. O braku ubrań i podstawowych środków do życia dla uciekających do Polski. We współpracy z fundacją Humanosh aktywistki i aktywiści zebrali do tej pory m.in. odzież dla 1,6 tys. osób.

Tego dnia, gdy rozmawiamy, Jana szykuje się na spotkanie w Sejmie, gdzie będzie lobbować za infolinią dla uchodźców i migrantów. Na przejściach granicznych ma być podawany ogólnodostępny numer, pod który przyjeżdżający będzie mógł zadzwonić po wszystkie potrzebne informacje już z granicy. Bo obecnie, jak przekonuje Jana, sytuacja na lotniskach czy przejściach granicznych jest najczęściej chaotyczna – przyjezdnym brakuje pomocy osoby z zewnątrz, nie wiedzą, czego się od nich oczekuje ani gdzie mają się udać.

Absurdów jest więcej, ale aktywistki i aktywiści robią, co mogą, by zapewnić wsparcie uciekającym. Stworzyli coś na kształt małego państwa w mieście, struktury pomocy podzielone są na ministerstwa: MSW dla tych z problemami prawnymi (ze względu na ograniczenia zasobów są w stanie pomagać tylko tym najbardziej pokrzywdzonym), ministerstwo przemysłu lekkiego, zajmujące się dystrybucją drobnego sprzętu AGD, czy ministerstwo języka polskiego, w którym łączą się w pary osoby o podobnych zainteresowaniach, chętne do ćwiczenia polskiego.

– Organizacje białoruskie działające w Polsce nie były przygotowane na to, co nadeszło. Musieli przestawić się z koncertów integracyjnych na pilne poszukiwanie 50 szczoteczek do zębów, i to jak najtaniej – komentuje Maria. – Organizacje muszą się z tego rozliczać, nie mogą po prostu dać, a my możemy. Dlatego jak trzeba kogoś przenocować, to przenocujemy, jak trzeba nakarmić, kupimy jedzenie.

Solidarność

Dzień po naszej rozmowie pani Hanna z wnukami wyjeżdżają na wakacje nad morze, do Gdańska, na zaproszenie białoruskiej rodziny, która opłaciła nocleg i przejazd. Od kiedy wystąpiła o ochronę dla siebie i wnuków, dostaje 1350 złotych świadczeń socjalnych. Mieszkanie wynajęła jej diaspora ze Szwajcarii, bo inaczej nie byłaby w stanie go opłacić. Wcześniej żyła też z pomocy charytatywnej stowarzyszeń, wolontariuszy i chętnych osób.

– Dobro nie ma narodowości, a język to bariera tymczasowa, tego uczę dzieci – mówi pani Hanna.

Nastia i Wania mają już miejsca w przedszkolach, udostępnione przez właścicieli prywatnej placówki. W czasie, gdy będą na zajęciach, ich babcia będzie mogła coś pozałatwiać. O pracę nadal trudno, bo pani Hanna jest jeszcze na etapie nauki języka. Lekcji wolontaryjnie udziela jej pani Ewa Golachowska. Krępuje się mówić, ale rozumie już niemal wszystko.

Co jest najbardziej palącą potrzebą na dziś? – Solidarność na szeroką skalę. Ludzi zmuszonych do ucieczki, potrzebujących pomocy w skali całego społeczeństwa polskiego wcale nie jest tak dużo – mówi Jana. – Moglibyśmy więc wesprzeć każdego, kto tego potrzebuje. Nie chodzi o wysłanie paczki czy zebranie pieniędzy, ale o zwykłe zainteresowanie drugim człowiekiem. I zrozumienie, że nie tylko my możemy potrzebującym coś dać, ale także oni mogą dać nam coś w zamian.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.