Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

"Ranili dziennikarkę", „Reporterka dostała kulą przy Koronie", „Dziewczynie z Naszej Niwy przestrzelili kolano", „Specjalnie strzelają do dziennikarzy". Tak informowali się nawzajem o tym, co dzieje się tuż obok, Białorusini, którzy drugiego dnia powyborczych protestów zgromadzili się wokół centrum handlowego Korona w Mińsku. Był 10 sierpnia 2020 roku, godzina 21.

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Kilkanaście minut wcześniej setki z nich z biało-czerwono-białymi flagami, nierzadko w koszulkach z herbem Pogoni, dzisiaj uznawanymi przez białoruskie władze za symbole ekstremistyczne, skandowało tam wolnościowe hasła: „Niech żyje Białoruś!", „Odejdź!", „Wierzymy, możemy, zwyciężymy!". Rozentuzjazmowany tłum ludzi w różnym wieku czekał na wskazówki, którędy ruszyć tam, gdzie tego wieczoru coś się miało wydarzyć.

W pewnym momencie hasła i okrzyki ucichły, podobnie jak odtwarzana z przenośnych głośników i stojących na parkingu samochodów piosenka „Pieriemien!" (Zmiana!) zespołu Kino. Zastąpił je budzący niepokój dźwięk dudniących o asfalt tarcz funkcjonariuszy OMON-u, a potem odgłosy wystrzałów i biegnących ludzi. Uciekający byli jednocześnie wystraszeni i podekscytowani. Mimo wyczuwalnej atmosfery napięcia i lęku nie wszyscy zdawali się wtedy rozumieć, że ci, którzy ich gonią, są ogarnięci furią.

Dziesiątki osób uciekających sprzed Korony przed milicją i uzbrojonym po zęby OMON-em schroniły się w centrum handlowym. Setki rozpierzchły się po sąsiednim osiedlu patrolowanym przez siłowików i obwarowanym wojskowymi samochodami. Klucząc niepewnie między uliczkami blokowisk albo sklepowymi alejkami, ci, którzy przygotowali się wcześniej na odłączenie internetu i zapobiegawczo zainstalowali aplikację umożliwiającą łączenie się z siecią przez VPN, już wiedzieli, przed czym uciekają.

– Siłowik postrzelił jakąś dziennikarkę. Celowo. Trzeba cię pilnować – usłyszałam od Saszy, kolegi z Mińska, który wiedzę o tym, co dzieje się wokół nas, czerpał z Telegrama.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Natalli Łubnieuskiej z „Naszej Niwy". I pozbyłam się złudzeń, o ile je jeszcze wtedy miałam. Od tego momentu jasne się stało, że dla reżimu Aleksandra Łukaszenki dziennikarze stali się żywymi tarczami. Celem, w który służby bezpieczeństwa muszą trafić, by go uciszyć.

Natalla Łubnieuska, dziennikarka 'Naszej Niwy', postrzelona w czasie protestów 10 sierpnia 2020 r.Natalla Łubnieuska, dziennikarka 'Naszej Niwy', postrzelona w czasie protestów 10 sierpnia 2020 r. Fot. TUT.BY

Dotychczas białoruskich dziennikarzy można było rozpoznać po obszernych, intensywnie niebieskich kamizelkach z odblaskowym napisem „Prasa". Nie dało się ich nie zauważyć w tłumie. Kamizelki, legitymacje dziennikarskie zawieszone na szyi tak, by już z daleka było je widać, plecaki z oznaczeniami. W przeciwieństwie do korespondentów z zagranicy białoruscy reporterzy podczas sierpniowych protestów początkowo spokojnie obserwowali sytuację z boku, ale w grupach, w towarzystwie znajomych i kolegów z innych redakcji.

Zagraniczni dziennikarze najczęściej nie zakładali kamizelek, a dokumenty chowali głęboko do kieszeni. Na kilka tygodni przed wyborami władze zaprzestały wydawania akredytacji, przez co praca przedstawicieli zagranicznych mediów w tym kraju naruszała lokalne przepisy. Strach przed ewentualną deportacją powodował, że żadne z nas nie chciało się wychylać.

Przedstawiciele białoruskich mediów niezależnych początkowo czuli się stosunkowo bezpiecznie. Informacje o pojedynczych pobitych lub zatrzymanych dzień wcześniej dziennikarzach w kraju, w którym odłączono internet, przepływały wolno. A nawet jeśli docierały, nie do końca przemawiały jeszcze do świadomości młodego pokolenia, przyzwyczajonego, że reporter nie powinien spodziewać się tak brutalnego traktowania.

Jeszcze latem 2020 roku wielu dziennikarzy było przekonanych, że jedyne, co im grozi, to sprawdzenie dokumentów i kontrola zadania redakcyjnego. Być może zatrzymanie, które będzie polegać na kilkugodzinnym, nudnym przetrzymaniu na komendzie, mającym udaremnić relacjonowanie akcji. 27-letnia Natalla Łubnieuska z „Naszej Niwy", jednego z najstarszych białoruskich tygodników, także wychodziła z takiego założenia. Mimo że jej redakcja nieraz była prześladowana przez reżim Łukaszenki.

– Do 10 sierpnia byłam pewna, że mam szczęście. Nigdy nie zostałam zatrzymana. Wydawało mi się, że najgorsza rzecz, jaka może mi się przydarzyć, to zatrzymanie. Bałam się, że przewiozą mnie na komendę, będą trzymać kilka godzin i przez to albo ominie mnie cała akcja, albo spóźnię się na nią kilka godzin i nie oddam materiału na czas – wspomina.

Ten spokój i poczucie bycia nietykalną ze względu na wykonywany zawód Natalla odczuwała także w tamten poniedziałek. Kiedy obserwowała z grupą znajomych dziennikarzy sytuację przy Koronie, czuła się profesjonalnym świadkiem. Osobą bezstronną, która jedynie dokumentuje to, co się dzieje. Na to przecież wskazywały wyróżniające ją z tłumu redakcyjne oznaczenia. Patrząc na demonstrantów uciekających przed oddziałami OMON-u uzbrojonymi w pałki teleskopowe oraz funkcjonariuszy specnazu z bronią palną, Natalla nie czuła się uczestniczką wydarzeń, lecz ich obserwatorką.

Dyscypliny i poczucia obowiązku nauczyła się jeszcze przed przyjściem do „Naszej Niwy", na studiach dziennikarskich, które ukończyła na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym. Trochę wbrew woli rodziny, która traktowała ten kierunek jako mało perspektywiczny.

– To twoja decyzja. Sama będziesz sobie winna, jeśli będziesz niezadowolona – miała usłyszeć od mamy przed rozpoczęciem roku akademickiego.

Ale Natalli podobało się, że dzięki temu zawodowi poznaje ludzi i odkrywa tematy, o których nie miałaby pojęcia, gdyby nie wykonywana praca.

Jak sama później powie, podczas pracy odłącza emocje i patrzy na rzeczywistość przez dziennikarską soczewkę. Starała się więc wszystko uchwycić jak najdokładniej i przekazać redakcji nieskażony własną oceną obraz.

Obserwowała ludzi uciekających do centrum handlowego. Zauważyła zdezorientowanego i przerażonego człowieka, który na widok siłowików położył się na ziemię, zakładając przy tym ręce za głowę. Kiedy dym wokół zaczął gęstnieć, przystała na propozycję kolegów, by zmienić punkt obserwacyjny, skoro akcja wymyka się spod kontroli i robi się coraz bardziej nerwowo. Wtedy okazało się jednak, że jako jedyna z nich odejść nie może.

– Nie spieszyłam się. Odchodziłam ze skrzyżowania jako jedna z ostatnich i w pewnym momencie poczułam gorąco. Miałam wrażenie, że coś oparzyło mi nogę tuż nad kolanem. Albo że trafił mnie kamień. Nie wiedziałam, co się dzieje. Próbowałam przebiec przez przejście dla pieszych i dopiero wtedy zobaczyłam dziurę w spodniach, ranę, tryskającą krew – opowiada.

Natalla nie zarejestrowała momentu, w którym trafiła ją gumowa kula. Przez dłuższy czas była przekonana, że osoba, która strzelała, musiała być nieświadoma, że celuje w dziennikarkę. Albo trafiła w nią przypadkiem. To, że ktoś mógł to zrobić specjalnie, nie mieściło jej się w głowie. Wszystko zmieniło się w dniu, kiedy po raz pierwszy obejrzała nagranie, na którym wyraźnie widać, że mierzący w nią funkcjonariusz specnazu był bardzo spokojny. Strzelił z odległości dziesięciu metrów. Potem odbiegł, mierząc już w kogoś innego. Kilkunastosekundowe nagranie Natalla obejrzała później setki razy.

– Nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, że ten człowiek uznał, że to w porządku strzelić do nieuzbrojonej, bezbronnej osoby, która jest akurat w pracy i nie dość, że w żaden sposób mu nie zagraża, to jeszcze nawet go nie widzi – tłumaczy.

Koledzy pomogli Łubnieuskiej zejść na pobocze i prowizorycznie opatrzyć nogę. Przypadkowi ludzie odwieźli ją do szpitala przez całkowicie zablokowane miasto. Ona sama nie powiadomiła o tym, co się stało, rodziców ani babci. Przez chwilę cieszyła się, że w kraju nie ma internetu i że jej rodzina się o tym nie dowie. A potem zaczęła się martwić, bo gdyby protest nie zgasł następnego dnia, to z powodu zranionej nogi chyba nie byłaby w stanie go relacjonować. Z tego, że w szpitalu spędzi 38 dni, nie zdawała sobie jeszcze sprawy. Nie wiedzieli wtedy o tym nawet lekarze państwowego szpitala, którzy – jak opowiada Natalla – „robili wielkie oczy", bo nie mieli doświadczenia w leczeniu ran postrzałowych.

– Kiedyś myślałam, że gumowe kule to takie małe, żółte kulki, którymi strzela się do tarczy. Okazało się, że to właściwie pociski bojowe. Różnią się od zwykłych tylko tym, że są wykonane z gumy. Białoruskie ministerstwo spraw wewnętrznych potwierdziło, że użyło ich przeciwko protestującym – mówi Łubnieuska.

W tym czasie szpital, do którego trafiały kolejne ofiary pacyfikacji, odwiedzili deputowani. W rozmowie z Łubnieuską najpierw zaprzeczyli, że wobec protestujących stosowano przemoc, ale później przyznali nieoficjalnie, że są bezsilni wobec fali represji. A ona ostatecznie zrozumiała, że przedstawicielom władzy nie wolno ufać. Odwinęła bandaż i zdjęła opatrunek, by zobaczyć na własne oczy ranę i nie pozwolić sobie w przyszłości wmówić, że tak naprawdę nigdy jej nie było. Zrobiła jej nawet zdjęcie.

– Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Nie wierzę w to. Ta kula mnie nie zahartowała. Nie wzmocniła. Przeżyłam przez nią ogromne rozczarowanie. Zdałam sobie sprawę, że świat jest cholernie niesprawiedliwy – powiedziała w jednym z wywiadów.

We wrześniu wyszła ze szpitala i wróciła do pracy. Władze zagroziły wtedy redaktorowi naczelnemu „Naszej Niwy" Jahorowi Marcinowiczowi, że za dopuszczenie do wypadku, któremu dziennikarka uległa w czasie pracy, redakcji grozi kara grzywny. Raniący ją siłowik nie został pociągnięty do odpowiedzialności.

O tym, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku na Białorusi, Natalla mówi dużo. O swojej ranie mniej, a jeśli nawet, to z dużym dystansem. Po kilku miesiącach jest w stanie obracać zdarzenie w żart. Mówi, że dzięki postrzałowi pierwszy raz udało jej się uniknąć udziału w znienawidzonym zbieraniu ziemniaków na rodzinnej działce. Wspomina reakcję babci, która zdenerwowała się na siłowików tak, że – gdyby mogła – sama stałaby się dla nich zagrożeniem. Kiedy poważnieje, podkreśla, że ból fizyczny nie jest wcale najgorszym, czego należy się bać.

– Rany na ciele się goją, zabliźniają. Rany na sercu – nie – tłumaczy.

Bólem, którego nie potrafi uśmierzyć, jest poczucie bezsilności i świadomość, że próżno oczekiwać jakiejkolwiek pomocy. Że nikt Białorusinów nie ochroni przed przestępczą władzą. Że mogą liczyć tylko na siebie.

Z Natallą próbowałam się skontaktować jeszcze raz 8 lipca 2021 roku, tuż przed ukończeniem tego tekstu. Bezskutecznie. Tego dnia władze zablokowały stronę internetową „Naszej Niwy". Redaktor naczelny Jahor Marcinowicz został pobity podczas zatrzymania, a później – wraz z kierownikiem działu reklamy i marketingu Andrejem Skurką oraz główną księgową Wolhą Rakowicz – osadzony w areszcie przy ulicy Akrescina. Natalla Łubnieuska jako jedna z przesłuchiwanych dziennikarek została zmuszona do podpisania klauzuli poufności. Historia naszej rozmowy na Telegramie została wyczyszczona.

Trudno jednak uwierzyć, by miał być to koniec periodyku, którego idea, mimo represji, przetrwała od 1906 roku. Takiej mocy nie ma nawet Aleksander Łukaszenka.

Reportaż jest fragmentem książki „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki", wyd. Adam Marszałek, napisanej przez dziennikarzy dla dziennikarzy. Polscy reporterzy, dziennikarze, korespondenci stworzyli zbiór 20 portretów białoruskich niezależnych dziennikarzy, którzy w dobie białoruskiej rewolucji stali się celem reżimu Aleksandra Łukaszenki. Dochód ze sprzedaży książki przekazany zostanie niezależnej organizacji Białoruś w Fokusie, która zajmuje się wspieraniem przedstawicieli niezależnych białoruskich mediów, doświadczających represji.

Zbiórkę na wydanie książki można wspomóc poprzez stronę: pomagam.pl/partyzanci.

'Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki', wyd. Adam Marszałek'Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki', wyd. Adam Marszałek Fot. materiały prasowe

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.