Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ponad pół setki Białorusinek przebywa obecnie za kratami więzień z powodów politycznych. Jednak nie wszystkie zostały uznane za więźniarki polityczne. Takiego statusu nie ma również aktywistka Polina Szarenda-Panasiuk, matka dwojga dzieci.

- Od zawsze wiedziałem, że Poliny nie da się tak łatwo złamać. Ona jest prawdziwym wojownikiem - mówi o swojej żonie brzeski aktywista Andrej Szarenda.

Polinę Szarendę-Panasiuk, matkę dwóch chłopców, zatrzymano 3 stycznia. Od tego czasu ani jej dzieci, ani mąż jej nie widzieli. W areszcie Polinę od kilku miesięcy torturują funkcjonariusze organów ścigania. Niemniej jednak w swoich bardzo nielicznych listach aktywistka daje do zrozumienia, że mimo wszystko nie zamierza się poddawać. Dziękuje troszczącym się o nią ludziom za moralne i duchowe wsparcie.

Brzeska Joanna D'Arc

Na Białorusi aktywistkę Polinę Szarendę-Panasiuk nazywają brzeską Joanną D'Arc. Wraz z mężem Andrejem uczestniczyła od dawna w życiu społecznym i politycznym kraju. Od dłuższego czasu para aktywnie protestuje przeciwko dyktatorskiemu reżimowi. Z tego powodu aktywiści są nieustannie prześladowani przez przedstawicieli organów ścigania. Polinę i Andreja wielokrotnie zatrzymywano, wszczynano przeciwko nim sprawy tymczasowe i karne. W 2019 roku Polina ogłosiła, że jako niezależna kandydatka wystartuje w wyborach parlamentarnych. Wkrótce jednak wycofano ją z wyścigu o mandat z powodu jej śmiałego przemówienia telewizyjnego. Aktywistka oskarżyła w nim prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenkę o problemy gospodarcze i polityczne w kraju. Śmiało nazwała go "dyktatorem".

W 2020 roku represje wobec rodziny Szarendów nie tylko nie ustawały, ale także znacznie się nasiliły. Andrej od początku kampanii wyborczej spędził w więzieniu ponad 70 dni, podczas gdy Polina nadal przebywa za kratami.

- 29 grudnia, kiedy wyszedłem z najmłodszym synem na spacer, podbiegło do mnie dwóch milicjantów. Nie pokazując swoich dokumentów, kazali mi jechać z nimi. Pozwolili tylko zadzwonić do żony przez domofon, aby zabrała najmłodszego syna – opowiadał Andrej o momencie, kiedy po raz ostatni widział Polinę.

Po zatrzymaniu Andrej przez kilkanaście dni przebywał w izolatorze (miejscu tymczasowego aresztu). Podczas gdy on znajdował się w więzieniu, przeciwko Polinie wszczęto postępowanie administracyjne. A już 3 stycznia w mieszkaniu aktywistów przeprowadzono rewizję. Andrej uważa, że była to wcześniej zaplanowana prowokacja.

- Kiedy milicjanci zaczęli pukać do drzwi, Polina była w domu z najmłodszym synem. Ze względu na bezpieczeństwo nie chciała otwierać nieznajomym mężczyznom. Jednak po trzech minutach przyjechali funkcjonariusze OMON-u i zaczęli wyważać drzwi, chociaż nie mieli do tego uprawnień. Ale teraz w naszym kraju jest bezprawie, więc funkcjonariusze mogą robić, co tylko chcą - mówił Andrej w wywiadzie dla radia Svoboda.

Szarenda-Panasiuk starała się nie wpuścić siłowków na korytarz. Żądała, żeby zdjęli maski. Milicjanci próbowali ją odepchnąć. Ale ostatecznie to Polina została oskarżona o przemoc. Po incydencie postawiono jej zarzuty „użycia przemocy lub groźby użycia przemocy wobec funkcjonariusza milicji”. Potem aktywistka trafiła do aresztu.

23 lutego Polinę Szarendę-Panasiuk wysłano z więzienia w Brześciu do szpitala psychiatrycznego Novinki w Mińsku, rzekomo na badanie lekarskie. Andrej twierdzi, że przyczyną było to, że Polina nie współpracuje za śledczymi. Uważa, że takie działania przeciwko jego żonie to tortury i zemsta ze strony reżimu.

Mimo że droga z Brześcia do Mińska zajmuje zwykle maksymalnie jedną dobę, Polinę wieziono do stolicy na badania dziewięć dni! Wpłynęło to również na kondycję fizyczną i psychiczną aktywistki.

Listy zarówno od Poliny, jak i do niej prawie nie docierają. Andrej otrzymuje informacje o żonie tylko od adwokata. Ale nawet on po podpisaniu umowy o nieujawnianiu informacji nie może powiedzieć wszystkiego.

A jednak jeden ważny list od Poliny „trafił na wolność”. Podczas pobytu w brzeskim więzieniu aktywistce udało się przekazać pisemny apel, w którym opowiedziała o torturach. Napisała m.in., że więźniowie są zmuszani do pozostawania w pozycji siedzącej przez 16 godzin (od 6 do 22). Za próbę położenia się grozi im karcer. Dodała też, że nawet u zdrowych osób w ciągu kilku dni pojawiają się problemy żołądkowe, bóle pleców i problemy z ciśnieniem. Pomoc medyczna praktycznie jest niedostępna. Według Poliny jedzenie więźniów w blisko 100 proc. składa się z węglowodanów, co negatywnie wpływa na zdrowie.

Chociaż list Poliny Szarendy-Panasiuk był datowany na 24 lutego, Andrej dostał go dopiero pod koniec marca. W tym czasie aktywistka przebywała już w karcerze w mińskim więzieniu na ul. Wołodarskiego, gdzie m.in. „obchodziła” swoje urodziny i Dzień Woli (nieoficjalny Dzień Niepodległości świętowany przez opozycję 25 marca).

Sam Andrej tak skomentował list od żony: „W swoim imieniu przekazała zbiorowy apel wszystkich więźniów. To bardzo poważny krok. I można spodziewać się pewnych konsekwencji. Oczywiste, że presja psychiczna i fizyczna się potroi. System na pewno się zemści”.

I tak się stało. Polinę znów przywieziono do Brześcia i ponownie umieszczono w karcerze. A potem znowu. - Karcer to taka jednoosobowa piwnica, zimna i bez światła. Teraz, kiedy ogrzewanie jest wyłączone, jest tam bardzo zimno - podkreśla mąż Poliny.

Andrej dowiedział się także, że jego żona już od ponad miesiąca nie otrzymuje swoich leków i witamin.

- Pisze oświadczenia z prośbą, a ośrodek medyczny po prostu odmawia, twierdząc, że „nie ma potrzeby stosowania tych leków”. Jako mąż mogę powiedzieć, że Polina jest torturowana. Teraz istnieje realne zagrożenie nie tylko dla jej zdrowia, ale też życia.

4 maja Polinie postawiono zarzuty. Przeciwko niej wszczęto jednocześnie trzy sprawy karne – „za obrazę prezydenta”, “za znieważenie funkcjonariusza publicznego” oraz “za groźbę użycia przemocy wobec funkcjonariusza milicji”.

Niezłomna

Polina Szarenda-Panasiuk nie została jeszcze uznana za więźnia politycznego. Aby uzyskać ten status, obrońcy praw człowieka potrzebują oficjalnych aktów oskarżenia. Polina odmawia składania zeznań, co komplikuje proces ich uzyskiwania. - Dokument otrzymamy dopiero po ostatecznym werdykcie. A ponieważ Polina nie współpracuje ze śledczymi, można czekać na papiery miesiącami - podkreśla Andrej.

Wcześniej, 17 kwietnia, mieszkanie małżeństwa ponownie zostało przeszukane. Milicjanci skonfiskowali sprzęt - zabrali telefony komórkowe Andreja i jego 5-letniego syna Stacha, a także komputer 11-letniego syna Sławomira. 29 kwietnia przeciwko Andrejowi wszczęto sprawę karną za “publiczną obrazę prezydenta”.

Dzisiaj znajomi Andreja coraz częściej doradzają mu, aby wyjechał z dziećmi za granicę. Na co Andrej kategorycznie odpowiada: „Nie opuszczę żony”. Synowie też bardzo tęsknią za mamą.

- Najtrudniejszy był pierwszy tydzień rozłąki. Wtedy młodszy syn podchodził do łóżka i pytał, gdzie jest mama – mówi Andrej. - Dziś wiedzą, że jest w więzieniu, że pochwycili ją “czarni goście” [funkcjonariusze OMON-u].

Andrej zapewnia, że pomimo presji nie planuje opuszczenia kraju. - Opuścić Białoruś teraz to przyznać się do porażki - mówi. - Reżim jest kruchy jak nigdy. Będziemy tu do zwycięstwa. Dla przyszłości naszych dzieci - deklaruje, nie tracąc wiary w sens walki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.